Krzysztof Zyzik: – Chłopcy z takich miasteczek jak Strzelce Opolskie raczej nie marzą w o aktorstwie. A gdy dorosną, idą w bardziej przyziemne zawody…
Arkadiusz Jakubik: Jako dzieciak marzyłem o byciu strażakiem, ewentualnie kosmonautą. Gdy miałem siedem lat, rodzice wyczytali w gazecie, że w Katowicach robią casting na główną rolę dziecięcą w filmie. Akurat wybieraliśmy się w tamtym kierunku do dziadków w Gliwicach, więc podjechaliśmy po południu pod kino, gdzie kotłowało się około trzystu dzieciaków. Przeszedłem pierwszy etap, potem – o dziwo – dwa kolejne i finał. Byłem podekscytowany i szczęśliwy.
– Żeby było zabawniej, zagrał pan Gustlika z Gustlikiem…
– Mój bohater miał na imię Gustlik, a moim filmowym dziadkiem był Franciszek Pieczka, czyli pamiętny Gustlik z „Czterech Pancernych”. Sam już nie wiem, czy byłem wtedy bardziej szczęśliwy, że gram w prawdziwym filmie, czy może dlatego, że nie musiałem chodzić do szkoły. Proszę sobie wyobrazić, że całą pierwszą klasę byłem zwolniony z zajęć (śmiech). Dorywczo uczyła i odpytywała mnie ciotka Marysia z Krosna, która była nauczycielką. Ale głównie przez ten rok szalałem po Wieliczce i kopalniach Górnego Śląska.
– Jak się czuł siedmioletni dzieciak na dorosłym planie filmowym?
– Fantastycznie. Dla mnie to była ekscytująca przygoda, wejście w świat fantazji i baśni. Opowieści o Skarbku, utopcach, smokach… Uświadomiłem sobie, że istnieje jakaś równoległa rzeczywistość obok tej szarej, PRL-owskiej.
– Zadebiutował pan od razu z grubej rury, bo w filmie „Okrągły tydzień” znalazła się scena rozbierana…
– W scenariuszu jej nie było (śmiech). Już w trakcie kręcenia reżyser wpadł na pomysł, że moja filmowa mama, czyli pani Emilia Krakowska, będzie mnie myła w misce, a ja mam stanąć przed kamerą nagusieńki. Nie chciałem się rozebrać za żadne skarby, popłakałem się i uciekłem z planu. Nie pamiętam już, jak mnie namówili, żebym wrócił. Przymuszony wlazłem w końcu do tej miski.
– To wszystko?
– A gdzie tam. Dopiero się miało zacząć. Wracam do Strzelec Opolskich, jest uroczysta premiera w kinie Agromet Pionier, na sali cała moja szkoła. Nadchodzi moment sceny w misce. I gdy na ekranie pojawia się goły Areczek, w kinie rozlega się gromki śmiech. Po premierze jest już tylko gorzej. Bo koledzy biegają za mną po korytarzach i wołają: „Ej, aktor, pokaż pisiora!” Albo po prostu: „Pisior! Pisior!”
– A było to grubo przed powstaniem PiS-u…
– Byłem pisiorem zanim Kaczyński wymyślił PiS (śmiech). Dziś możemy się z tego śmiać, ale wtedy to była naprawdę wielka trauma. Pan wie, jak okrutne potrafią być dzieci. Skończyło się na tym, że musiałem zmienić szkołę.
– W nowej szkole było łatwiej?
– Było. Może nie wszyscy widzieli ten film, a może pomogła mi piłka, w którą nieźle grałem, dzięki czemu miałem dobre notowania w klasie. W każdym razie problem się skończył. Do czasu. Kilka lat później, w piątej klasie, wracam w niedzielę z kościoła i mama mówi: – Syneczku, dzisiaj o 17.35 na pierwszym programie telewizji powtarzają twój film. Kupiłam lody, upiekłam ciasto i zaprosiłam całą twoją klasę!
