sobota, 17 stycznia, 2026
  • Redakcja
  • Newsletter
  • Kontakt
  • Gazetki promocyjne
  • Regulamin
  • Ochrona danych
Opolska360
  • Najważniejsze
  • Opole
  • Region
  • Sport
  • Tylko u nas
  • Biznes
  • Nauka
  • Dobra Energia
  • Razem dla Środowiska
Brak wyników
Pokaż wszystkie wyniki
Opolska360
  • Najważniejsze
  • Opole
  • Region
  • Sport
  • Tylko u nas
  • Biznes
  • Nauka
  • Dobra Energia
  • Razem dla Środowiska
Brak wyników
Pokaż wszystkie wyniki
Opolska360
Brak wyników
Pokaż wszystkie wyniki
REKLAMA
Home Tylko u nas

Zginęli w Paryżu, a ja ich sprowadzę do domu. Obiecałam to prababci

Aleksandra Puchalska od kilku lat dobija się o upamiętnienie miejsca śmierci i pochówku swoich krewnych, zamordowanych przez Rosjan pod koniec wojny. Oni oraz inni zabici, w większości bezbronne kobiety i dzieci ze wsi Paryż pod Pokojem, spoczęli w zbiorowej mogile w Dąbrówce Dolnej.

Jolanta Jasińska-Mrukot Jolanta Jasińska-Mrukot
2024-10-15
w Najważniejsze, Region, Tylko u nas
Aleksandra Puchalska

Aleksandra Puchalska w miejscu, gdzie rozstrzelano braci jej prababci, w rękach trzyma akty ich zgonów. / fot. prywatne

REKLAMA

Pierwszy raz na tej mogile zastałam dosłownie śmietnik, połamany krzyż, chwasty i puste znicze – zaczyna opowiadać 21–letnia Aleksandra Puchalska z Galewic spod Wielunia.

– Kiedy pytałam młodszych, kto tam jest pochowany, nie mieli zielonego pojęcia. Bo nie ma żadnej tablicy z nazwiskami ofiar. Żadnego upamiętnienia tego, jak zostali przez Rosjan w 1945 roku zamordowani.

Zanim odnalazła zaniedbaną zbiorową mogiłę, odbijała się kolejno od drzwi różnych instytucji. Lekceważono, wówczas jeszcze nastolatkę, upierającą się, żeby odnaleźć i upamiętnić miejsce pochówku krewnych, o których tak często słyszała od swojej prababci.

Aleksandra Puchalska rozpoczęła poszukiwania

– Pisałam do Urzędu Wojewódzkiego w Opolu. Do urzędów gmin, tam, gdzie istniało prawdopodobieństwo, że mogę czegoś się dowiedzieć – wspomina Aleksandra. – Niektórzy nawet nie odpowiedzieli na maila.

Dwa lata temu postanowiła wystąpić oficjalnie i napisała do Instytutu Pamięci Narodowej. Odebrała kilka oficjalnych pism. Za każdym razem informujących w kurtuazyjnym tonie, że miejsca pochówku dwóch braci Molke, 26-letniego Bronka i 24-letniego Franka, nie odnaleziono. Ale „czynione są starania”, żeby ich odnaleźć.

Zaczęła szukać na własną rękę wśród najstarszych mieszkańców w okolicznych wsiach, gdzie jej wujkowie prawdopodobnie byli.

– Pani Stasik w Świerczowie bardzo się ucieszyła, że może o tym rozmawiać – mówi Aleksandra. – Miała książkę niemiecką, w której wymieniano zamordowanych mieszkańców wsi Paryż. W tym było dwóch młodych Polaków, braci Molke, Bronka i Franka, wysłanych przez niemieckich urzędników do robót przymusowych u bauera.

Aleksandra Puchalska
Tak wyglądała zbiorowa mogiła pomordowanych w Paryżu, kiedy Aleksandra Puchalska po raz pierwszy przyjechała na cmentarz w Dąbrówce Dolnej.

