Narkotyki w Opolu przestały być domeną ciemnych bram i przypadkowych spotkań – dziś trafiają do klientów przez skrytki w trawnikach, paczkomaty i zaszyfrowane komunikatory.
Narkotyki na osiedlu Malinka w Opolu
O tym, że zjawisko „bezdotykowej” dystrybucji narkotyków dotarło do Opola, potwierdza choćby oficjalne zgłoszenie złożone przez Administrację Osiedla nr IV Spółdzielni Mieszkaniowej w Opolu.
A zaczęło się od tego, że mieszkańcy z rejonu ulic Cieszyńskiej i Chełmskiej zaobserwowali młodych ludzi rozkopujących ziemię na trawnikach tuż obok chodników.
– To na pewno nie byli mieszkańcy osiedla – zaznacza pani Wanda. – Jednego wieczoru zobaczyłam z balkonu dwie osoby, które świeciły małymi latarkami i rękami rozkopywały ziemię, miejsce po miejscu. Gdy zapytałam, co się dzieje, jeden z nich niewyraźnie powiedział, że zgubił obrączkę. Dałam temu wiarę.
Niepokój jednak wrócił po późniejszej rozmowie z sąsiadką, która przypomniała sobie, że wcześniej widziała w tym samym miejscu inną osobę grzebiącą w trawniku.
– Te rozkopane miejsca widziałem nie raz, kiedy spacerowałem z psem. I to nie tylko w jednym miejscu – dodaje pan Dawid.
Dariusz Stelmach, kierownik administracji osiedla nr IV, wyjaśnia, że pierwsze sygnały o takich zdarzeniach pojawiły się jesienią 2025 roku.
– Wtedy badaliśmy tę sprawę, nawet zawiadomiliśmy policjanta zastępującego wówczas naszego dzielnicowego – mówi.
Funkcjonariusz nie sporządził jednak oficjalnej notatki, co potwierdziłam w rozmowie z oficerem prasowym Komendy Miejskiej Policji w Opolu. Przemysław Kędzior poinformował, że policja nie odnotowała żadnego zgłoszenia ani notatki dotyczącej osiedla nr IV w kontekście tego procederu.
Kierownik administracji zdecydował się więc na oficjalne zgłoszenie sprawy, gdy w ostatnich tygodniach ponownie zaczęły pojawiać się sygnały o podejrzanych zachowaniach na trawnikach. Mając te niepokojące relacje – poparte dokumentacją fotograficzną mieszkańców – administracja wystosowała formalną prośbę do policji o zwiększenie liczby patroli w rejonie wskazanych ulic.
Pismo poszło 2 lutego, administracja czeka na odpowiedź policji.
Metoda „dead drop”. Sprytna i trudna do wykrycia
Zjawisko obserwowane na osiedlu Malinka odpowiada znanej w środowiskach przestępczych metodzie tzw. „skrytek” (ang. dead drops). Polega ona na pozostawieniu „towaru” w ustalonym miejscu, bez konieczności kontaktu osobistego między dilerem a odbiorcą. Lokalizacja skrytki przekazywana jest przez komunikatory internetowe lub telefonicznie, zwykle po potwierdzeniu płatności.
Skrytki mogą mieć różną formę: od zakopanych pakunków, przez schowki w szczelinach murów, po ukryte opakowania w koszach, skrzynkach elektrycznych czy pod kamieniami.
Mechanizm ten w rozmowie z „O!Polską” potwierdza opolski policjant zajmujący się zwalczaniem przestępczości narkotykowej.
– Coraz częściej spotykamy się z systemem, w którym diler nie spotyka się z klientem twarzą w twarz – opowiada. – Płatność odbywa się elektronicznie lub poprzez pozostawienie gotówki w skrytce. Jedna osoba odbiera pieniądze, inna – często w innym czasie – umieszcza towar. Taki model znacząco utrudnia identyfikację sprzedawcy.
– Dilerzy minimalizują ryzyko zatrzymania, rozdzielając etapy transakcji między kilka osób, co utrudnia przypisanie odpowiedzialności konkretnej osobie – dodaje nasz rozmówca. – Odbiorcy, korzystając z anonimowych form kontaktu, często nie znają nawet tożsamości sprzedawcy. Znają jedynie lokalizację skrytki. W efekcie powstaje sieć zależności, w której bezpośrednie dowody handlu są trudne do uchwycenia, a wykrycie całego łańcucha wymaga długotrwałej pracy operacyjnej.
Narkotyki z dostawą pod drzwi albo do paczkomatu
Dziś o narkotyki nie pyta się już „w ciemnej uliczce”, a dilerzy nie zaczepiają przechodniów. Handel przeniósł się do internetu – i to w formie, która zaskakuje swoją dostępnością.
Nie trzeba nawet kopać w trawie. Towar może dostarczyć kurier – pod wskazany adres lub do paczkomatu.
