– To, że kombinat ocalał, najbardziej zawdzięczaliśmy Ryszardowi Zembaczyńskiemu, ówczesnemu wojewodzie – mówi dziś 91-letni Zbigniew Michałek, który nadal mieszka na terenie dawnego kombinatu.
W swoim dawnym dyrektorskim mieszkaniu przyjmuje gościnnie, jak za starych czasów. Wnętrze, pełne książek i zachowanego stylu, poza tym niewiele różni się od dawnych mieszkań pracowniczych.
To majątek kombinatu stał się fundamentem późniejszej spółki Top Farms. Dwa lata temu Michałek z przerażeniem patrzył na demonstracje podsycane przez polityków prawicy i zadymiarzy, próbujących rozgrabić ziemię dobrze prosperującej spółki.
W Komitecie Centralnym PZPR uchodził za partyjnego liberała i technokratę. Przyznaje, że ideologia mało się dla niego liczyła. Tam, gdzie pracował, mówiono o nim „dobry komunista”. On sam dziś podkreśla, że PGR-y i ludzie tam pracujący byli jego żywiołem. I najważniejszym miejscem na ziemi.
Podczas żniw jadł z kombajnistami zupę w polu, żeby nie tracić czasu, gdy dopisywała pogoda. Pewnie i za to go cenili. Czasem widywano go konno, gdy objeżdżał pola kombinatu, który miał 540 ha. Jednak cała Polska ekscytowała się, gdy na czarno-białych ekranach telewizorów pojawiał się Michałek wyskakujący ze śmigłowca na polach pszenicy i opowiadający, jak nowoczesność podnosi wydajność gospodarki PRL. Przyjeżdżali też dyrektorzy innych kombinatów, by podpatrywać, jak to możliwe, że sieje się z powietrza.
Zbigniew Michałek. Trzeba było kombinować
– Miałem absolutnego kręćka na punkcie lotnictwa – wspomina. – W pierwszej połowie lat pięćdziesiątych zdawałem na konstrukcje samolotów, ale się nie dostałem. Poszedłem więc na rolnictwo w Krakowie. Ciągle się dokształcałem, zostałem nawet inseminatorem. A kiedyś trafiłem na literaturę o siewie i nawożeniu z powietrza i pomyślałem: cholera, to jest dobre!
– Potem trafiali do mnie różni piloci, ale liczyli się tylko ci, którzy potrafili kombinować – śmieje się Michałek. – Trzeba było wymyślić, jak wrzucić do śmigłowca półtorej tony nawozu.
W PRL-u „kombinować” znaczyło często tyle, co być kreatywnym i mieć pomysły. Słowa „kreatywny” czy „menedżer” nie były wtedy w użyciu. Po powrocie z USA Michałek objął w 1969 roku kombinat i robił to, co w realiach socjalizmu było możliwe. Napatrzył się na amerykańskie maszyny i pracę farmerów na ogromnych latyfundiach. Technika fascynowała go od zawsze, zwłaszcza ta, którą zobaczył w Stanach, a która w Polsce była nieosiągalna.
– Trafiłem kiedyś na ciągniki o niewyobrażalnej mocy – opowiada. – Pochodziły z armii radzieckiej, służyły do transportu rakiet. A na naszych polach ciągnęły osiem skib naraz, aż dech zapierało. Ale jak się zepsuły, to było po „rakietach”, bo nie było części.
Czternastolatek na traktorze
Michałek był wyjątkiem w rolniczym środowisku, bo wielu działaczy PZPR miało chłopskie korzenie, a on – inteligenckie. Wychowany w przekonaniu, że awans społeczny odbywa się przez edukację, szybko trafił do elit technokratycznych PRL.
W PGR-ach jego podejście procentowało: wysyłał ludzi do wieczorówek, by uzupełniali wykształcenie. Jeszcze pod koniec lat 70. w województwie opolskim organizowano kursy alfabetyzacji dla niepiśmiennych pracowników PGR.
– Magazynierów wysyłałem do techników rolniczych, a gdy w Głubczycach otwarto technikum, nie było wymówek, że daleko – wspomina. – Kierowników koniecznie kierowałem na studia rolnicze.
Jak więc trafił do PGR-u, skoro ojciec był inżynierem, a matka nauczycielką?
– Nie byłem najpilniejszym uczniem w liceum – śmieje się. – Ciotka była kierownikiem PGR-u w powiecie raciborskim. Bardzo konkretna osoba. W rodzinie mówiono, że tylko do PGR się nadaje.