– To się nie działo naprawdę…
– Niestety tak. To było jak cios nożem w moje młodzieńcze serce. Załamałem się, uciekłem z domu i włóczyłem się po strzeleckim parku, płacząc i obiecując sobie, że nigdy w życiu nie będę aktorem.
– A dzieci na film i lody przyszły?
– Tak, mama nie chciała już odwoływać zaproszenia. „Aktora” w domu nie było, ale widownia przyszła (śmiech). Zjedli ciasto i lody, zobaczyli film i się rozeszli. Ja wróciłem dopiero po 22.00, a mama zrozumiała, jak wielką traumą była dla mnie ta sytuacja. Z duszą na ramieniu szedłem rano do szkoły, a tam – cisza, spokój. Może przez to, że byliśmy już cztery lata starsi. Może przez tę piłkę. Rozeszło się po kościach…
– A pan zaczął wtedy marzyć o aktorstwie?
– Nie, ciągle miałem uraz przez tamtą rozbieraną scenę. Mama zabrała mnie po premierze na casting, tym razem do Warszawy, gdzie szukali jednego z tych „Bąbli” do serialu „Rodzina Leśniewskich”. I pamiętam taką sytuację, że reżyserka castingu, pani Ewa, która kojarzyła mnie jeszcze z roli Gustlika, mówi do mamy: „Pani Basiu, co się stało z Areczkiem, on zawsze był taki rezolutny i otwarty, a teraz mruk się zrobił”. A ja po prostu nie chciałem grać w żadnych filmach czy serialach, bo tam na pewno trzeba się rozbierać (śmiech). Jakby na przekór wszystkim, zainteresowałem się przedmiotami ścisłymi.
Pod koniec podstawówki czytałem już akademickie podręczniki z fizyki termojądrowej, z których wprawdzie nic nie rozumiałem, no ale mnie to fascynowało. W liceum wybrałem profil matematyczno-fizyczny, zdałem rozszerzoną matmę i fizykę na maturze. I pewnie poszedłbym w tym kierunku, gdybym nie spotkał w liceum na swojej drodze pani Urszuli Kraki, cudownej polonistki, która zaprosiła mnie do kółka teatralnego. I to był prawdziwy przełom. Bo byłem już w takim wieku, że interesowałem się dziewczynami i chciałem u nich zdobyć jak najwięcej punktów.
– Podrywał je pan na teatr?
– Oczywiście. Umówmy się, że nie jestem typem amanta i nigdy nim nie byłem, mam parę luster w domu i wtedy też miałem… Noo, ale kiedy w liceum wchodziłem na scenę, przebrany, w roli takiego Papkina, to wystarczyła głupia mina, jeden śmieszny tekst i wszystkie dziewczyny rozbawione i wpatrzone we mnie. A kiedy robiłem pauzę, wykonywałem dramatyczny gest… To cisza na widowni jak makiem zasiał. To jest właśnie ten rząd dusz… (śmiech). Wtedy zacząłem myśleć, żeby może jednak zdawać na aktorstwo.
– Podobno brał pan korepetycje u znanego w Opolu aktora. I one też wryły się panu w pamięć…
– Oj wryły… Moim największym problemem była dykcja. Niebywale sepleniłem, szeleściłem tymi spółgłoskami. Miałem krzywy zgryz, a na to nałożyło się jąkanie. I tu znowu wkroczyła moja mama. Załatwiła mi w Opolu lekcje z ważnym aktorem. Konkretnie pięć lekcji, na więcej nie było nas stać. Myśmy w tych Strzelcach Opolskich raczej biedowali. Mama sama nas utrzymywała, bo tatuś nas zostawił. No więc za takie ostatnie trzymane w skarpecie pieniądze zacząłem brać korepetycje.