Kiedy nabrała przekonania, że braci jej prababci pochowano gdzieś w okolicy, zastukała do proboszcza w Dąbrówce Dolnej.

– Proboszcz po tygodniu do mnie zadzwonił. Powiedział, że są akty zgonów moich krewnych z adnotacją, że zamordowani przez Rosjan – kontynuuje Aleksandra. – I zostali pochowani w tej zbiorowej mogile, gdzie spoczęło 41 osób. Najwięcej kobiet i dzieci. Ofiar masakry z 22 i 23 stycznia 1945 roku w Paryżu. Więc poinformowałam o tym IPN, a oni poinformowali o tym inne instytucje.

Za kilka tygodni do Aleksandry napisali z Archiwum Państwowego, że IPN odnalazł jej krewnych.

– Odpisałam, że o tym wiem. Bo to ja ich odnalazłam – mówi.

Dzieci wojny

Prababcia Zosia nigdy nie pogodziła się ze śmiercią swoich braci, którzy wracali z robót przymusowych u bauera. A z wojennej traumy nigdy nie wyszła. Bo do końca życia opowiadała prawnuczce o perfidii wojny, zdziczeniu ludzi. I o tym, jak pokrętne bywają losy wojenne.

– Proszę sobie wyobrazić, że Franek i Bronek w Kolonii Małej chcieli odebrać właśnie prababcię Zosię, która też wracała z przymusowych robót u bauera – opowiada Aleksandra. – Razem mieli wrócić do Jeziornej pod Wieluniem, po polskiej stronie przedwojennej granicy. Ale oni już nigdy nie wrócili…

Rodzina Aleksandry Puchalskiej jest przekonana, że w mroźny dzień 22 stycznia 1945 roku bracia Bronek i Franek Molke tylko przechodzili przez Paryż, zmierzając w stronę Kolonii Małej (obecnie w gm. Świerczów), gdzie na robotach przymusowych była ich 19-letnia siostra.

Wraz z przesuwającym się frontem pustoszały wsie, które przemierzali bracia Molke. Ludzi wyganiała z domów groza opowieści o okrucieństwie i bestialstwie rozwścieczonych sołdatów. Kto mógł, uciekał w głąb Niemiec. Ale kobiety, o mężów których upomniał się Wehrmacht, chowały się z dziećmi po lasach.

– Oni nie mieli zielonego pojęcia, że ich siostry Zosi, mojej prababci w Kolonii Małej już nie ma – kontynuuje Aleksandra. – Uciekała ze swoimi gospodarzami przed Ruskimi. Oni gwałcili i mordowali nie pytając, Polka czy Niemka.

Przez Czechosłowację mieli przedostać się do Niemiec. Ale 19-letnią Zosię zatrzymano na czesko-niemieckiej granicy. Natomiast jej gospodarzom pozwolono jechać dalej.

– Prababcia długo nie mogła się wydostać z Czechosłowacji – opowiada Aleksandra. – Kiedy rozstawała się ze swoimi gospodarzami, powiedzieli jej, żeby wróciła do Kolonii Małej. W ziemi zakopali jakiś majątek, miała sobie to zostawić jako wiano. Gospodarze chcieli się odwdzięczyć za jej pracę.

– Ale prababcia już nigdy tam nie pojechała – dodaje. – Nie pogodziła z tym, że bracia nie wrócili. Myślę, że jakikolwiek majątek dla tego wojennego pokolenia nie miał znaczenia.

Paryż, wieś kobiet i starców

Nieżyjący już dzisiaj świadkowie wydarzeń w Paryżu zapamiętali trzech młodych Polaków, wracających na polską stronę. Gerard Hyla, który był jednym z najmłodszych świadków tamtych wydarzeń, za życia opowiadał, że zapamiętał swojego dziadka Jana Hylę, sołtysa Paryża, który wsiadł na rower i jadąc przez wieś pozbawioną radia i prądu krzyczał przez tubę: „Rus nadciongo, Rus idzie!”.