Był 1951 rok, a 14-letni Michałek śmigał po polach u ciotki na John Deerach i Farmallach, traktorach z amerykańskiej pomocy. – Wtedy nauczyłem się, co znaczy praca od rana do wieczora – wsdpomina.
Gdy skończyła się powojenna pomoc USA, przesiadł się na pierwszego Ursusa polskiej produkcji.
– Ale ten już nie był tak wydolny i ciągle się psuł – mówi. – U ciotki w PGR pracował przodownik pracy, świetny traktorzysta, który w czasie wojny był czołgistą i przeszedł cały front. Nie chciał pracować nigdzie indziej, ale przez ciągłe awarie Ursusa odszedł i został kierowcą PKS.
Kto kradnie, wylatuje z roboty
W PGR brakowało wykształconych kierowników. Zaraz po studiach został zastępcą kierownika w Wojnowicach, w gminie Kietrz. Niedługo później młody inżynier objął stanowisko dyrektora 500-hektarowego PGR w Rychnowie koło Namysłowa. W gospodarstwie zastał już tylko nielicznych przedwojennych pracowników folwarcznych. Po parcelacji gruntów i dewastacji dawnych majątków trafili prosto do PGR-ów.
– Bywało, że pracowały tam całe rody – mówi. – Wcześniej służyli u dziedzica, a potem trafiali do PGR. To byli porządni ludzie, ale mieli różne nawyki. Potrafiliy wsypywać nasiona cebuli do gumowców, żeby je wynieść i posiać u siebie pod domem. A brygadzista, też dawny pracownik majątku, krzyczał: „Wyjmij, pierunie, te strzewiki, co tam mosz! Bo ci nogi z żici powyrywóm!”. Tak uczył porządku i uczciwości.
Potrzeba było rąk do pracy, więc przyjmowano wszystkich. Własność nie miała dla tych ludzi większego znaczenia. Każdy miał zatrudnienie – jeśli odchodził z PGR, szedł do fabryki jako robotnik.
Były też poważniejsze kradzieże, nierzadko liczone w tonach.
– W Rychnowie wcześniej kradli pszenicę i rzepak całymi tonami – wspomina. – Patrzę kiedyś, a tam stoi jakaś mikroskopijna bryczka. Okazało się, że specjalnie ją zmniejszyli, żeby w sądzie udowodnić, że niby nie mogli wiele nią wywozić. Wielu pracowników kradło na zlecenie funkcyjnych, więc niektórzy z nich trafili do więzienia. Powiedziałem jasno: za każdą kradzież wylatuje się z roboty. I potem już nie miałem problemu, żeby kobiety wynosiły w gumowcach paszę.
W państwowej oborze można było trzymać prywatną krowę, więc kobiety wynosiły paszę dla swoich zwierząt. Mleko sprzedawały, bo deputat mleczny dla dzieci miały zapewniony. Te prywatne hodowle dyrektor w końcu zlikwidował.
Kiedy zobaczył czterech przy normalnie cielącej się krowie, krzyknął, czy zwariowali. Pokazał im, jak przy pomocy taczki i taśmy można to zrobić samemu szybciej i bezpieczniej.
– A oni do mnie: „Jezusie, poszło!”. No, a do cholery, co miało nie pójść – opowiada. – Ale potem co noc miałem zgłoszenie, że krowa się cieli. Moja Basia, żona, nauczycielka, miała tego dość.
– A ilu ludzi chodziło na mnie na skargę do komitetu, bo wyrzucałem z pracy – dodaje. – Jak był pijus albo miał dwie lewe ręce, to wyrzucałem. Porządnych zawsze zostawiłem i broniłem.
Stacja za „połówkę”
Wyprowadził podupadły PGR w Rychnowie na prostą i po trzech latach zdobył drugie miejsce w województwie opolskim.
– Dlatego potem awansowałem i wybrali mnie do egzekutywy powiatowej PZPR – mówi. – Boże, jakie głupstwa tam gadali, ciężko było słuchać. Nie mieli pojęcia o zarządzaniu ani wyczucia do ludzi. Czepiali się tych, którzy byli w porządku, a słuchali najgłupszych. Próbowali ustawiać kierownika gospodarstwa, który pilnował porządku i znał się na ludziach. Kierownik mówił, że ktoś pił na dniówce, a towarzysz się upierał, że „niezbyt często”. Jak tu z nimi rozmawiać? W końcu się wściekłem i wyszedłem. Uznali, że obraziłem całą partię.
Partia rządziła, ale po linii partyjnej nie wszystko dało się załatwić, zwłaszcza z koleją, która była jak państwo w państwie.