– Jako nastolatek, żeby uniknąć ośrodka zamkniętego, trafiłem na grupę wsparcia – mówi pan Michał, dziś menedżer dużej firmy. – Przez pół roku spotykałem się tam z innymi młodymi ludźmi. Dwadzieścia lat temu głównym problemem była marihuana. Nie dało się jej kupić w internecie, nie było paczkomatów. Dostawa odbywała się z ręki do ręki, z dala od ludzi. Skończyłem terapię od narkotyków, ale zacząłem pić i grać hazardowo. Nałogowcem zostaje się całe życie, tylko nałóg się zmienia…
A dziś? Nie trzeba wychodzić z domu, by zrobić zakupy w Biedronce, zamówić jedzenie czy… kokainę z dowozem.
Wielu sprzedawców tworzy atrakcyjne, wręcz kuszące „menu”. W sieci można znaleźć dopracowane cenniki, a nawet promocje. Na jednym z kanałów, na który trafiłam, produkty były podzielone na kategorie i warianty wagowe. Przy większych zamówieniach oferowano rabaty lub gratisy. Struktura ofert przypomina legalny e-commerce, różni się tylko towarem.
Najczęściej spotykane kategorie to: substancje „miękkie” (marihuana, grzyby), stymulanty (amfetamina, kokaina), tabletki (MDMA, benzodiazepiny, opioidy) i leki.
Gdy brakuje pieniędzy, można… zapracować. Pojawiają się anonse dotyczące „kurierów” czy „kucharzy”. Tydzień pracy wyceniany jest na 2500–3000 zł. Ogłoszenia wyglądają zaskakująco profesjonalnie, choć nadal brakuje im neutralności płciowej.
– „Pracodawcy” przeważnie nie biorą narkotyków, dbają też o to, żeby nie nadużywał ich kurier – mówi nasz rozmówca z policji. – Rozmowa o pracę to kilka pytań. Jak jesteś ćpunem, pracy nie dostaniesz.
Cena „ćpania” jak za kebaba
Najbardziej niepokojące jest to, że dla nastolatków narkotyki są finansowo dostępne. Często kosztują tyle, co gra komputerowa czy fast food. Wystarczy na to kieszonkowe.
Najtańsze są substancje „miękkie”. Pojedyncza porcja marihuany lub grzybów może kosztować już od 40 zł. Wraz z większą ilością cena jednostkowa spada, co zachęca do kupowania „na zapas”.
Stymulanty, takie, jak amfetamina, kosztują podobnie. Oznacza to, że nawet osoba bez stałych dochodów może regularnie po nie sięgać.
Tabletki imprezowe (MDMA, ecstasy) to koszt średniej pizzy. „Jedna pigułka” przestaje być postrzegana jako narkotyk, a zaczyna funkcjonować jak zwykły produkt konsumpcyjny. Kokaina pozostaje towarem „ekskluzywnym”, jej cena sięga kilkuset złotych.
Recepta na sprzedaż. Kontakt do lekarza w pakiecie
„Ćpanie z apteki” ograniczyła nowelizacja przepisów dotyczących wystawiania recept. Od 7 listopada 2024 roku na opioidy – w tym fentanyl, oksykodon i tramadol – konieczna jest osobista wizyta u lekarza. Teleporada przestała wystarczać, co dla wielu uzależnionych stało się barierą… ale tylko na chwilę.
Nielegalny handel lekami coraz rzadziej opiera się na fałszowaniu recept. Coraz częściej recepty wystawiane są świadomie przez lekarzy współpracujących z grupami przestępczymi. Zdarzają się przypadki przejęcia tożsamości cyfrowej medyków, ale większość spraw dotyczy realnych lekarzy, którzy stają się „dostawcami” recept.
Leki – głównie silne opioidy i psychotropy – są legalnie wykupywane w aptekach, a następnie trafiają na czarny rynek, gdzie sprzedaje się je za wielokrotność ceny. Kupują je osoby silnie uzależnione oraz młodzi ludzie eksperymentujący z substancjami.
Na platformach takich jak Discord, Telegram czy zyskującej popularność Zangi można znaleźć ogłoszenia: „Sprzedam receptę”, „Sprzedam namiar na lekarza”.
– Przykładowo, opakowanie 20 tabletek tramadolu kosztuje w aptece około 70 zł, a w sieci jedna tabletka kosztuje od 20 do 40 zł – opowiada opolski policjant. – „Fejkowy” pacjent wydaje 70 zł, a zarabia nawet 800 zł, jeśli trafi na zdesperowanego odbiorcę.
„Cześć, chcesz coś z apteki?”
Dotarcie do internetowych grup sprzedażowych zajęło mi trochę czasu. Być może to kwestia wieku, a może po prostu braku wcześniejszego kontaktu z narkotykami. Paradoksalnie, to nie specjalista od cyberbezpieczeństwa, lecz uczeń opolskiej podstawówki podał mi instrukcję, jak szukać takich miejsc, oraz zestaw filmów z YouTube’a, które krok po kroku tłumaczą, jak działają grupy oferujące narkotyki i leki w sieci.
Zgodnie z jego wskazówkami trafiłam na dwa kanały, gdzie uzależnieni od opioidów i innych substancji wymieniają się doświadczeniami — ale do tego jeszcze wrócę.
