Stowarzyszenie Hospicjum Opolskie świętuje w tym roku 25-lecie działalności. Pod jego opieką działa Centrum Opieki Paliatywnej „Betania” w Opolu, a w nim od 2006 roku hospicjum domowe, a od 2012 stacjonarne. W tym pierwszym na pomoc, opiekę i wsparcie może liczyć stale 60 pacjentów. W drugim 18 miejsc jest w praktyce stale zajętych. Nie jest niczym niezwykłym kolejka chorych.
Stowarzyszenie Hospicjum Opolskie? Jest mi tu dobrze
W siedzibie „Betanii” w Opolu – Nowej Wsi Królewskiej na chwilę rozmowy z reporterem „O!Polskiej” zgadza się Róża Kapela. Jak sama mówi, jest w hospicjum już długo.
– Kiedy tu trafiłam, nie tylko nie potrafiłam chodzić, ale i mówić – opowiada. – Byłam cała zapuchnięta. Bo ja mam już tego raka wszędzie. Zaczęło się od trzustki, a potem kolejne przerzuty: wątroba (część trzeba było usunąć, podobnie jak śledzionę), potem poszło do serca i na żołądek. Kiedy próbuję z chodzikiem poruszać się po korytarzu, trzeba mi pomagać. Sama bym się przewróciła, łatwo się potykam. Ale ćwiczą tu ze mną. I jak się podeprę, umiem sama stać. Kiedyś tylko leżałam.

Pani Róża opowiada szczerze o swoim cierpieniu. O bólu, który odczuwa, ale mówi też o tym, że w hospicjum potrafią go załagodzić.
– Także dlatego jest mi tu dobrze – zaznacza. – Nie dalej jak wczoraj bardzo mnie bolało w brzuchu. I wtedy nie jestem sama. Dostałam odpowiednie leki w środku nocy. Wiem, bo pytałam siostrę, która godzina. Powiedziała mi, że pół do pierwszej. Ale rano – jak co dzień – starałam się nie zaspać. W pokoju jest telewizor, to oglądam sobie mszę z Częstochowy.
Opowiada o jeszcze innej formie bliskości, jakiej tu doświadcza. Przychodzą do niej wolontariusze. Nie tylko dorośli. Pamięta, jak na ostatnie Boże Narodzenie odwiedzili ją uczniowie miejscowej PSP 16.
– To nie były duże dzieci. Może z czwartej, piątej klasy. Cieszyłam się, śpiewali ze mną kolędy – wspomina.
Jak pacjent ma chęć na ser, kupuję
Małgorzata Turowska jest od lat wolontariuszką w „Betanii”.
– Myślałam o tym, żeby nią zostać, jeszcze kiedy pracowałam – wspomina. – A kiedy przyszłam na emeryturę, pytałam samą siebie: Co ty będziesz robić? Jedną z odpowiedzi był pies, który leży tu przy mnie na kanapie. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że w Opolu jest takie hospicjum. Próbowałam w domu dziecka, ale okazało się, że nie mam z dziećmi aż takiego kontaktu. W Domu Kombatanta też się nie udało. Wreszcie trafiłam na „Betanię”. Jest tu osoba koordynująca wolontariuszy. Mamy szkolenia od czasu do czasu. Mogę zapytać, który z pacjentów życzy sobie kontaktu. Nie pukam od drzwi do drzwi. Zaczęłam wiosną 2017 roku i od dekady to trwa.
Pytamy o pacjentów, których najbardziej pamięta.
– Był u nas kilka lat temu taki pan, którego – choć miał rodzinę – rzadko kto odwiedzał – mówi. – A pewnego dnia drzwi do pokoju się otworzyły i w drzwiach stanął starszy pan. Okazało się, ze to kolega naszego pacjenta. Nie wiedział, że trafił on do hospicjum. „Ani syn, ani wnuk nie chcieli powiedzieć, gdzie jest dziadek” – relacjonował. – Ale zobaczyłem jego twarz w telewizyjnym reportażu z „Betanii”. Dodzwonił się, upewnił i przyszedł. Odtąd odwiedzał go stale.
– Jeden z chorych poprosił, by mu poszukać i kupić ser Gruyere – opowiada pani Małgorzata. – Pamiętał jego smak ze swojego wyjazdu do Szwajcarii. Brał tam udział w jakiejś degustacji. I miał ochotę, by sobie ten smak raz jeszcze przypomnieć. Objechałam kilka supermarketów w Opolu, ale w końcu znalazłam. A na co dzień jestem proszona o spacer, o jakieś zakupy. Czasem o wspólne, bo pacjent chce sam zobaczyć i dotknąć, co kupuje. Jeśli jego stan zdrowia na to pozwala, wiozę go na wózku, bo mamy sklepy niedaleko. To poczucie sprawczości, że mogą coś zrobić sami, bywa dla chorych bardzo ważne. Staram się więc spełniać ich prośby.
