poniedziałek, 21 września, 2026
  • Redakcja
  • Newsletter
  • Kontakt
  • Gazetki promocyjne
  • Regulamin
  • Ochrona danych
Opolska360
  • Najważniejsze
  • Opole
  • Region
  • Sport
  • Tylko u nas
  • Biznes
  • Nauka
  • Dobra Energia
  • Razem dla Środowiska
Brak wyników
Pokaż wszystkie wyniki
Opolska360
  • Najważniejsze
  • Opole
  • Region
  • Sport
  • Tylko u nas
  • Biznes
  • Nauka
  • Dobra Energia
  • Razem dla Środowiska
Brak wyników
Pokaż wszystkie wyniki
Opolska360
Brak wyników
Pokaż wszystkie wyniki
REKLAMA
Home Najważniejsze

3500 kilometrów pod górę, pod wiatr i z Laurą w sercu

Po 44 dniach samotnej rowerowej pielgrzymki Maria Koschny, emerytka z Kup dotarła do Santiago de Compostela. Wiozła ze sobą nie tylko własne intencje, lecz także nadzieję dla Laury Piechoty chorej na zespół Retta. Jej „Kilometry nadziei” stały się opowieścią o wytrwałości, ufności i sile ludzkiej życzliwości.

Krzysztof Ogiolda Krzysztof Ogiolda
2026-09-20
w Najważniejsze, Opole, Tylko u nas
Maria Koschny Pielgrzymka
REKLAMA

 

– Brak mi słów, by opisać radość, którą poczułam, wchodząc do katedry św. Jakuba po całej tej drodze. Po tym wysiłku była to i radość, i szczęście – mówi pani Maria Koschny opisując, jak wyglądała jej pielgrzymka życia.

– Że się udało, że dotarłam, że po tylu kilometrach jestem na miejscu. Bez wypadku, bez większej awarii roweru. Miałam poczucie, że spełnia się moje marzenie. Cieszy mnie też, że na założonej przeze mnie zbiórce na siepomaga.pl przybyło całkiem sporo pieniędzy – opowiada.

– Od niedawna jestem emerytką – dodaje. – Santiago było w moich myślach, potem w sercu gdzieś od roku. Bardzo chciałam do św. Jakuba pojechać. Podsumować w ten sposób moje dotychczasowe życie, nie tylko to zawodowe, które się właśnie zakończyło i podziękować za nie Panu Bogu. No i prosić o pomoc w tym, co przede mną. A przy okazji pomóc Laurze ze Starych Siołkowic. To nie był sprawdzian mojej wytrzymałości. Wiedziałam, że jeżdżę na tyle dobrze, że dam radę.

Pani Marii bardzo zależało, by w drodze do Santiago odwiedzić również sanktuarium Matki Bożej w Lourdes.

– Trochę nadłożyłam drogi, bo bardzo chciałam być tam dokładnie w święto Wniebowzięcia Matki Bożej, 15 sierpnia – opowiada. – Zdążyłam, choć 80 kilometrów musiałam pokonać pociągiem. Tego nie liczę. Mój licznik na końcu pokazał 3500 kilometrów – tyle trwała moja pielgrzymka.

Jak na kolarskim wyścigu

Granicę francusko-hiszpańską przekroczyła 200 kilometrów od Lourdes, w La Rhune. Stamtąd do Santiago prowadziła północna droga pielgrzymia – ponad 800 kilometrów jazdy. Zapytana o najtrudniejszy fragment wyprawy, bez wahania wskazuje dojazd do miejscowości Deba w północnej Hiszpanii.

– Ustawiłam nawigację na rowerowe „szosówki” – opowiada. – Droga faktycznie prowadziła szosą, ale tak stromą, że czułam się jak na wyścigu zawodowców. Kąt nachylenia był tak ostry, że mimo wysiłku rower zamiast wjeżdżać, zjeżdżał, a ja razem z nim. Byłam tak zmęczona, że nie miałam siły podnieść mojego „koła”. Prawie nakrzyczałam na Pana Boga, że mi za słabo pomaga.

