Wraz ze zbliżającym się sezonem grzewczym nasuwa się pytanie: „Kiedy kupić węgiel na zimę 2024?”. Wydawać by się mogło, że czasu pozostało sporo. Mamy przecież środek lata. Nie mniej jednak warto prześledzić trendy panujące na światowych i polskich rynkach operujących węglem.
Węgiel na zimę 2024. Co się dzieje na rynku?
Ważny komentarz w tym temacie opublikowała – już na początku lipca – Polska Izba Gospodarcza Sprzedawców Węgla. Okazuje się bowiem, że jej szef, Łukasz Horbacz, obala powszechnie przyjętą tezę, że węgla mamy w Polsce pod dostatkiem. Jednocześnie stawia pytanie, dlaczego w takim razie ceny węgla opałowego na składach i w sklepach internetowych systematycznie rosną od kwietniowego dołka.
Faktycznie surowca mamy mnóstwo – jakieś kilkanaście milionów ton. Jednak jest to węgiel opałowy – przede wszystkim miały węglowe przeznaczone dla sektora ciepłowniczego i energetyki.
W nawiązaniu do tych faktów, prezes stawia pytanie, czy aby na pewno węgla wystarczy na zimę. Choćby do końca roku. Łukasz Horbacz szacuje, że zapotrzebowanie dla gospodarstw domowych to ok. 6,5 mln ton.
Zapasu w piwnicach jest sporo, ale…
„Poziom zapasów w piwnicach odbiorców indywidualnych jest wyjątkowo wysoki – może sięgać nawet 1 mln ton. Naszym zdaniem to ponad 2x więcej niż zwykle o tej porze roku, co w naszej ocenie może być efektem wyjątkowo łagodnej zimy, zakupów „na zapas” w 2022 i 2023 roku oraz agresywnej polityki sprzedażowej poprzedniego zarządu Polskiej Grupy Górniczej w czwartym kwartale ubiegłego roku. Realne zapotrzebowanie w 2024 roku możemy więc szacować na około 5,5 mln ton” – szacuje Łukasz Horbacz.
Dowodzi dalej, że ogromny problem z nadmiarem miałów węglowych może więc skutkować zmniejszoną podażą węgla opałowego.
„Ponadto, spółki wydobywcze borykają się od wielu miesięcy z problemami finansowymi – nikt więc nie myśli o inwestycjach w zwiększenie mocy produkcyjnych, zwłaszcza w kontekście unijnej polityki dekarbonizacji i wspomnianych już problemów z nadmiarem miałów na rynku” – czytamy dalej.
Wniosek jest taki, że gdyby liczyć tylko na krajową produkcję i zapasy w domach, w skali roku zabrakłoby 2,5 mln ton. Po to, by w pełni zabezpieczyć potrzeby rynku.
Place składowe świecą pustkami. Co z cenami?
Prezes Polskiej Izby Gospodarczej Sprzedawców Węgla przekonuje, że składy już teraz świecą pustkami. „Załóżmy jednak optymistycznie, że na składach opału zgromadzone jest łącznie około 0,5 mln ton, czyli 1/3 standardowego poziomu zapasów o tej porze roku. Nadal mamy więc deficyt na poziomie około 2,0 mln ton. Sytuację uratować może wyłącznie import” – uważa i podkreśla, że z nim też może być problem.
Dlatego, że 30-80 proc. ton ładunku przywiezionego z Kolumbii lub Kazachstanu, to miał węglowy. I jak przypomina – na rynku mamy go już i tak za dużo.
Wskazuje, że m.in. wojna na Ukrainie, sytuacja na linii Izrael-Palestyna-Iran, konflikt o hegemonię na rynkach światowych między USA a Chinami wpływają dodatkowo na wzrost cen surowców energetycznych, w tym węgla w najbliższym czasie.
„Prawdopodobieństwo wzrostu cen węgla ocenić należy jako wysokie. Stosownie do zasad ekonomii – im krótszy będzie okres, w którym konsumenci skupią się na zakupach „czarnego złota” w warunkach ograniczonej podaży, tym większa będzie presja na jego cenę” – pisze Łukasz Horbacz. Dodaje również, że prawdopodobnie wiosna była w tym roku najlepszym czasem na zakup węgla opałowego. Doradza, że jeśli, ktoś nie kupił jeszcze węgla na zimę, powinien zrobić to już teraz.
„Z dużą dozą prawdopodobieństwa można stwierdzić, że unikniemy w ten sposób konieczności kupowania opału w jeszcze wyższych cenach w sezonie grzewczym” – szacuje.
Czytaj też: Nadchodzi koniec płatności gotówką? Polacy nie chcą się z nią rozstać
***
Odważne komentarze, unikalna publicystyka, pasjonujące reportaże i rozmowy – czytaj w najnowszym numerze tygodnika „O!Polska”. Do kupienia w punktach sprzedaży prasy w regionie oraz w formie e-wydania.