To nie „umieralnia”
Koordynatorką wolontariatu jest Barbara Chyłka. Kontakt z „Betanią” nawiązała na przełomie 2012 i 2013 roku.
– Nie wiedziałam wtedy za bardzo, co to jest hospicjum – przyznaje. – Uczyłam w gimnazjum nr 5 i szukałam miejsca, gdzie mogłabym z moimi uczniami przyjść i w czymś pomóc. Pamiętam, uczestniczyliśmy w akcji sadzenia jesienią żonkili (żółty żonkil to międzynarodowy symbol nadziei i solidarności z pacjentami hospicjów – red.). Ówczesna koordynatorka, Katarzyna Dera-Czereszewska, zrobiła coś, co i ja teraz robię, kiedy zgłaszają się wolontariusze. Prowadziła nas od pokoju do pokoju. Zastanawiałam się, co zastanę. Potem miałam doświadczenie choroby nowotworowej w rodzinie i odtąd patrzyłam na hospicjum inaczej. Z tej perspektywy dzisiaj wiem, jak ważne jest hospicjum domowe. Dzięki niemu rodziny nie zmagają się same z profesjonalną opieką nad chorym i uczą się uważności wobec niego.
Pani Barbara przyznaje, że irytuje ją czasem, gdy ktoś mówi o hospicjum „umieralnia”.
– Przecież tyle społecznych kampanii prowadzimy i mówimy, że jest inaczej, że hospicjum to też życie – podkreśla. – Ale też wiem, że jak długo jakaś osoba nie ma z hospicjum kontaktu, często się tym zwyczajnie nie interesuje. Dlatego tak ważne jest, by jak najwięcej ludzi dowiedziało się, że takie miejsce istnieje. I że ludzie tu umierają, ale też żyją tu. Aż do końca.
Prośby spełniamy do końca
– Do końca staramy się spełniać prośby naszych chorych – mówi. – Także te najprostsze – o kromkę chleba z masłem, bo komuś przyszła na nią ochota. Pamiętam, jak na prośbę chorego pojechałam kupić hamburgera. W życiu nie wiedziałam, żeby ktoś z taką radością jadł bułkę z kotletem. Pacjent potrzebuje wolontariusza. Ale wolontariusze, którzy się do nas zgłaszają, często także potrzebują pacjenta. Ich rola polega na tym, żeby z chorym być. Potrzymać za rękę, porozmawiać, poczytać. Dobrze, kiedy wolontariusz pyta: W czym mogę być pomocny? Bo w centrum jest pacjent.
– Mamy wolontariuszki – ze szkoły imienia Staszica – które robią chorym fryzury – opowiada pani Barbara. – Wolontariusze z Zespołu Szkół nr 4 od ponad dekady przed świętami przynoszą pierniki i razem je zdobimy. Mamy też wolontariuszkę, która na życzenie pacjentek maluje paznokcie albo robi makijaż. Człowiek chory też chce ładnie, a czasem po prostu schludnie wyglądać. Dlatego wolontariusze mają tu swoje miejsce. Są częścią naszego zespołu.
Wolontariusze nie obrażają się, jeśli pacjent nie chce z nimi w danej chwili być i nawet dorzuca do tego grube słowo. Wiedzą, że to zwykle wynika z choroby. Bycie wolontariuszem poprzedza trzymiesięczny okres próbny. Bywa, że po jego zakończeniu kandydat rezygnuje. Dwa razy zdarzyło się, że trzeba było komuś podziękować.
– Nie tolerujemy sytuacji, gdy wolontariusz robi sobie z pacjenta terapeutę i obarcza go swoimi problemami – stwierdza Barbara Chyłka. – Ani tego, że proponuje mu jakieś lekarstwo cud. Wtedy się rozstajemy.
Trzeba zaakceptować fakt, że chorzy tu umierają
Krystian Tomkiewicz ma 32 lata. Od ponad roku pracuje w hospicjum „Betania” jako pielęgniarz.
– Moim podstawowym zajęciem jest wykonywanie czynności pielęgniarskich – mówi. – Podaję leki, robię opatrunki, obserwuję chorych. Ale w praktyce najważniejsze jest, żeby być tutaj człowiekiem. Żeby z pacjentami rozmawiać, budować relacje. Jeśli ktoś nie lubi ludzi, nie powinien tutaj przychodzić do pracy. A od pacjenta zależy, czy chce „zaczepić” i porozmawiać ze mną. Zdarza się, że ktoś jest sfrustrowany chorobą. Trzeba do niego podchodzić z cierpliwością.