Maria Koschny Pielgrzymka 2
Maria Koschny i jej pielgrzymka życia – fot. archiwum prywatne

– To była prawdziwa masakra. A gdy wreszcie wdrapałam się na górę, czekał mnie równie karkołomny zjazd. Jakby tego było mało, w Deba dopadło mnie oberwanie chmury. Albergę otwierano o 16.00, a ja byłam tam już o 14.30. Pielgrzymi idący pieszo mają pierwszeństwo, więc pewność noclegu miałabym dopiero o 19.00, jeśli zostałyby wolne miejsca – opisuje Maria Koschny.

Nocleg prywatny kosztował sto euro – dla emerytki zbyt wiele. Pani Maria pojechała więc w deszczu jeszcze 15 kilometrów i w kolejnej miejscowości bez problemu znalazła nocleg oraz kolację.

– Uznałam, że to forma wynagrodzenia za ten naprawdę ciężki dzień – śmieje się.

Maria Koschny i pielgrzymka, która trwa dalej

Pielgrzymi mówią czasem, że dojście do Santiago jest końcem Camino, ale jednocześnie początkiem tego, które trwa w życiu po powrocie do domu.

– Minęło bardzo mało czasu, więc tę nową drogę, być może jakąś ważną zmianę, dopiero pokaże mi życie – stwierdza pani Maria – Wracam z większą niż wcześniej ufnością. Na początku trasy się martwiłam: Gdzie ty, kobieto, będziesz dziś spać? Z czasem mówiłam sobie: Wyrzuć te myśli. Nocleg się znajdzie. Nauczyłam się budzić w sobie gorącą ufność: Po co się bać? Ktoś jedzie z tobą i On ci te drogi – bez twoich planów i lęków – wyprostuje. Jest Pan Bóg, jest Matka Boska. A jak nie będzie miejsca w alberdze? Mam namiot. A jak nie będzie gdzie go rozbić? Przenocuję na zadaszonym przystanku. Noc nie trwa wiecznie.

Ufność łatwiej było zachować, bo na trasie spotykała wielu życzliwych ludzi – nie tylko przyjaciół czy dawnych sąsiadów w Niemczech. Sympatię okazywano jej także we Francji i Hiszpanii, gdzie nie miała żadnych znajomych.

– Gdy człowiek kolejny dzień pedałuje około stu kilometrów, każdy życzliwy gest cieszy – przyznaje. – Każde pytanie: „A skąd pani jedzie?” i lekki podziw, że aż z Polski. Gdy zepsuł mi się rower i „klapał” bagażnik, ktoś pokazał drogę do punktu naprawczego. W Lourdes zepsuł się bagażnik z drugiej strony – zaraz znalazł się ktoś, kto pojechał po odpowiedni klucz i wszystko dokręcił. Bezinteresownie. O płaceniu nie było mowy. To mi zostanie w pamięci: otwartość i dobre serca ludzi.

Maria Koschny i pielgrzymka z pomocą… sztucznej inteligencji

Pani Maria wykazała się nie tylko dobrą formą i optymizmem, ale też odwagą. Przejechała przez cztery kraje, znając jedynie polski i niemiecki.

– Pomagała mi sztuczna inteligencja i tłumacz w telefonie, a gdy to nie wystarczało, dodawałam ręce i nogi – śmieje się. – Czasem okazywało się, że jakiś Hiszpan czy Francuz pamięta ze szkoły niemieckie słowa, wtedy łatwiej było się dogadać. W Santiago, żeby „zaklepać” miejsce w alberdze, trzeba było wcześniej zadzwonić. Martwiłam się, bo rozmówczyni znała tylko hiszpański i angielski. Rada była prosta: napisałam na WhatsAppie po polsku, pani przetłumaczyła na hiszpański. Potem ja zrobiłam to samo w drugą stronę.

– Jestem już po sześćdziesiątce i te wszystkie techniczne nowości trochę mnie przerastają – przyznaje. – W domu proszę młodszych: napiszcie mi to czy tamto, ściągnijcie aplikację. Teraz wiem, że trzeba próbować samemu. Pielgrzymka mnie tego nauczyła.

Kilometry nadziei dla Laury

Swoją pielgrzymkę Maria Koschny nazwała „Kilometrami nadziei dla Laury”. Codziennie wrzucała na Facebooka krótkie filmiki z refleksjami z trasy. Mówiła prosto, czasem gwarą śląską, zachęcając odwiedzających jej profil do wsparcia zbiórki na siepomaga.pl.

