Od Gronowic kolonia Czerwona oddalona jest o około pięćset metrów, a tam dom przy domu, w zwartej zabudowie, tworzy niezwyczajny okrąg, co zapewne miało sprzyjać bezpieczeństwu i organizacji życia społecznego.
Pośrodku tego okręgu stała gospoda, po której do dzisiaj pozostał budynek.
– Więc kręcił się mój dziadek jak na rondzie, zanim znalazł ten wyjazd. A inna sprawa, że na noc te trzy bramy wjazdowe do Czerwonej zamykano – dodaje pan Wilhelm.
W okolicy śmiano się, że do „wanielików” (tak mówiono o tych mieszkańcach, bo byli wyznania ewangelicko-augsburskiego – aut.) w Czerwonej warto pójść się napić: „tam za rogiem jeszcze nikt w pysk nie dostał, bo nie ma ani rogów, ani kantów w zabudowie”.
– Moja babcia, Maria Lipińska, wywodziła się z Czerwonej – kontynuuje 69-letni pan Wilhelm Gnoth, który opiekuje się ewangelickim cmentarzem, na którym spoczywają jego przodkowie, dokumentującym niezwykłą przeszłość osadniczą przysiółka Gronowic.
Jest kolonia Czerwona, było Marienau
Nietypowa zabudowa i ewangelicki cmentarz przypominają o założycielach z Westfalii, o tej fryderycjańskiej kolonii założonej pod koniec XVIII w., w ramach akcji osadniczej prowadzonej przez króla Fryderyka II na terenach Prus Wschodnich. Pierwszymi mieszkańcami Czerwonej, a wtedy Marienau, było 17 westfalskich rodzin.
– Z tej ścisłej pierwotnej zabudowy niewiele już zostało – przyznaje Wilhelm Gnoth. – Bardzo żałuję, że niewiele nam z tamtych czasów przekazano, bo po 1945 roku to był trudny okres. Po prostu bano się tej niemieckiej przeszłości i przy dzieciach o niej nie mówiono. Tak było bezpieczniej, a strach był taki jak w NRD za czasów STASI.

Teraz ta zabudowa w okrąg i domy stawiane szczytem do środka przyciągają do dawnej fryderycjańskiej osady pasjonatów fotografii. Dzisiaj już tylko dronowe ujęcia pokazują nietypową zabudowę – budynki stawiane w okrąg, a nie wzdłuż drogi. Internauci widzą w tych ujęciach motywy popkulturowe związane z „Gwiezdnymi wojnami”, z legendarnym Sokołem Millennium.
– Jezu, oni od trzech lat tutaj krążą wokół naszej Czerwonej i z tych dronów fotografują! – mówi, składając ręce Eryka Górecka, wychylająca się ze swoich opłotków, od prawie trzydziestu lat mieszkanka Czerwonej. – My się nie gniewamy, bo wiemy, że nasza okolica piękna – i latem, i zimą.
Nie opowiadali, bo się bali
W Czerwonej mieszkają już prawie sami napływowi, a potomkowie pierwszych osadników z Westfalii w powojennej Polsce, w latach 70., opuszczali to miejsce, pozostawiając dorobek całego życia państwu.
– Bo takie to były czasy, że własność prywatna praktycznie nie istniała – wspomina Wilhelm Gnoth. – Potem Rolnicza Spółdzielnia Produkcyjna najczęściej przejmowała te budynki i pola po tych, co wyjechali do Niemiec. Teraz już tylko niemłodzi wnukowie potomków przyjeżdżają tutaj, żeby szukać swoich korzeni. A ja im wtedy mówię, że tych korzeni to trzeba było szukać trzydzieści lat temu. Mogli przyjechać jeszcze z rodzicami, ale wtedy to oni zwiedzali odległy świat. A teraz przyganiają ich do nas sentymenty, ale to już przeminęło z wiatrem…

– Odkupiłam dom, który kiedyś poprzedni właściciel, wyjeżdżając do Niemiec, przekazał gminie – mówi. – Tu jest spokojnie i pięknie, latem i zimą. Fot. JOM
– Ja też odkupiłam dom, który kiedyś poprzedni właściciel, wyjeżdżając do Niemiec, przekazał gminie – mówi Eryka Górecka. – U nas spokojnie i pięknie, ale jak to dzisiaj – każdy żyje tylko sam dla siebie. Może nawet w mieście pod tym względem lepiej, bo ludzie na klatkach schodowych przynajmniej się mijają.
– Dzisiaj z tamtej gospody już nic nie zostało – dodaje pani Eryka. – Kupił to ktoś z Katowic i czasem przyjeżdża zaczerpnąć tego naszego lepszego powietrza.
W takiej zabudowie osadnicy mogli czuć się bezpieczniej
W przeszłości, gdy jeszcze żyli potomkowie przybyszy z Westfalii, domy w Czerwonej stawiane były w zwartej zabudowie, szczytem do wnętrza tworzonego okręgu. Te współczesne również kontynuują tamtą pamięć – budowane są szczytem do środka.
– Oni tak kiedyś budowali ze względów bezpieczeństwa i wygody – uważa Paweł Karpiński, od urodzenia mieszkaniec Czerwonej. – To przed krzyżującymi się tutaj wiatrami. Ale też zwarta zabudowa w okrąg pewnie chroniła ludzi i gospodarskie zwierzęta przed dziką zwierzyną.

