niedziela, 19 kwietnia, 2026
  • Redakcja
  • Newsletter
  • Kontakt
  • Gazetki promocyjne
  • Regulamin
  • Ochrona danych
Opolska360
  • Najważniejsze
  • Opole
  • Region
  • Sport
  • Tylko u nas
  • Biznes
  • Nauka
  • Dobra Energia
  • Razem dla Środowiska
Brak wyników
Pokaż wszystkie wyniki
Opolska360
  • Najważniejsze
  • Opole
  • Region
  • Sport
  • Tylko u nas
  • Biznes
  • Nauka
  • Dobra Energia
  • Razem dla Środowiska
Brak wyników
Pokaż wszystkie wyniki
Opolska360
Brak wyników
Pokaż wszystkie wyniki
REKLAMA
Home Najważniejsze

Kostiumolożka w „Kochanowskim”. Królowa zaplecza, czyli teatralne życie pani Irenki

Aktorzy mają swoje role, reżyserzy – wizje. Ona ma igłę, stelaże i ...spawarkę, a przede wszystkim świętą cierpliwość. Od 40 lat pani Irenka Grund szyje w opolskim Teatrze Kochanowskiego kostiumy, które czasem wyglądają tak, że „powinny tylko pachnieć i leżeć”, a jednak muszą wytrzymać sceniczny żywioł.

Jolanta Jasińska-Mrukot Jolanta Jasińska-Mrukot
2026-04-19
w Najważniejsze, Tylko u nas
Kostiumolożka w Kochanowskim

Kostiumolożka w Kochanowskim

REKLAMA

 

Aktor, scena i widz – to tworzy teatr. Jest jednak jeszcze zaplecze, które zwykle umyka uwadze publiczności. A w tym zapleczu mieści się także szwalnia – miejsce absolutnie niezbędne.

Zanim bele materiału trafią na krawiecki blat pani Irenki, wyboru dokonuje kostiumolog, artysta, od którego zależy, na czym widz zawiesi oko w pierwszym odruchu. Miękkość, faktura czy kolor tkaniny – wszystko to ma na scenie znaczenie i zależy od jego decyzji.

– Przygotowuję formy i tkaniny do pierwszej przymiarki, ale ostateczny głos ma kostiumolog – mówi Irenka Grund. – I nie zawsze traktuje swój projekt jako coś ostatecznego. W trakcie przymiarek mogą zajść zmiany. A scena wymaga odpowiedniego kroju, materiału i szycia, bo jest ruch, ekspresja, wszystko to, co dzieje się przed widzem.

Kostium i jego kolor wprowadzają widza w odpowiedni klimat.

– Kluczowa jest dla nas czytelność – podkreśla Dora Gaj, kostiumolożka z poznańskiego kolektywu artystycznego Grupa MIXER. – Zawsze chodzi o to, żeby widz wiedział, gdzie jest. Podobnie jak w scenografii – komunikat nie musi być dosłowny, ale powinien być zrozumiały.

Bywa, że gdy pani Irenka dostaje projekt kostiumu, łapie się za głowę. Mówi wtedy: „Mój ty Boże, jak ja to zrobię!”.

– Ale po tylu latach w teatrze wiem, że strach ma wielkie oczy. Człowiek się prześpi i następnego dnia widzi to inaczej – opowiada.

Czasem materiał wydaje się taki, że aktor – jak mówi – powinien w nim tylko „pachnieć i leżeć”, a scena wymaga czegoś zupełnie innego.

– Z krawcami analizujemy kroje, a z panią Irenką współpracuje się doskonale – zaznacza kostiumolożka. – Na pierwszej próbie aktorzy zazwyczaj powinni zobaczyć projekty. To ważne, bo wtedy zaczynają budować postać także poprzez kostium. Dzielą się z nami, jak widzą swoją rolę, a my pomagamy to uporządkować i wzmocnić. Moment kiedy kostium zaczyna działać, nazywam „kliknięciem”. Kostium zaczyna żyć w aktorze. Nagle wszystko się zgadza: kolor, forma, proporcje. Widz od razu orientuje się, w jakim świecie się znajduje – choć nie musi to być powiedziane wprost. Na tym polega magia teatru.

40 lat to szmat czasu

I wszystkich aktorów pani Irenka zapamiętała. Jedni – jak mówi – prowadzili osiadły tryb życia, innych „nosiło” po różnych teatrach. Ile kostiumów wyszło spod jej ręki?

