To historyczne podobieństwo warto w rocznicę ataku, jakim rozpoczął się konflikt Rosja – Ukraina, przypominać. Zwłaszcza Władimirowi Putinowi, który zapowiadał zajęcie Kijowa w trzy dni. Wierzył w to tak bardzo, że niektórym atakującym stolicę Ukrainy oddziałom kazano zabrać mundury galowe na defiladę zwycięstwa.
Pomysł nie jest nowy. Żołnierze Wehrmachtu ćwiczyli marsz paradny na przedmieściach Aleksandrii, ale nigdy jej nie zdobyli. Warto też w rocznicowym kontekście pamiętać, iż Donald Trump w kampanii wyborczej ponad 50 razy zapowiedział zakończenie tej wojny w pierwszej dobie po zaprzysiężeniu. Minęło 13 miesięcy.
Analogie między wojną z lat 1941-1945 a obecną są raczej smutne. Walcząca wtedy z III Rzeszą Rosja Sowiecka mogła liczyć na pomoc wojskową (drugi front), sprzętową i żywnościową całego zachodniego świata, z USA na czele. Ukraina dzisiaj potrzebuje znacznie więcej pomocy amerykańskiej niż dostaje. Ale nadzieje na nią są słabe. I nie wiadomo, co z punktu widzenia Ukraińców jest gorsze – osobista niechęć Trumpa do prezydenta Zełeńskiego, czy amerykańska hierarcha wojen – ważna ta z Iranem, ukraińska nieważna.
Europa zdaje się już wiedzieć, że Ukraińcy zasługują na pomoc. Ministrowie spraw zagranicznych Francji, Polski i Niemiec napisali razem – w rocznicę 24 lutego – o podtrzymaniu sankcji na Rosję i o niezachwianym wsparciu dla Ukrainy. 90 miliardów euro z Europy pozwoliłoby się Ukraińcom bronić się przez dwa lata. Ale na razie tę pomoc blokuje sprzeciw Węgier, które boczą się na Ukrainę za to, że przez jej terytorium nie płynie do nich ropa. Wolą nie wiedzieć, że rurociąg uszkodzili Rosjanie.
Rosja kontra Ukraina – cel agresorów jest jeden
A Rosja dąży konsekwentnie, choć nie bez ogromnych strat własnych (1,2 mln zabitych, rannych i zaginionych), do ostatecznego celu, jakim nie jest żaden z ukraińskich regionów z ich zasobami naturalnymi, tylko w pełni podporządkowana Ukraina. Nawet jeśli formalnie nie uda się jej z mapy Europy wymazać.
O tym, jak podobne plany są niebezpieczne dla Polski, mówił już w 1920 roku marszałek Józef Piłsudski. Bez niepodległej Ukrainy – buforu, który oddziela nas trwale od Rosji – nie ma bezpiecznej Polski – mówił. Trzeba to przypominać tym politykom w Polsce, którzy obliczają, ile moglibyśmy zaoszczędzić, gdyby Polska zrezygnowała ze wspierania Ukrainy.
Nasuwa się jeszcze jedna analogia z czasów II wojny światowej. Kiedy w 1939 zaatakowano Polskę, Francuzi nie chcieli umierać za Gdańsk. Dziesięć miesięcy później przyszło im umierać za Paryż. Nam śmierć za Kijów na razie nie grozi, ale zwykła uczciwość każe pamiętać, że Ukraińcy ginąc za swoje miasta, powstrzymują parcie Putina na Zachód, więc i na Polskę.
Ta wojna ma obok wymiaru politycznego i militarnego także bolesny wymiar etyczny. Prokurator generalny Ukrainy oszacował liczbę rosyjskich zbrodni na terenie jego kraju na 210 tysięcy. Jeszcze niedawno wymieniano wśród nich przede wszystkim uprowadzanie do Rosji ukraińskich dzieci. W ostatnim czasie Ukraińcy coraz częściej porównują próby zniszczenia ich zimnem i brakiem prądu do stalinowskiego „sztucznego głodu” z lat 30. Dlatego pomoc ofiarom zimna i ciemności jest bezcenna.
Czytaj także: Bieda, zamordyzm i korupcja. Co by było, gdyby w Warszawie był drugi Budapeszt
***
Odważne komentarze, unikalna publicystyka, pasjonujące reportaże i rozmowy – czytaj w najnowszym numerze tygodnika „O!Polska”. Do kupienia w punktach sprzedaży prasy w regionie oraz w formie e-wydania