Czy w przeszłości przybysze z Westfalii mogli się też bać obcych, ze śląskich osad otaczających Czerwoną i stąd taka zabudowa?
– Pewnie to mogło mieć wpływ, ale jak tutaj mieszkam, to nie słyszałem, żeby był to wpływ kluczowy – podkreśla Paweł Karpiński. – Choć w takiej zabudowie być może wtedy czuli się bezpieczniej wśród swoich, przybyszy z Westfalii.
To kolonia Czerwona, a nie przysiółek
– Pamiętam, że zanim położono nam drogę asfaltową, to była taka droga czerwona, a raczej na drodze były takie czerwone kamienie – wspomina Paweł Karpiński. – I być może stąd wywodzi się nazwa naszej miejscowości.
Mówi, że jego dom należy do najstarszych w kolonii Czerwona, ale został już rozbudowany i uwspółcześniony.
– Też należymy już do tych nowych mieszkańców, bo moi rodzice sprowadzili się tutaj z Polski centralnej i kupili ten dom w 1980 roku – kontynuuje pan Paweł. – A dla mnie kolonia Czerwona to jedyne takie miejsce na świecie. Byłem tu i tam, ale przygonił mnie sentyment. Tutaj zamieszkałem już ze swoją rodziną.
Właściwie pozostała już tylko jedna mieszkanka, której rodzina z dziada pradziada żyła w Czerwonej.
– Ale z racji sędziwego wieku jest już poza Czerwoną – mówi Rajmund Jantos, sołtys Gronowic. – Pozostali wyjechali do Niemiec, jedni wcześniej, inni później. To, co chcę podkreślić, to że zawsze żyliśmy w zgodzie z chłopakami z kolonii – za dziecka, za kawalerki i później. Było bez znaczenia, czy ktoś katolik, czy ewangelik, bo to kiedyś była ewangelicka osada.
Sołtys Gronowic, kiedy słyszy o Czerwonej jako przysiółku Gronowic, od razu się denerwuje.
– To kolonia Czerwona, tak teraz mamy w dokumentach, ale jak tylko sięgam pamięcią, to zawsze mówiliśmy „kolonia”, a nie jakiś „przysiółek” – tłumaczy. – Kiedy pracowałem w straży pożarnej w Kluczborku, to na naszych mapach zawsze była „kolonia Czerwona”.
– A zaczęto tej złej nazwy używać, kiedy zaczęli do nas zjeżdżać dziennikarze z całej Polski, bo oni po swojemu tylko „przysiółek” i „przysiółek” nazywali – kontynuuje. – A w kolonii nadal leci numeracja Gronowic.
Okolnica miała być większa
Dr Roman Ptak, informatyk i pochodzący z Gronowic pasjonat historii Śląska, podkreśla, że osadnicy z Westfalii wybrali niegdyś wolną przestrzeń między Gronowicami a Ciarką. Początki osadnictwa sięgają ostatniej dekady XVIII wieku. Potomkowie pierwszych mieszkańców zaczęli opuszczać osadę w drugiej połowie XX wieku.
– Pierwotnie gronowicka okolnica miała być zdecydowanie większa, takie były plany – wyjaśnia dr Roman Ptak. – I najprawdopodobniej byłaby to osada miejska. Jednak warunki terenowe okazały się mało sprzyjające, ponieważ poziom wód gruntowych był tam bardzo niski. Studnie musiały być bardzo głębokie, dlatego ostatecznie powstała mniejsza osada. A takich okolnic w Polsce jest więcej, głównie na Górnym Śląsku i w zachodnich rejonach kraju.
– W tej okolicy jeszcze w pierwszej połowie XX wieku dominowali ewangelicy, pozostali byli katolikami, ale nie tylko – opowiada dr Ptak. – Oprócz miejscowej ludności przez wiele lat pojawiali się tutaj robotnicy rolni, a oni byli już naprawdę różnych wyznań. I to w żadnym razie nie psuło relacji. Choć w przeszłości w okolicy na temat potomków przybyszy z Westfalii pojawiały się różne mity i nieprawdziwe historie. Tutaj miejscowi dzielili ludzi na dobrych lub złych, a nie ze względu na pochodzenie czy wyznanie.
Kolonia Czerwona – tutaj przemawiają wieki
A dlaczego właśnie tak sytuowano domy? I dlaczego miejscowość nazywa się Czerwona?
– Trudno powiedzieć, ale zapewne wynikało to z oświeceniowej ideologii i praktycznych potrzeb administracji – przypuszcza dr Ptak. – Na środku placu, zanim powstała tam gospoda, stał dom wójta. Pierwotnie osada nazywała się Marienau. W roku 1920 po raz pierwszy pojawia się polska wersja nazwy „Czerwona Kolonja”. Taką nazwę podał polski pisarz Konstanty Prus w swoim spisie miejscowości. Nie wiadomo jednak, skąd wzięła się nazwa „Czerwona”, ani czy funkcjonowała ona wcześniej. Niektórzy twierdzą, że pochodzi od koloru gruntu.
Kilkaset metrów od Czerwonej znajduje się cmentarz ewangelicki, na którym spoczywają pierwsi mieszkańcy osady oraz ich potomkowie. Cmentarzem pieczołowicie zajmuje się teraz Wilhelm Gnoth.
– Część elementów z cmentarza, płotki metalowe okalające groby zamożniejszych mieszkańców osady, pokradli złomiarze, część poniszczono. Ale ciągle można tam się dopatrzeć przeszłości – podkreśla pan Wilhelm.
Czytaj także: Szkaluje przyrodę i szerzy o niej wiedzę. Ku uciesze tysięcy ludzi
***
Odważne komentarze, unikalna publicystyka, pasjonujące reportaże i rozmowy – czytaj w najnowszym numerze tygodnika „O!Polska”. Do kupienia w punktach sprzedaży prasy w regionie oraz w formie e-wydania


