Jak się słuchało słów płynących zza oceanu, odnosiło się wrażenie, że to nie Chiny, Rosja czy Korea Północna są największymi wrogami Ameryki. Ale właśnie kraje europejskie ze swoimi wartościami, demokracją i stylem życia.
Ich liderzy, mając świadomość wagi relacji transatlantyckich oraz geopolitycznej konieczności utrzymania jedności Zachodu – także w interesie Stanów Zjednoczonych – robili wszystko, żeby tylko nie urazić obecnego gospodarza Białego Domu. Zachowywali się jak Jarząbek z barejowskiego „Misia”. Podlizywali się Trumpowi, wychwalali jego nieistniejące w rzeczywistości cechy charakteru i znosili w milczeniu inwektywy. W praktyce ta strategia okazywała się generalnie słuszna, bo dzięki temu udawało się rozbroić większość niebezpiecznych lub szalonych pomysłów prezydenta USA.
Grenlandia jako punkt zwrotny
Jednak ta polityka płaszczenia się stała się tak żenująca, upodlająca, że wzbudziła niesmak i powszechne oburzenie europejskiej opinii publicznej oraz mediów. Nie wyłączając Polski, dotąd chyba najbardziej proamerykańskiego społeczeństwa na świecie. Od miesięcy rosła też presja na polityków, by zachowali godność i wreszcie pokazali Trumpowi symboliczny środkowy palec. Ale i sami politycy mieli świadomość, że tak bez końca nie można, że jest granica, której przekroczyć nie można. Tą granicą stała się Grenlandia oraz obraźliwe słowa Trumpa wobec europejskich żołnierzy walczących w Iraku i Afganistanie.
Zdecydowanie zareagowali wszyscy, nawet Wielka Brytania i Włochy, uchodzące za najbardziej bliskich, wiernych i spolegliwych sojuszników Ameryki. Tylko Polska schowała głowę w piasek. PiS i Karol Nawrocki usiłowali przekonywać wręcz, że Trump mówił coś innego niż wszyscy słyszeli.
Można zrozumieć delikatną sytuację polskich władz w sytuacji wojny za naszą wschodnią granicą i dającą poczucie bezpieczeństwa obecność amerykańskich żołnierzy, która zależy tylko od kaprysu Trumpa. Większość Polaków też ma tego świadomość, ale ich tolerancja dla chamstwa i arogancji Donalda Trumpa również się skończyła. Dlatego z dnia na dzień bohaterem został Włodzimierz Czarzasty, jako ten, który pierwszy powiedział „nie” prezydentowi USA i dosadnie to wyjaśnił. Marszałek Sejmu zrobił to, co zrobił najprawdopodobniej przy cichej zgodzie premiera Tuska. Obaj doskonale wiedzieli, że znajdzie to poklask większości społeczeństwa i nabije punktów poparcia w sondażach. I co najważniejsze – że nie wywoła to negatywnych konsekwencji dla Polski.
Bo zobaczmy, co się stało. Nic, oprócz nieprzemyślanych i głupich słów ambasadora USA, z których teraz dyplomatycznie się wycofuje. Tak, jak nic się nie stało po decyzji czołowych państw europejskich o odmowie przystąpienia do groteskowej Rady Pokoju wymyślonej przez Trumpa. Nic się też nie stało, jak kolejne państwa, w tym nawet Litwa, mogąca się czuć najbardziej zagrożona przez Rosję, odmówiły poparcia wniosku o przyznanie Trumpowi Pokojowej Nagrody Nobla.
Waszyngton wraca do Realpolitik
Nic się nie stało, bo zmieniło się coś w Waszyngtonie. Ameryka jest Europie niezbędna, ale to nieprawda, że Ameryka sobie bez Europy poradzi, zwłaszcza z Chinami. O ile na polu militarnym może tak, to na gospodarczym absolutnie nie. Zrobienie sobie wroga ze Starego Kontynentu nie ma sensu, a jest wręcz dla USA groźne. Dlatego establishment republikański wcisnął guzik z nazwą „Realpolitik”.
Czytaj też: Pomoc dla Ukrainy działa. Wierni zebrali miliony
***
Odważne komentarze, unikalna publicystyka, pasjonujące reportaże i rozmowy – czytaj w najnowszym numerze tygodnika „O!Polska”. Do kupienia w punktach sprzedaży prasy w regionie oraz w formie e-wydanie