Wcześniej w szkołach i innych miejscach pozdejmowano portrety fuhrera. Ludzie poukrywali też zdjęcia bliskich w niemieckich mundurach. W Paryżu niewielu zostało mężczyzn, bo III Rzesza już dawno posłała ich na wojnę. Gerard Hyla, kiedy żył, mówił, że żaden z nich nie pchał się na ten front. Niejeden płakał jak dziecko, kiedy dostał wezwanie.

– Co za interes miał mój ojciec pchać się po śmierć na wschód? – mówił Gerard Hyla. – A niejeden młody swoją śmierć przeczuwał.

W niedzielę 21 stycznia 1945 roku, kiedy zapadał zimowy zmierzch, do Paryża – wsi na prawym brzegu Odry – wkroczyli rosyjscy zwiadowcy. We wsi sołdaci pozostali zaledwie kilkanaście godzin. Mimo to zostawili traumę kilku następnym pokoleniom. Pożoga, gwałty i mordy… Paryż płonął jak pochodnia. Mordowali na oślep, tak, jakby zaspokajali żądzę zabijania. Bez reguły. W jednym domu mordowali bezbronne kobiety i dzieci. W następnym zostawiali je przy życiu.

W wojnie, w której zginęli krewni Aleksandry, podział był jasny. Rosjanie, którzy weszli na Opolszczyznę będącą w granicach Niemiec, rabowali, gwałcili i mordowali w zemście za hitlerowskie zbrodnie na wschodzie. Byli za prymitywni, żeby rozróżniać niuanse: Niemiec, Ślązak…

Paryż wiedział, że dla sołdatów są już tylko „Giermańcami”. Ale nie rozumieli, dlaczego sowieccy żołnierze nie oszczędzili tych chłopców z Polski. Bo przecież z Polakami parli na Berlin, a chłopcy byli przymusowymi robotnikami, „niewolnikami Giermańca”.

W tym miejscu relacje rodziny Aleksandry są rozbieżne z tym, co za życia opowiadał Gerard Hyla. Z jego relacji, wówczas 8-letniego chłopca, wynikało, że Bronek i Franek spod Wielunia byli na robotach przymusowych w Paryżu. Z nimi był jeszcze Wicek.

– Wcześniej przesłuchiwano ich w szopie. Potem widziałem przez okno, jak sołdat pogonił ich przed siebie na wzgórze koło naszego domu – opowiadał za życia pan Gerard. – Wicek zdjął czapkę, którą nerwowo ugniatał w ręce. Ci chłopcy zdążyli się jeszcze przeżegnać, zanim sołdat wypalił do nich serię z pepeszy. Na koniec podłożył im pod głowy poduszkę, wyciągniętą z jakiegoś domu…

Paryż płonął jak pochodnia

To wszystko rozgrywało się w mroźny poniedziałkowy poranek 23 stycznia 1945 roku.

Gerard Hyla opowiadał, że kiedy starowinka Maria Medelnik wracała z kościoła, obok domu Franciszka Rudka usłyszała przeraźliwy krzyk dzieci. Ich matkę, w zaawansowanej ciąży, sołdaci rozciągnęli na podwórku i jak zdziczali jeden po drugim gwałcili.

 – Po wszystkim oddali do kobiety kilka strzałów z pepeszy – opowiadał naoczny świadek. – Jej siedmioletnia córka zakopała się w sieczce, w stodole. Strzelali do tego dziecka z góry, została w tym miejscu krwista plama. Troje dzieci z tej rodziny zastrzelili w domu. A ich ojca, Franciszka Rudka, sołdaci żywcem nadziali na widły, a potem patrzyli jak kona.

8-letni Gerard zapamiętał na zawsze twarze swoich zabitych wujków i ciotek. W jego sąsiedztwie zabili dziadka, jego synową, z czwórką małych dzieci.