Kto pracuje w hospicjum, musi zaakceptować fakt, że chorzy tu umierają. Choć oczywiście nie jest to prosta reguła. Bywa i tak, że stan chorego na tyle się poprawia, iż wraca on do rodziny, pod opiekę hospicjum domowego. Statystyczny pobyt w „Betanii” oscyluje wokół miesiąca.
– Mamy różnych pacjentów – podsumowuje pan Krystian. – Niektórzy są tu dłużej niż trzy miesiące. A bywa i tak, że chory przyjeżdża i umiera po kilkunastu minutach. To jest jeden z powodów, dla których ta praca do najłatwiejszych nie należy. Ale ja mam swój cel. Jestem tu po to, żeby choremu pomóc. To, że ktoś umiera, jest rzeczą naturalną. Czasem już nie możemy mu życia przedłużyć. Także dlatego ta praca wymaga pokory. Ale możemy sprawić, by ten krótki okres życia przebył on jak najlepiej.
Łóżek dosyć…
– Cieszę się, że istniejemy, że w Opolu hospicjum powstało – mówi Jarosław Wach, który Centrum Opieki Paliatywnej „Betania” kieruje od 10 lat. – Przez wiele lat go w mieście nie było. I statystycznie łóżek hospicyjnych w naszym regionie nie brakuje. W przeliczeniu na 100 tys. mieszkańców mamy ich najwięcej w Polsce. Ale mamy też najwięcej osób starszych. Wielu chorych musi czekać w kolejce. Zwłaszcza do hospicjum domowego.
W „Betanii” pracuje obecnie 56 osób. Choć etatów jest trochę mniej. Wolontariuszy przychodzących do chorych jest około 30. Do tego dochodzą wolontariusze akcyjni.
– Trzeba to wszystko zgrać – zaznacza dyrektor. – Nawet jak między pracownikami coś zgrzytnie, najważniejsze jest, by nie przenosiło się to na naszych chorych. I to zbudowanie zespołu się udało. Wbrew stereotypowi, że w hospicjum nikt dłużej nie popracuje, mamy całą grupę ludzi, którzy pracują ponad dziesięć lat. Kolejna grupa zbliża się do tego stażu. I, co jest bardzo ważne, każdy robi swoje. Nie muszę się martwić, czy mamy opatrunki dla chorych. Wiem, że kto się tym zajmuje i wiem, że one będą. Nawet jak kogoś w danej chwili zabraknie, wiadomo, kto ma go zastąpić.
…czy za mało
– Cieszę się, że jest profesjonalizacja zawodów związanych z opieką paliatywną – dodaje Jarosław Wach. – Są specjalistki pielęgniarki i lekarze specjaliści. Nasza pani doktor, specjalistka z wieloletnim doświadczeniem, sama dwóch lekarzy specjalistów wychowała. Mamy też podpisaną umowę z Wydziałem Lekarskim UO i studenci przychodzą do nas na zajęcia z medycyny paliatywnej. Oni już teraz mają kontakt z pacjentami i wiele rzeczy wiedzą zanim podejmą praktykę.
Pytany o to, co jest w hospicjum najważniejsze, dyrektor wymienia możliwość kontynuowania dotychczasowego życia przez pacjentów. Tak jakby byli w domu.
– Osobom wierzącym dajemy możliwość korzystania z opieki kapłana, ale szanujemy, że ktoś jest niewierzący i nikogo nie nawracamy – podkreśla dyrektor. – Kilka lat temu pacjent poprosił o możliwość zawarcia ślubu z partnerką, z którą mieszkał od 16 lat. Przyjechał pracownik Urzędu Stanu Cywilnego. Udzielił ślubu w sali pacjenta. Przyjechali goście. W świetlicy odbyło się małe przyjęcie. Bo nie możemy zapominać, że człowiek jest najważniejszy. Stąd w hospicjum koncerty i… palarnia dla tych, co chcą zapalić. Żeby każdy mógł się tutaj czuć dobrze.
Stowarzyszenie Hospicjum Opolskie – pomogły pieniądze z Unii
Stowarzyszenie Hospicjum Opolskie i „Betania” mają dziś swoją renomę, która przyciąga pacjentów. Ale początki były trudne.