Była stacja kolejowa Gręboszów, tuż obok PGR, idealna do ładowania buraków z rychnowskich pól. Ale PKP się na to nie zgadzało, trudno powiedzieć dlaczego. Musieli ubłoconymi przyczepami jeździć do Namysłowa, przez miasto, do tamtejszej stacji. Niby niedaleko, ale wiązało się to z masą formalności, między innymi rejestracją każdej przyczepy.
– Kierownik naszej gorzelni nieoficjalnie robił ze spirytusu nalewki, na miodzie i z dodatkami – wspomina Michałek. – Wziąłem od niego pól litra i pojechałem do odpowiedniej osoby w PKP. Wchodzę, a ten od drzwi do mnie: „A jak wy, panie inżynierze, z tymi burakami jeździcie przez Namysłów?”. Pogadałem, zostawiłem mu połówkę. Boże, jak on mi wtedy pomógł. Nagle mogliśmy podstawiać przyczepy w Gręboszowie.
A w PRL-u się piło.
– O Matko Boska, jak wtedy pili! – Michałek załamuje ręce. – I prokurator pił, i wielu innych. Ten prokurator potrafił pojechać na dożynki do któregoś PGR, siedzieć tam dwa dni i pić. Trafił potem do więzienia, bo coś nawywijał po pijanermu. Takie to były czasy…
Zbigniew Michałek. Do USA w 1966 roku
– Do Ameryki poleciałem, bo postawiłem gospodarstwo w Rychnowie na nogi – mówi. Wcześniej PRL wysyłał go do Włoch i Francji, żeby podpatrzył, jak tam gospodarują. Wiedział więc, jak wygląda życie za „Żelazną kurtyną”
A kto go wysłał do USA?
– Trudno powiedzieć kto, ale zadzwonił ten słynny profesor Pieniążek – wspomina. – Wyjątkowy człowiek. Jeszcze przed wojną był na praktyce w USA i tam zrobił profesurę. Do Polski wrócił w 1947 roku. Powiedział, że zostałem wytypowany do wyjazdu. Miałem się uczyć nowoczesnego rolnictwa. W grupie byłem jedynym z PGR, reszta to naukowcy. Tłumaczyłem, że znam tylko niemiecki, a on na to, że mam cztery miesiące, więc zdążę nauczyć się angielskiego.
W tym czasie w PGR w Rychnowie wybuchła pryszczyca.
– Ludzie, co to było… Straszny reżim sanitarny, soda aż chrzęściła pod butami – opowiada. – Nikt nie wchodził ani nie wychodził z terenu PGR. Wtedy naprawdę zobaczyłem, że dobrych ludzi poznaje się w biedzie. Wielu nam pomagało. No, więc zadzwoniłem do profesora, że nie pojadę, bo pryszczyca i nie mam kiedy uczyć się angielskiego.
Profesor odparł krótko, że jest jedynym przedstawicielem PGR-ów i decyzja jest ostateczna.
– Matko Boska, jak ja się wtedy nagimnastykowałem! – śmieje się Michałek. – Kułem ten język jak piorun, aż się nauczyłem. Miałem staż na wydziale mechanizacji rolnictwa Uniwersytetu Stanowego Indiana, który brał zlecenia od prywatnych firm. Dominowały tam soja i kukurydza. Obserwowałem uprawy, dodatki poprawiające plony. A ich maszyny… Już wtedy dwustukonne, takie, jakie u nas chłopi sprowadzali później za unijne dopłaty. Było na czym pracować.
Po powrocie z Ameryki
Za przyoszczędzone dolary kupił sobie używanego Volkswagena. Trudno dziś wyobrazić sobie, jaką w tamtych latach robił furorę. Po ulicach jeździły wtedy głównie Warszawy, Syrenki, czasem Wołgi, Moskwicze czy Trabanty.
– W komitecie powiatowym chcieli mnie za to zjeść, że wrócił z Ameryki i rozbija się takim autem – śmieje się pan Zbigniew.
W kolejnych latach jego pozycja rosła, a propozycje awansu sypały się jedna po drugiej.
– Raz przyjechał do mnie ówczesny wojewoda opolski Józef Masny i pyta, czy towarzyszu chcecie stąd odejść – wspomina. – Proponowali mi stanowisko przewodniczącego Powiatowej Rady Narodowej w Kluczborku, potem w innym powiecie. A moja Basia za każdym razem mówiła: „Nie bierz tego”. Ona najlepiej wiedziała, że dla mnie liczył się PGR. Potem przyjechał Andrzej Żabiński, pierwszy sekretarz PZPR w Opolu, który miał bezpośrednie dojście do Edwarda Gierka, i zaczęli mnie „ustawiać”. Chcieli zrobić ze mnie wojewodę, ale w życiu tego nie chciałem. Wykręciłem się.