– Ach, było tego dużo – wzdycha. – I spektakli tyle… Każdy z nich do dziś siedzi mi w głowie. I te próby generalne… Zawsze tak miałam, że na próbie generalnej widzę, że coś mogło być zrobione lepiej. Kostium inaczej wygląda w pracowni, a inaczej z perspektywy widza, na scenie. To taka moja przypadłość. Podczas spektaklu potrafię się tak „zawiesić”, że niewiele z niego wynoszę. Zamiast słuchać dialogów, patrzę na to, co wykonałam.

Przypadek sprawił, że czterdzieści lat temu trafiła do szwalni w Kochanowskim.

– Koleżanka odchodziła na macierzyński i już nie wróciła – wspomina. Tak minęły cztery dekady, a każdy spektakl to przeżycie.

– Czterdzieści lat temu nie odpowiadałam za całą produkcję – mówi pani Irenka. – W pracowni było więcej osób. Aktorka podczas przymiarki się obracała, a ktoś inny podawał mi szpilki. To bardzo pomagało.

Szyły wtedy dużo więcej kostiumów epokowych.

– W „Ani z Zielonego Wzgórza” grało chyba dwadzieścia osób, ale to było trzydzieści lat temu – dodaje. – Wszystkie kostiumy były stylowe, a to ogrom pracy. Ale na scenie wszyscy byli tacy piękni, tacy uśmiechnięci. Aż serce człowiekowi z radości skakało, jak się na nich patrzyło.

Pani Irenka Grund i Aleksandra Kotapska,koordynatorka ds. produkcji w Teatrze im. Jana Kochanowskiego.

Aleksandra Kotapska, koordynatorka ds. produkcji w Teatrze im. Kochanowskiego, zauważa, że historycznych kostiumów szyje się dziś znacznie mniej.

– Pracuję tu szósty rok i w tym czasie nie szyliśmy kostiumów historycznych – opowiada. – Częściej są współczesne albo nieosadzone dosłownie w przeszłości. Obsada nie jest już tak liczna jak kiedyś, więc i nakład pracy jest mniejszy. Teraz to sześć, siedem osób, a dawniej kilkanaście w jednej sztuce.

Jedno pozostaje niezmienne w pracowni pani Irenki: reakcja nowych aktorek, które zaglądają w rubryki podczas mierzenia.

– Od razu mówię: „Nie patrz, to jest miara krawiecka, nie dla ciebie wskazówka” – śmieje się. – Kostium musi mieć więcej luzu, bo to na scenę. I to się nie zmienia od lat.

Szwalnia ma swoje patenty

Najtrudniejsze do szycia są kostiumy epokowe albo te do spektakli o tematyce fantastycznej. Tak było przy „Narnii”, gdzie pojawiły się tiule, skaj, skóra i całe bogactwo faktur oraz wzorów.

– Do „Narnii” kostiumy były bardzo przestrzenne – wspomina pani Irenka.
– Właściwie tkaninę trzeba było stworzyć od podstaw: jedna leżała na stole, a kolejne elementy doszywało się, żeby zbudować suknię. Sama spódnica miała trzy metry i była osadzona na stelażu. Były też gorsety z fiszbinami.

Stelaż robiła sama – czasem spawała druty, czasem wzmacniała konstrukcję tasiemkami. Jest z pokolenia Adama Słodowego, więc „złota rączka” to określenie jak najbardziej na miejscu. W jej pracy szycie to dopiero początek.

– Do tych fiszbin miałyśmy statystkę, która grzecznie trzy godziny stała, a my upinałyśmy – śmieje się.  – Nie ma możliwości, żeby aktorka poświęciła nam tyle czasu.

Każda teatralna pracownia ma też swoje patenty.

– Przy spektaklu „Śmierć przyjeżdża w środę”, realizowanym z aktorami z Legnicy, ich stelaż był zrobiony z poduszkami przymocowanymi od środka – opowiada pani Irenka. – Aktorka miała dzięki temu wygodę, więc to pomysł wart powielania.

Pokazuje zdjęcia kostiumów sprzed lat, między innymi Grażyny Misiorowskiej w chabrowej sukni na ogromnym stelażu.

– Dół był z tafty, a to najbardziej kobiecy materiał. Proszę zobaczyć ten rękaw – mocno marszczony, ale zrobiony taśmą do firan – mówi.

W przeszłości, kiedy trudno było zdobyć odpowiedni materiał albo kolor, w teatrze po prostu farbowało się tkaniny.

– I wychodziło nam to świetnie – dodaje.

Kostiumy po sezonie trafiają do magazynu, czekając na drugie życie. Nigdy nie wracają na scenę w identycznej formie – zawsze pojawiają się jakieś, choćby drobne, zmiany.