A przed ostatnią lekcją mama dała mi w prezencie dla pana aktora butelkę armeńskiego koniaku. On na dzień dobry zapytał, czy może otworzyć i zdrowo sobie popijał w trakcie tych zajęć. Pod koniec mówi do mnie: „Arek, zostało jeszcze trochę koniaku, mogę ci nalać”. Byłem już pełnoletni, alkohol dodał mi odwagi, więc zapytałem: „Niech mi pan powie, ale tak szczerze, czy mam jakieś szanse na tym egzaminie do szkoły aktorskiej?”. A on mnie wziął protekcjonalnie za rękę i mówi: „Arek, daj sobie spokój z tym całym aktorstwem…”
– Oj, czuję kaliber sceny rozbieranej…
– Totalna załamka. Pamiętam, że szlajałem się otępiały po Opolu, spóźniłem się na ostatni pociąg do Strzelec, wróciłem dopiero o piątej – pierwszym porannym. Dwa tygodnie później, już na egzaminie we Wrocławiu, pani sekretarka wiesza kartkę z przyjętymi kandydatami na wydział aktorstwa. Jestem na pierwszym miejscu, mimo tej cholernej dykcji. Pamiętam, że zrobiłem wtedy gest Kozakiewicza w stronę pana aktora z Opola.
– Polskie restauracje, ale też amerykańskie, pełne są absolwentów aktorstwa, którzy kelnerują, biegając od castingu do castingu. Telefon czasem milczy długimi latami. Jak było u pana?
– Wiem, co to jest nie mieć pracy przez wiele lat. I wiem, jak dużo w tym zawodzie zależy od szczęścia. Przez pierwszych kilka lat w Warszawie to żona grała i zarabiała, a ja byłem na „tacierzyńskim” i opiekowałem się naszym synkiem Kubą. Chodziliśmy na spacery, karmiłem go, a Agnieszka jeździła po teatrach w całej Polsce z musicalem o Edith Piaf.
– Ilu facetów dałoby się pokroić, żeby odzyskać ten czas, gdy dzieci były małe. Oni nie pamiętają, jak dorosły, bo zasuwali od świtu do nocy po jakichś korpo-mordorach…
– To prawda. Czasu, który spędziłem z Kubą, nikt nam nie odbierze, ale zawodowo byłem sfrustrowany. Szukałem roboty gdziekolwiek, choćby po agencjach reklamowych, bo rachunki trzeba było płacić. To doświadczenie we mnie zostało, dlatego później powtarzałem swoim synom, że aktorstwo to nie jest dobry pomysł na życie dla faceta. Zbyt mało bowiem w aktorstwie zależy od nas samych, a zbyt dużo od przypadku. Od tego, czy się spotka tego właściwego reżysera. Czy telefon zadzwoni lub nie. To nieprawda, że do sukcesu wystarczy talent, pracowitość i determinacja. Ilu takich aktorów przepadło, bo nie mieli szczęścia do ludzi…
– Pan miał szczęście do reżysera Wojtka Smarzowskiego…
– Tak. To on wyciągnął do mnie rękę po „13 posterunku”, gdzie miałem przyprawioną gębę tego debila, głuchego sapera z metalową ręką. I nie wiem, co Wojtek miał w głowie, żeby takiemu pajacowi jak ja dać poważną, dramatyczną rolę w „Weselu”…
– …a potem w „Domu złym”, „Drogówce”, „Wołyniu”, „Klerze” i innych. Jak się poznaliście ze Smarzowskim?
– Kilka lat przed „Weselem”, na planie jego telewizyjnego debiutu – „Małżowiny”, gdzie wkręcił mnie w rolę menela Robert Gonera, kumpel z wrocławskich czasów. Produkcja nie miała nawet na kostiumy, więc kazali mi się w domu przebrać za żula. Wchodzę na podwórko przy ul. Wiejskiej, nieopodal Sejmu, widzę ekipę, światła, kamery, jacyś menele piją wino. Nikogo nie znałem, więc stanąłem z boku i czekam. Smarzowski, zapytany po latach, jak się poznał z Jakubikiem, odpowiedział: Wchodzę na plan, widzę po lewej swoją ekipę, po prawej statystów-meneli, a z boku prawdziwy menel pali fajkę i mnie obserwuje.
– Jak długo był pan na ekranie?