Ale od kolejnej propozycji już nie mógł.
– Kiedyś mówiłem, że pójdę wszędzie, tylko nie do Głubczyc – opowiada.
– A jak wyszły Głubczyce, to już nie bardzo było się jak odżegnywać. Komitet jednoznacznie opowiadał się, żebym został tam dyrektorem kombinatu i postawił go na nogi.
Kierownik musi być po studiach
Choć kombinat gospodarował na doskonałych ziemiach, pszenicznych, jednych z najlepszych w Polsce, to jednak wszystko się tam rozłaziło. Ludzie z całego kraju, trochę taka zbieranina, były kradzieże i pijaństwo.
– Do tego kierownicy byli słabi, więc zanim się dogadaliśmy, trochę czasu upłynęło – wspomina Zbigniew Michałek. – Co najmniej dwa lata to trwało, ale z ludźmi zawsze można sobie poradzić. A kiedy pozbywałem się tych kierowników czy innych funkcyjnych, ludzie wiedzieli, że mam rację.
Wszystkich magazynierów wysyłał do wieczorówki, gdy w Głubczycach powstało technikum rolnicze. Traktorzystów kierował do szkoły, a kierowników – na studia.
– Musieli kończyć studia zaoczne, jeśli chcieli utrzymać stanowisko – dodaje.
Zrobił się popularny, bo niemal codziennie w ogólnopolskim programie rolniczym pojawiało się coś o Kombinacie Głubczyckim.
– Zadzwonił do mnie Żabiński i mówi, że to dobrze w kolorze wypada. A ja mu na to, że nie wiem, bo mam tylko czarno-biały telewizor – śmieje się. – To musisz mieć „kolor” – powiedział i dał mi talon na kolorowy telewizor. Jak moja Basia usłyszała, że jadę do Opola po „kolor”, to aż podskakiwała. Ale w Opolu nie było, więc trzeba było trochę pojeździć po Polsce, żeby na talon kupić kolorowy telewizor.
Zbigniew Michałek. Życie w komitecie
Znów miał zostawić Kombinat Głubczyce, tak jak kiedyś Rychnów. Tym razem chodziło o skokowy awans – w 1981 roku trafił do Komitetu Centralnego PZPR w Warszawie. Wydawało się, że już na zawsze tam zostanie.
– Skądże! Od razu powiedziałem, że w piątek wyjeżdżam do Głubczyc, a w Warszawie jestem od wtorku – opowiada. – Generał Jaruzelski ustanowił mnie sekretarzem, ale od początku mówiłem, że robota w Komitecie Centralnym mi nie odpowiada. Bo ja jadę do PGR-u, do Głubczyc. Tam jest moje miejsce.
– Byłem jedynym od rolnictwa – dodaje. – Czterdzieści dziewięć województw, a rolnictwo zawsze było tematem, w którym każdy chciał mieć coś do powiedzenia, ale tylko ja byłem jedyny z tej branży.
Jak mówi, gen. Jaruzelski doskonale to wiedział, dlatego zgodził się na jego życie między Głubczycami i Warszawą.
Limuzyna od Honeckera
– To był duży umysł, znał się na wszystkim, bardzo dużo czytał – mówi o Jaruzelskim Michałek. – I był niewiarygodnie skromny, jeździł starym Polonezem, bez szczególnej obstawy. Jak to zobaczył kiedyś Erich Honecker, mocno się zdziwił.
Przywódca NRD przysłał polskiemu generałowi opancerzone auto, ciężkie, trudne do prowadzenia. Najpierw testowali je funkcjonariusze BOR-u.
– No i dzwonią do mnie kiedyś zdenerwowani, pytają, ile kosztuje krowa – śmieje się Michałek. – Mówię: zależy jaka rasa, mleczna czy mięsna… A oni krzyczą: po prostu krowa! Podczas testowania tego auta chłopcy przycisnęli, nie dali rady potwora przyhamować i rozjechali krowę. Musieli zapłacić, a rolnik chciał na tym zarobić.
Michałek miał też swój udział w tworzeniu poprawek do peerelowskiej konstytucji. W komitecie długo debatowano, jaki zapis dotyczący rolników indywidualnych powinien się znaleźć. Proponowano długie, zawiłe epistoły, a w końcu Michałek powiedział, żeby do istniejącego zapisu dodać tylko „i rolnictwo indywidualne”.