Najbardziej zaskoczyło mnie to, że dołączenie do takiej społeczności daje dostęp do archiwalnych rozmów nawet sprzed dwóch lat. Przeglądałam kanał może piętnaście minut, gdy dostałam pierwszą wiadomość: „Szukasz czegoś z apteki? Mam prawie wszystko, oprócz morfiny w ampułkach”.
Rozmowa zaczęła się niewinnie. Po kilku wymianach zdań mój rozmówca zapewniał, że ma dostęp do niemal całego asortymentu leków — od silnych środków przeciwbólowych, po preparaty psychotropowe. Nie precyzuje, kim jest, ale otwarcie przyznaje, że „nie jest lekarzem”. Twierdzi za to, że posiada zdalny dostęp do panelu lekarskiego, co rzekomo pozwala mu wystawiać recepty.
Proponuje dwie ścieżki: wysyłkę gotowych leków kurierem, albo samą receptę w formie kodu QR z danymi pacjenta. W obu wariantach podkreśla wygodę i anonimowość — paczkomat, brak kontaktu osobistego, szybka realizacja. Całość brzmi jak zwykła transakcja e-commerce, a nie jak przestępstwo.
Najbardziej uderza naturalność, z jaką mówi o obrocie lekami. Wymienia popularne preparaty, powołuje się na „doświadczenia swoje i znajomych”, dopytuje o potrzeby zdrowotne. Nie ma żadnych badań, dokumentacji, wywiadu medycznego — jedynym kryterium jest gotowość do zapłaty.
Rozmowa kończy się pytaniem o „opinie”, jakbyśmy byli na Allegro. To pokazuje, jak bardzo nielegalny handel lekami upodobnił się do legalnych platform sprzedażowych. Z tą różnicą, że tutaj stawką nie jest jakość produktu, lecz zdrowie i życie.
Zamawiam, płacę, odbieram
Kiedy potencjalny klient już „zaczepi się” i wtopi w tłum, wszystko dzieje się błyskawicznie. Przyznaję, że dotarcie do trzech osób, które szczegółowo analizowały potrzeby mojego fikcyjnego klienta, zajęło mi część wieczoru i kawałek poranka. Na kanale w Discordzie zaczepia mnie „Majkel021”.
Diler od początku używa swobodnego, kumpelskiego tonu. Dopytuje o potrzeby, szybko przechodzi na specjalistyczny żargon, tłumaczy metody „bezdotykowej” dostawy i zachwala nowe komunikatory jako rzekomo bezpieczniejsze od popularnych aplikacji. Chwali się wieloletnim „doświadczeniem w branży”, opisując drogę od ulicznego handlu w wieku nastoletnim po przeniesienie działalności do zamkniętych grup w komunikatorach. W pewnym momencie zaczyna wręcz brzmieć jak influencer. Zaprasza do swojej społeczności klientów, opowiada o „konkursach” z nagrodami w postaci narkotyków i rabatów. Przez chwilę zastanawiam się, czy nie rozmawiam z innym dziennikarzem, który również wcielił się w rolę dilera.
Po kilku minutach zdobywam jego zaufanie i przenosimy rozmowę do innej aplikacji, „z którą psy jeszcze nie współpracują”. Trafiam do grupy klientów — widać, że towarzystwo nie spało od kilku dni. „Majkel021” przygotowuje dla mnie MENU, a ceny są zbliżone do tych, które widziałam wcześniej.
„Piszesz, co cię interesuje, ile i wybierasz metodę dostawy. Paczkomat, H2H (z ręki do ręki — red.) albo skrytka, jeśli jesteś z Pomorza. Robisz blika, a ja pakuję i wysyłam” — czytam.
Opioid, który proponuje, kosztuje w aptece około 5 zł. W jego ofercie — 220 zł. Do transakcji oczywiście nie dochodzi.
Kto kupuje narkotyki przez internet?
Aplikacje i kanały, do których dotarłam, nie mają żadnej weryfikacji wiekowej. Co więcej, na wielu z nich wypowiadają się niepełnoletni. Publikują nagrania głosowe, zdjęcia, filmy. Młodzież w wieku szkolnym wciąż sięga po ogólnodostępne produkty z apteki, jak popularny syrop na kaszel. „Na haju” wrzucają nagrania do sieci, a dostęp do nich ma każdy, kto wie, jak szukać. A młodzi wiedzą — udowodnił to choćby uczeń podstawówki, który wskazał mi kanały z narkotykami.
Nie chodzi o to, że młodzież używa dziś więcej narkotyków niż kiedyś. Raczej o to, że robi to inaczej — bardziej selektywnie, eksperymentalnie i w ścisłym połączeniu z technologią.
Mnie, jako potencjalnego klienta, nikt nie zapytał o wiek. Liczy się tylko zarobek i szybka decyzja.
Czytaj też: Strzały na opolskim Zaodrzu. Zatrzymano trzech nastolatków
***
Odważne komentarze, unikalna publicystyka, pasjonujące reportaże i rozmowy – czytaj w najnowszym numerze tygodnika „O!Polska”. Do kupienia w punktach sprzedaży prasy w regionie oraz w formie e-wydania