– Jakieś 8-10 sekund, przy czym widać tylko część mojej potylicy i to nie wprost, tylko przez judasza. No, ale wtedy coś kliknęło między mną, a Wojtkiem. Jakiś rodzaj wrażliwości, wspólna chemia. Znamy się już masę lat, kumplujemy. I to jest właśnie ta kolejna osoba, po polonistce ze Strzelec Opolskich, która odmieniła moje życie.
– Po świetnej roli notariusza Jana Janochy w „Weselu”, mógł pan już przebierać w propozycjach?
– No właśnie nie, znowu była posucha, nic się nie działo. O prawdziwym przełomie mogę mówić dopiero kilka lat później, po premierze „Domu złego”.
– Pamiętam ten film w każdym detalu. Wybitny. Niezwykle gęsty, mroczny, pewnie też trudny do zagrania. Wracał pan po dniówce na planie jak po robocie w korpo, czy w panu te role siedziały?
– Zdecydowanie „Dom zły” był moim najtrudniejszym aktorskim wyzwaniem. Nie zdawałem sobie sprawy z konsekwencji, jakie może przynieść ta rola, zwłaszcza po zakończeniu zdjęć. Wchodząc głęboko w buty mojego bohatera i w ten świat – nie najpiękniejszy, nie najłatwiejszy, umówmy się – trudno było na powrót poskładać głowę. Tym bardziej, że nie miałem jeszcze wypracowanych mechanizmów obronnych. Dziś mam więcej doświadczenia, no i mam zespół Dr Misio, który założyłem między innymi po to, żeby nie wariować po zakończeniu trudnej roli.
– Muzyka jako rodzaj oczyszczenia, terapii?
– W pewnym sensie. Zamiast siedzieć w domu, analizować postać, którą grałem i czekać na kolejny telefon z propozycją, zaczynam próby ze swoim zespołem, którego ojcem chrzestnym jest Tymon Tymański, którego spotkałem na planie „Wesela”. Tymon zaczął wpadać do nas do domu, grywał synkom na gitarze. I któregoś dnia mówi: „Słuchaj, gramy w Warszawie w legendarnym klubie CDQ na Burakowskiej, gdzie grała Brygada Kryzys, Armia, Izrael… Może byś chciał zaśpiewać razem z nami?” – „Ale co zaśpiewać?” – pytam. – „Co chcesz. Przynieś numer, który lubisz, na próbie zrobimy wersję punkową, ja cię zapowiem, będą skandować twoje imię, będzie git.” Na to ja: „Tymon, jasne, wchodzę w to!” Przyniosłem numer „Róż Europy” pod tytułem „Rock’N’Rollowcy”.
– Bo my jesteśmy rock’n’rollowcami…
– „…i pijemy tanie wino, pijemy je litrami…” (śmiech). Dokładnie to. Zrobiliśmy punkową wersję i uwaga: nadszedł ten moment, pod koniec koncertu, ludzie są już rozgrzani, spoceni, rozedrgani, a Tymon zapowiada mnie. Publika drze się w niebogłosy, ja wchodzę, oczywiście totalnie zestresowany, i dajemy czadu. Drę japę i nagle czuję, że zaczynam się unosić nad sceną, zaczynam emocjonalnie lewitować. To jest magia. Energia, którą daje rockowy band, w zderzeniu z energią, jaka płynie z publiczności, to jest taka kumulacja, że po prostu wszyscy odklejamy się od tej sceny i lecimy. Wtedy mi kliknęło: Wow, to jest to, co chciałbym kiedyś robić niezależnie od aktorstwa. Dr Misio wydał już pięć płyt, pracujemy nad szóstą.
– Ma pan zacięcie publicysty. Dużo Polski w tych piosenkach…
– Taka była szczególnie ostatnia płyta, która się ze mnie wylała w ramach niezgody na to, co się działo w kraju. To był rok 2019, kiedy poszliśmy z żoną na Czarny Marsz. Wtedy wprowadzono najbardziej restrykcyjne w Europie prawo aborcyjne. Uznałem, że muszę się z taką Polską pokłócić, wygarnąć jej. Stąd piosenka „Chory na Polskę”, „Miliard nowych Polsk” czy „Wielkie żarcie”.