– Jak zaczynałem działalność w stowarzyszeniu, zdawało mi się, że skoro hospicjum jest potrzebne, to wystarczy tę ideę rozreklamować i sprawa ruszy – wspomina bp senior diecezji katowickiej Kościoła ewangelicko-augsburskiego Marian Niemiec, przewodniczący zarządu stowarzyszenia. – Tymczasem pozyskiwanie pieniędzy szło bardzo opornie. Zbiórki publiczne to w porównaniu do potrzeb były grosze. Pomoc sponsorów sprawiała, że coś się w budynku działo, ale to wszystko było za mało. Odczuwaliśmy zniecierpliwienie. Także ze strony mieszkańców dzielnicy, że wzięliśmy budynek, ale ciągle nic w nim nie powstało. Kiedy za pierwszym podejściem nie dostaliśmy unijnych pieniędzy, zastanawialiśmy się, czy budynku dawnej szkoły nie zwrócić miastu. Bo nie dajemy rady. Ostatecznie złożyliśmy unijny wniosek raz jeszcze. Na wkład własny musieliśmy pożyczyć pieniądze z banku. Listy popierające nas do banku wysłali i wojewoda, i prezydent miasta, dostaliśmy zabezpieczenie. Prace ruszyły i bardzo szybko udało się je zakończyć.
– Początki działalności też były trudne – przyznaje ks. biskup. – Mieliśmy kontrakt raptem na osiem łóżek. Nie było pewności, czy ci chorzy będą. A obsada lekarska i pielęgniarska musiała być całodobowa. Za pracę trzeba było zapłacić. Pierwsze sprzęty przekazała nam Diakonia z Bautzen. Z czasem łóżek w kontrakcie przybywało. Także w hospicjum domowym. Pozyskiwaliśmy pieniądze z 1,5 procenta. Udało się spłacić kredyt, ale i inwestować. Robimy to cały czas. Założyliśmy fotowoltaikę, klimatyzację w pokojach, mamy nowe łóżka. Ale w tej chwili mamy w hospicjum coś, o co mi zawsze chodziło. Ekipę, która się utożsamia z „Betanią”. Oni przychodzą do tej pracy nie tylko dlatego, że dostają pensję. Jestem przekonany, że czują się tu dobrze, bo są dowartościowani. Wiedzą, że ich praca jest potrzebna i sensowna. Kiedy trzeba dać od siebie coś więcej, bez problemu to dają. Cały czas dbamy, by mieć personel odpowiednio wykształcony w medycynie paliatywnej. Dofinansowujemy szkolenia, spotkania itd.
Sukces w hospicjum
Podczas gali podsumowującej 25 lat działalności Stowarzyszenia Hospicjum Opolskie Joanna Matlachowska-Pala, specjalistą chorób wewnętrznych i medycyny paliatywnej oraz zastępca dyrektora ds. medycznych w „Betanii” została zapytana o medyczny sukces w takim miejscu jak hospicjum, gdzie wyleczenie pacjenta jest często niemożliwe.
– Sukcesu w medycynie nie mierzy się tylko wyleczeniem – mówiła pani doktor. – Czasem to poprawa jakości życia, ulga w cierpieniu, stworzenie poczucia bezpieczeństwa w chorobie. Dla chorego i dla rodziny. Utwierdzenie chorego w jego niezbywalnej godności. Sukcesem mogą być chwile, kiedy widać czyjś uśmiech na twarzy, łzę wzruszenia, czasem jakieś słowo. Sukcesem jest pewna wymiana, która dokonuje się między zdrowym a chorym. Swoiste obdarowanie.
Ten dar nie polega na tym, by mówić pacjentowi za wszelką cenę, że będzie dobrze. Przed takim gadaniem przestrzegał z kadrów filmu „Johnny” ks. Jan Kaczkowski, współtwórca i dyrektor Puckiego Hospicjum pw. św. Ojca Pio, a przez blisko cztery lata niedługiego, bo 38-letniego życia pacjent chorujący na wielopostaciowego glejaka.
– Ważne jest, żeby chory miał pewność, że go nie będziemy okłamywać – mówiła przed trzema laty w wywiadzie dla „O!Polskiej”, w kontekście słów księdza, doktor Matlachowska-Pala. – Że z każdą jego reakcją się liczymy. Bo każdy człowiek jest inny. Chory trochę dyktuje, czego chce. Jeżeli chce wiedzieć, jaki jest jego stan i pyta wprost, należy mu odpowiadać. Nie można wtedy kłamać. Nie jest dobrze pocieszać na siłę. Ale jeżeli mówi „Ja nie chcę nic wiedzieć, a przynajmniej nie teraz”, to trzeba to uszanować. Prawda jest jak lekarstwo. Ale to oznacza, że trzeba ją dawkować powoli i stopniowo. Słuchać uważnie pytań. Samemu zadawać pytania, by dowiedzieć się, co nasz bliski wie o chorobie. Całe lekarstwo wypite od razu staje się trucizną.
Czytaj także: Stowarzyszenie Hospicjum Opolskie ma już 25 lat. Był wielki jubileusz
***
Odważne komentarze, unikalna publicystyka, pasjonujące reportaże i rozmowy – czytaj w najnowszym numerze tygodnika „O!Polska”. Do kupienia w punktach sprzedaży prasy w regionie oraz w formie e-wydania