Laura Piechota ze Starych Siołkowic choruje na zespół Retta – genetyczną chorobę wynikającą z braku białka MECP2, odpowiedzialnego za komunikację neuronów. Do piątego roku życia rozwijała się prawidłowo, później przestała mówić. Dzieci z tą chorobą często nie chodzą i nie poruszają rękami. Rodzice zbierają pieniądze na bardzo kosztowny lek hamujący rozwój choroby – ponad 2 mln zł rocznie. W przyszłości czeka ją jeszcze droższa terapia genowa.

Maria Koschny 3
Pielgrzymka, którą odbyła Maria Koschny, zakończyła się przy Santiago de Compostela – fot. Archiwum prywatne

– Nie miałam wątpliwości, że trzeba pomóc – mówi pani Maria. – Także przez modlitwę, bo to przecież pielgrzymka. Zabrałam więcej intencji: z domu, bo wnuk urodził się z poważną wadą serca, i od przyjaciół, którzy kontaktowali się ze mną przez internet. Wiedziałam, że aby pomóc Laurze materialnie, trzeba nagłośnić sprawę. Najlepiej przez internet. Dlatego wrzucałam codziennie filmiki. Ktoś z przyjaciół nazwał je żartobliwie „radiem Maria”.

Autorka tych korespondencji z Camino ma powód do satysfakcji.

– Każdego dnia czułam, że Laura jedzie ze mną – zaznacza. – Jej mama mówiła, że córka ostatnio się uspokoiła. Dowiedziałam się też, że pod koniec sierpnia Komisja Europejska zatwierdziła w UE amerykański lek na objawy zespołu Retta u dzieci powyżej piątego roku życia. A w skarbonce – sprawdzałam w niedzielę, 6 września – przybyło ponad 30 tysięcy złotych. To oczywiście daleko do milionów potrzebnych na terapię, ale jest to mały wkład w zdrowie dziecka. Cieszę się, że mogłam pomóc. Że poruszyłam serca ludzi i pokazało się, że są ofiarni. Nie żyjemy na wyspie. Obok nas są inni. Czasem czekają na pomoc.

Czytaj także: Pogoda była w tym roku trudna, ale plony udało się zebrać

***

Odważne komentarze, unikalna publicystyka, pasjonujące reportaże i rozmowy – czytaj w najnowszym numerze tygodnika „O!Polska”. Do kupienia w punktach sprzedaży prasy w regionie oraz w formie e-wydanie

Tags: Kościół Opolskiepielgrzymka
REKLAMA

NAJPOPULARNIEJSZE

  • Mała Sicilia w Opolu

    Nowa włoska knajpa w mieście. Jedną rzeczą chcą się wyróżnić

    0 udostępnienia
    Usdostepnij 0 Tweet 0
  • Matcha, kawa i moda – nowy lokal w centrum Opola

    0 udostępnienia
    Usdostepnij 0 Tweet 0
  • Festiwal Smaku i Słodkości 2026. Święto łasuchów przez trzy dni w Opolu

    0 udostępnienia
    Usdostepnij 0 Tweet 0
  • Dramat w Skorogoszczy. Brutalna zbrodnia w noc po ślubie?

    0 udostępnienia
    Usdostepnij 0 Tweet 0
  • 3500 kilometrów pod górę, pod wiatr i z Laurą w sercu

    0 udostępnienia
    Usdostepnij 0 Tweet 0
REKLAMA

 

 

REKLAMA

 

REKLAMA
  • Redakcja
  • Newsletter
  • Kontakt
  • Gazetki promocyjne
  • Regulamin
  • Ochrona danych

© Wydawnictwo SIlesiana 2022-2025

Welcome Back!

Login to your account below

Forgotten Password?

Retrieve your password

Please enter your username or email address to reset your password.

Log In

Add New Playlist

Brak wyników
Pokaż wszystkie wyniki
  • Strona główna
  • Najważniejsze
  • Newsletter
  • Opole
  • Region
  • Sport
  • Tylko u nas
  • Biznes
  • Nauka
  • Razem dla środowiska
  • Dobra Energia
  • Gazetki promocyjne
  • Redakcja
  • Kontakt

© Wydawnictwo SIlesiana 2022-2025