– „Nie wystarczy mi życia, żeby się wyleczyć z Polski” – śpiewa pan. To brzmi dość patriotycznie…
– Na każdym koncercie powtarzam, że żadna władza nie odmówi mi prawa, żebym się uważał za patriotę. Bo kocham swój kraj i – trawestując słowa mistrza Wajdy: myślę po polsku, mówię po polsku, czuję po polsku, kocham po polsku. Tu się urodziłem i tutaj umrę.
– Widzę pewien paradoks w fakcie, że pokazujecie ze Smarzowskim głównie ciemną stronę naszego społeczeństwa. Tak uwypuklacie narodowe przywary, że można się pochlastać po wyjścia z kina. Paradoks polega na tym, że Polska w ostatnich trzech dekadach dokonała niebywałego skoku cywilizacyjnego, to był bodaj najszczęśliwszy okres w historii naszego kraju…
– Film ma to do siebie, że musi być pewnego rodzaju soczewką. Musi być zagęszczony, nie chcę powiedzieć przerysowany. Musi drażnić, stawiać ważne pytania. Po „Drogówce” czy „Klerze” zarzucano nam, że przesadziliśmy z opisem przywar policjantów i księży. Ale ilu potem duchownych czy policjantów z drogówki przychodziło do mnie i dziękowało (śmiech). „To jeszcze nic, co pokazaliście…” – słyszałem – „U nas się odstawia jeszcze grubsze numery…”
– Pan zagrał w „Klerze” księdza Andrzeja Kukułę, podejrzewanego o pedofilię. Podobny temat zna pan dość dobrze z dzieciństwa w Strzelcach Opolskich…
– Niestety. Prawie pół wieku temu miejscowy ksiądz zniszczył życie mojemu przyjacielowi z klatki na osiedlu Piastów Śląskich. Nie tylko jemu zresztą, wielu ministrantom. Ten bandyta był kryty, przenoszony do innych parafii, gdzie robił to samo. Aż wylądował w Niemczech. Myśmy trochę wierzyli, że takie filmy jak „Kler” mogą zmienić świat, ale dziś już się tylko z tego śmieję. Takiego oczyszczenia, jakie nastąpiło choćby w Irlandii, raczej bym się u nas prędko nie spodziewał.
– A może jest tak, że kropla drąży skałę? Po najnowszym filmie Smarzowskiego, „Dom dobry”, radykalnie wzrosła liczba telefonów na niebieską linię od kobiet, które doświadczają przemocy domowej…
– To prawda, ale prawdziwy problem naszego kraju polega na tym, że robimy takie zrywy, na przykład pod wpływem filmu czy akcji społecznej, a potem się okazuje, że instytucje państwa nie są wydolne, by pomagać w sposób systemowy. Za mało ludzi pracuje na Niebieskiej Linii. To dotyczy nie tylko przemocy domowej.
– Mówiliśmy do tej pory o filmach i muzyce, ale w swoim najnowszym projekcie łączy pan gatunki. 20 grudnia wystąpił pan w Teatrze im. Jana Kochanowskiego ze spektaklem muzycznym „Romeo i Julia żyją”. Trudno ten projekt wsadzić do jednej szuflady…
– Bo on się wymyka jednemu gatunkowi. To hybryda koncertu, teatru i filmu. To próba opowiedzenia fabularnej historii filmowej przez piosenki. W marcu była premiera mojego solowego albumu pod tytułem „Romeo i Julia żyją”, a to, co pokażemy niebawem w Opolu, to wersja sceniczna tej płyty, z bardzo ciekawymi wizualizacjami autorstwa Natana Berkowicza – najlepszego w Polsce twórcy video-artu, współpracownika wielu reżyserów teatralnych, m.in. Krzysztofa Warlikowskiego czy Jana Klaty.
– Przenosicie dramat Szekspira do współczesności?