Nie oszczędzono wiekowej Mańcynej, a od niej polecieli dalej, żeby w następnym obejściu zabić siedem osób. Z masakry w tym domu ocalały dwie kobiety. We wsi się mówiło, że dostały nadludzkiej siły i wyszarpały okno z futryną, żeby uciec z domu. Jedna z tych kobiet, biegła odrętwiała z rozpaczy i przerażenia przez wieś, niosąc na rękach swoje nieżywe dziecko.

Z tego domu wypełznął też kaleka, ale nikt się już nie dowiedział, czy Ruscy go dobili, czy na mrozie umarł z wycieńczenia.

Na przepustce z frontu był syn Wieczorka, mundur gefreitera schował głęboko i ukrył się w stodole. Sołdaci znaleźli go tam i żywcem spalili w tej stodole. Ci, którzy schronili się w lesie, widzieli, że Paryż płonął jak pochodnia.

O tym, że nadciągają Ruscy wiedziano już od tygodnia. Niemcy się wycofywali, ale przy drodze do Domaradza przygotowali zasadzkę na Rosjan. Zabili kilku sołdatów, potem porzucili działo i rozpierzchli się po okolicy. Ruscy schwytali dziesięciu i w odwecie za zasadzkę rozstrzelali ich pod domem Hyli.

W Paryżu mówili potem, że ci Niemcy to nie byli Niemcy, ale żołnierze generała Własowa, który z całą dywizją czerwonoarmistów zdezerterował do niemieckiej armii.

Pod krzyżem Napoleona

W środę 24 stycznia Józef Hyla, wraz z ocalałymi z masakry wiekowymi mężczyznami, ładował na wóz zwłoki pomordowanych. Doliczył się 41 ofiar masakry w Paryżu, razem z tymi z oddziału Własowa. Nie wiedzieli, co dalej robić…

Zwłoki leżały jedne na drugich, kiedy zajechali pod krzyż, o którym w Paryżu mówiono, że postawili go napoleońscy żołnierze, niedobitki Wielkiej Armii wracające spod Moskwy.

Dopiero po dwóch dniach pojechali do Domaradzkiej Kuźni, żeby na parafialnym cmentarzu, w bezimiennej mogile ich pochować. O tym co wydarzyło się w Paryżu, ludzie długie lata nie rozmawiali, nawet w rodzinach. Udawano, że tego wszystkiego nie było. Milczeli ze strachu, że może się to dla nich źle skończyć. Bo Rosjanie nadal byli w Polsce. „Bratnia armia” Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich liczbie 66 tysięcy żołnierzy do października 1992 roku stacjonowała w kraju.

 – A jednak po wojnie przyjechał do prababci Zosi jakiś mężczyzna z Paryża. I opowiadał o tym wydarzeniu. I jak zginęli jej bracia – opowiada Aleksandra. – Wtedy nosiło się „oficerki”, które mieli też na nogach Franek i Bronek. To najprawdopodobniej rozjuszyło Ruskich, przez te buty wzięli ich za Niemców, żołnierzy, którzy przebrali się w cywilne ciuchy.

Ale czy tak rzeczywiście było? Może to powojenne opowieści i domniemania. Bo czy było coś, co wtedy mogło zatrzymać rozwścieczonych sołdatów z pianą na ustach i pepeszami w rękach?

Podobnie jak napoleoński krzyż, pod który furmanką wypełnioną zwłokami zajechał sołtys Hyla. Czy to możliwe, że postawili go żołnierze Napoleona z oświeceniowej wówczas i wrogiej religii Francji? Faktem jest, że zimą 1812/1813 przeciągali w tej okolicy ranni i maruderzy z Wielkiej Armii. Niektórzy zatrzymali się tu, żeby odpocząć i się podkurować. Ale potem wrośli, pożenili się z miejscowymi. W księgach parafialnych zostały francusko brzmiące nazwiska z tamtego okresu, które z upływem lat zyskiwały śląskie brzmienie. I tak Pierre stawał się Pieroniem, a Leroy – Leroniem. A Paryż zyskał nazwę z tęsknoty za miejscem, do którego już nigdy nie wrócili.