Ktoś przekazał to Jaruzelskiemu, a ten od razu się zgodził.
Pociąg przyjaźni i radzieccy okuliści
W Związku Radzieckim był dwa razy, pierwszy, kiedy nie był jeszcze sekretarzem KC.
– Jechałem „pociągiem przyjaźni”, ale tam panowało niewyobrażalne pijaństwo – opowiada. – W Polsce nikt za kołnierz nie wylewał, ale to, co było tam, to nie do uwierzenia. Kiedy wróciłem, żona pytała, co się ze mną działo, bo wyglądałem jak trup. A byłem jednym z najbardziej trzeźwych…
Drugi raz poleciał do Moskwy już za Gorbaczowa, na naradę sekretarzy rolnych państw demokracji ludowej.
– W Moskwie miałem przyjaciela z praktyk w USA, pracownika polskiej ambasady – wspomina. – Jak żona usłyszała, że go odwiedzę, też chciała lecieć. O niczym go wcześniej nie informowałem, ale zanim dolecieliśmy, oni już wiedzieli, że lecę z żoną i gdzie będziemy. Tak to działało… Ale za Gorbaczowa to już był jednak inny świat, już nie ten „stary” Związek Radziecki.
O koledze z ambasady opowiada, że dał się zwieść opowieściom o świetnych radzieckich lekarzach.
– Szczególnie okulistach – mówi. – Tak mu tam zrobili oko, że przestał na nie widzieć.
Spotkał go kilka lat później, ze… zdrowym już okiem.
– „Smotri, mnie sdjełali w Londynie” – wyjaśnił kolega.
Był też na spotkaniu sekretarzy od rolnictwa z krajów demokracji ludowej w Rumunii.
– Byliśmy na wystawie maszyn rolniczych, a wieczorem na spotkaniu z Nicolae Ceaușescu, który chciał być bardziej papieski od Breżniewa – opowiada. – Ale sowiecki sekretarz, jak się wkurzył, wstał i mu wprost wygarnął, że jest głupi. Stwierdził, że wszyscy wiedzą, co mają robić, a pouczać może swoich w Rumunii, nie towarzyszy budujących socjalizm w swoich krajach.
Czy PGR-y musiały paść
– Skądże, nie musiały. Choć system polityczny PRL był niewydolny od początku – mówi z przekonaniem. – Po 1989 roku idea była taka, że wszystko musi być prywatne. To była decyzja polityczna, więc likwidowali. Były dobre i wydolne PGR-y, ale były też dziadowskie. Nie wszystkie trzeba było od razu likwidować.
– W Komitecie Centralnym byłem do końca, do 1989 roku, do zakończenia obrad Okrągłego Stołu – dodaje. A potem wrócił do Kombinatu Głubczyce. Z czego bardzo ucieszyli się pracownicy.
Pamiętają, jak po 1989 roku Michałek bronił ludzi w mediach. Mówił, że oborowa, choć ma cztery klasy, cieszy się w PGR szacunkiem i poważaniem. A na rynku pracy taka kobieta przestała cokolwiek znaczyć.
Głubczyce i Kietrz jako jedyne w Polsce przetrwały po 1989 roku. Nie poszły do likwidacji w 1991 r. Kietrz działa do dzisiaj, jako spółka skarbu państwa. A na bazie wydzierżawionego majątku i ziemi głubczyckiego kombinatu powstała prywatna spółka rolna, jedna z największych w Polsce. Jej zagraniczni właściciele uznali, że do kierowania nią najlepiej nadaje się… Zbigniew Michałek. Robił to do emerytury, w podobny sposób, jak zarządzał socjalistycznym kombinatem.
Jest przykładem działacza PZPR, który nie przeszedł do SLD i nie kontynuował kariery publicznej. W Głubczycach nadal cieszy się wielkim szacunkiem. Mieszka sam, żona zmarła, a dzieci rozjechały się po świecie.
– Wnuczek zaproponował, że kupi mi mieszkanie w Hiszpanii, blisko niego – mówi Zbigniew Michałek.
– „Ale ty pewnie nie chcesz” – dodał. Roześmiałem się. Nie, nie chcę. Moje miejsce jest tutaj, w Głubczycach. W kombinacie.
Czytaj też: Andrzej Czyczyło: Rysowanie było dla mnie czynnością fizjologiczną
***
Odważne komentarze, unikalna publicystyka, pasjonujące reportaże i rozmowy – czytaj w najnowszym numerze tygodnika „Opolska”. Do kupienia w punktach sprzedaży prasy w regionie oraz w formie e-wydania