– Tak, to jest historia Romea i Julii z małego miasteczka. Akcja dzieje się w Piasecznie, bohaterami są byli aktorzy Jan i Krystyna Marcowie, małżeństwo po czterdziestce, które przechodzi trudny czas. To opowieść o ich miłości. Inspirowana oczywiście historią opisaną przez mistrza ze Stratfordu, ale głównie osadzona wokół historii, w której oni marzą o zagraniu Romea i Julii w domu kultury w Piasecznie, a jak się im to nie udaje, to postanawiają urządzić spektakl we własnym domu. W jakich konkretnie okolicznościach, to już trzeba przyjść i zobaczyć. Tam jest i rock’n’roll, i energia, jest i humor, ale także sporo wzruszenia, bo to dramatyczna opowieść o miłości.
Cytując fragment jednej z piosenek: „Romeo i Julia nie muszą być młodzi, są tacy jak my, kogo to obchodzi, ile mają lat…”. Moim marzeniem jest, żeby w trakcie tego koncertowego spektaklu ludzie zamknęli oczy i zwizualizowali sobie swoją własną historię, swój własny film. Żeby na twarze Jana i Krystyny nałożyli swoje twarze. To będzie tak naprawdę opowieść o każdym, kto przyjdzie zobaczyć mój spektakl. Serdecznie zapraszam.
– Pomówmy jeszcze na koniec o Polsce, a w zasadzie o dwóch Polskach. Bo pan i w kinie i na płytach porusza temat podziału kraju na dwa plemiona. W serialu „Król”, na podstawie świetnej powieści Szczepana Twardocha, jak na dłoni widać, jak wiele się musiało zmienić przez te ostatnie prawie sto lat, żeby zmieniło się tak niewiele…
– Jak mówi klasyk – oczywista oczywistość. Ta Polska podzielona między Piłsudskiego i Dmowskiego ciągle w nas funkcjonuje. Czy uda się zasypać ten rów – śmiem wątpić. Ale trzeba zacząć od wzajemnego szacunku. Opowiem panu na koniec o moim małym cudzie na wsi pod Piasecznem, gdzie mieszkam wśród wyborców, których – że tak to ujmę – nie podejrzewam, iż w drugiej turze głosowali na Rafała Trzaskowskiego. Przez lata nie wychodziłem na wieś, bo nie było powodu. Ale odkąd pojawił się z nami Bazyli, mój czworonożny trzeci synek, zacząłem z nim chodzić na spacery po wsi. No i jakoś tak naturalnie wyszło: „Dzień dobry, sąsiadko, co tam słychać, jak zdrowie…”. Pieski się obwąchują, sąsiadka gada, że była w kościele, że zdrowie jako tako, a służba zdrowia do bani. I tak sobie żyjemy.
Ja nie indoktrynuję sąsiadów, oni nie próbują nawracać mnie. Każdy z nas ma swój system wartości. U mnie w domu wisi na lodówce zdjęcie Bartoszewskiego z cytatem: „Warto być przyzwoitym”. U sąsiadów pewnie wiszą inne widokówki czy symbole, mają swoje cytaty i autorytety. Wzajemnie się szanujemy i nawet lubimy. O nic więcej nie chodzi jak o to, żeby ta jedna Polska nie mówiła tej drugiej jak ma żyć, kogo może kochać i w co ma wierzyć. Żeby nie uważała się za lepszą, nie narzucała tej drugiej swojego stylu życia i nie odmawiała jej polskości. Żeby te nasze „małe Polski”, te mikrokosmosy, które tworzymy wokół naszych rodzin, przyjaciół i wartości, wzajemnie się szanowały i były dla siebie uprzejme. Jak ja z sąsiadami, gdy wychodzimy z pieskami na spacer.
– Dziękuję za rozmowę.
Czytaj także: Jogi, Kochanek, laskarki i zwolnienia – sportowy alfabet Opolszczyzny 2025
***
Odważne komentarze, unikalna publicystyka, pasjonujące reportaże i rozmowy – czytaj w najnowszym numerze tygodnika „O!Polska”. Do kupienia w punktach sprzedaży prasy w regionie oraz w formie e-wydanie