Aleksandra Puchalska: O masakrze Paryża trzeba przypominać

 – O Paryżu i masakrze mieszkańców przypominać trzeba. Bo to historia – podkreśla Aleksandra Puchalska, która poszukując swoich krewnych odkryła w sobie duszę archiwisty. I rozpoczęła naukę w technikum dla archiwistów. – Dla wielu moich rówieśników Ukraina to nadal odległy temat, odległa wojna. Dlatego też trzeba upamiętniać i przypominać, żeby wiedzieli, do czego Rosjanie mogą się posunąć.

Z Urzędu Wojewódzkiego w Opolu otrzymała odpowiedź, że ofiary z Paryża nie zostaną upamiętnione. Ponieważ w pobliskim Pokoju, na cmentarzu, już stoi pomnik ku czci zamordowanych mieszkańców w styczniu 1945 roku.

Aleksandra wystąpiła też o zgodę na ekshumację szczątków braci prababci. Chce je pochować w rodzinnej miejscowości. Złożyła wniosek w IPN. Odpisano jej, że „sprawa jest w toku”. Nieoficjalnie usłyszała jednak, że to będzie niemożliwe.

– Ale ja kiedyś obiecałam prababci, że Bronek i Franek wrócą w końcu do domu. Na cmentarz bliżej Wielunia. I zrobię wszystko, żeby tak się stało – mówi Aleksandra. – Chociaż wszyscy mówią, że się nie da. I zrobię wszystko, żeby upamiętnić wszystkie ofiary mordu z Paryża.

A Paryż już nigdy się nie odrodził. Nie odbudowano spalonych domów, a ci, co w nich mieszkali i przeżyli masakrę, na zawsze opuścili wieś. Dziś jest ona przysiółkiem Domaradza, z 27 numerami.

***

Odważne komentarze, unikalna publicystyka, pasjonujące reportaże i rozmowy – czytaj w najnowszym numerze tygodnika „O!Polska”. Do kupienia w punktach sprzedaży prasy w regionie oraz w formie e-wydania.

Tags: Historiawojna
REKLAMA

NAJPOPULARNIEJSZE

  • nowy węzeł na obwodnicy Opola

    Nowy węzeł na obwodnicy Opola. Będzie zmiana organizacji ruchu

    0 udostępnienia
    Usdostepnij 0 Tweet 0
  • Metamorfoza zabytkowego cmentarza w Opolu. Nowe alejki i oświetlenie

    0 udostępnienia
    Usdostepnij 0 Tweet 0
  • Nowy inwestor w województwie opolskim. To firma z indyjskim kapitałem

    0 udostępnienia
    Usdostepnij 0 Tweet 0
  • Koniec pewnej epoki. Znany pub musi oddać lokal policji

    0 udostępnienia
    Usdostepnij 0 Tweet 0
  • Zmiany w kierownictwie MOPR w Opolu. Jest nowa dyrektorka

    0 udostępnienia
    Usdostepnij 0 Tweet 0
REKLAMA

 

 

REKLAMA

 

REKLAMA
  • Redakcja
  • Newsletter
  • Kontakt
  • Gazetki promocyjne
  • Regulamin
  • Ochrona danych

© Wydawnictwo SIlesiana 2022-2025

Welcome Back!

Login to your account below

Forgotten Password?

Retrieve your password

Please enter your username or email address to reset your password.

Log In

Add New Playlist

Brak wyników
Pokaż wszystkie wyniki
  • Strona główna
  • Najważniejsze
  • Newsletter
  • Opole
  • Region
  • Sport
  • Tylko u nas
  • Biznes
  • Nauka
  • Razem dla środowiska
  • Dobra Energia
  • Gazetki promocyjne
  • Redakcja
  • Kontakt

© Wydawnictwo SIlesiana 2022-2025