Bywa, że strzeli zamek

– Do „Wodzireja” Irena szyła długą, brokatową suknię, ale aktorka bardzo dużo się ruszała i nie było jej w niej wygodnie – wspomina Aleksandra Kotapska.
– Uszyła więc drugą, krótszą, w której czuła się lepiej. Dopiero w finale aktorka występowała w tej długiej.

Pani Irenka też dobrze pamięta brokatowe suknie.

– Z brokatem to była „zabawa” – wzdycha. – Trzeba pilnować, żeby materiał nie uciekał spod igły, a to pochłania mnóstwo czasu. A na próbę generalną wszystko musi być dopięte. Czasem trzeba narzucić tempo.

Dodaje, że kiedy człowiek ma satysfakcję z tego, co robi, praca „sama się robi”.

– Mamy trzy próby generalne przed premierą – tłumaczy producentka. – Wtedy przychodzą reżyser, dyrektor, cała ekipa i zapada ostateczna, obiektywna ocena. Mogą pojawić się zmiany w kostiumach czy scenografii. Ale nie radykalne.

W „Moralności pani Dulskiej” aktorowi podczas spektaklu pękł zamek w spodniach.

– Ale aktor gra do końca – podkreśla producentka. – Zdarzają się jednak poważniejsze wypadki, jak złamany nadgarstek aktorki w trakcie spektaklu. A ona i tak grała do końca. Bo to adrenalina i poczucie odpowiedzialności.

Piotr Kasperski, rzemieślnik teatralny z pracowni krawieckiej, wspomina: – Pamiętam kostium ze skóry ekologicznej dla Golema. Po odświeżeniu się skurczył, więc szyliśmy go jeszcze raz, tuż przed premierą. Zajęło mi to trzy dni. Stres zawsze towarzyszy, trzeba się z nim oswoić. Wszystko musi być dostosowane do sceny – jak we fraku skrzypka, gdzie rękaw kroi się specjalnie. Podszewka musi być naturalna, bo sztuczna klei się do aktora podczas gry.

Ten sam kostium, ale inny

– Praca nad kostiumem w spektaklu zaczyna się od tekstu – wyjaśnia Dora Gaj. – Kostiumolog musi najpierw wejść głęboko w tekst. Poczuć epokę, środowisko i klimat przedstawienia. Potem spotkanie z reżyserem i całą grupą realizatorów. Tak też było w „Przedwiośniu”, spektaklu zrealizowanym w Teatrze Jana Kochanowskiego w Opolu. Reżyser, Piotr Ratajczak wyjaśnił nam, czym historia, powieść Żeromskiego jest dla niego dzisiaj. Określił ogólny kierunek spektaklu, czas i przestrzeń: tzn. to, czy jesteśmy osadzeni w przeszłości, czy pozostajemy w teraźniejszości, czy mieszamy obie perspektywy.

– Wybrany kierunek wyznacza nam tematy i formę kostiumów – dodaje kostiumolożka. – W „Przedwiośniu” w reżyserii Piotra Ratajczak przyjęto założenie, by pracować na tym, co znajduje się w magazynach teatralnych, jak i nowych kostiumach.

Pani Irenka wspomina, że przeróbek było mnóstwo.

– Odcinaliśmy góry albo doły, coś dodawaliśmy. Tak się pracowało – tłumaczy krawcowa.

– Było dużo przeróbek – potwierdza Dora Gaj. – Przekształcania, tworzenia swoistych kolaży z ubrań. Z jednej strony byliśmy osadzeni w epoce, z drugiej zależało nam na pewnej uniwersalności. Kostium mógł kojarzyć się z przeszłością, ale równie dobrze mógł być odczytany jako współczesny.

Mundury do spektaklu pochodziły z firmy Hero Collection, produkującej autentyczne i historyczne umundurowanie dla różnych służb, grup rekonstrukcyjnych i teatrów.

– Współpracują nawet z Hollywood – mówi Dora Gaj. – Konsultujemy z nimi każdy detal, bo nigdy nie wiadomo, kto siedzi na widowni. Mieliśmy sytuację podczas „Chłopca malowanego”, kiedy na spektaklu był pułkownik. Zwrócił uwagę na nieprawidłową szarżę – trzeba było poprawić pagony…

Jak się okazuje, kostium musi współgrać ze scenografią.

– Jeśli jej nie projektujemy, ściśle współpracujemy ze scenografem – zaznacza kostiumolożka. – W ogóle pracujemy zespołowo: z reżyserem, scenografem, aktorami. Wszyscy muszą wiedzieć, w jakim kierunku zmierzamy. Strzelamy do jednej bramki.

Każda matka jest inna

A jaki kostium najtrudniej zaprojektować?

– Najtrudniej stworzyć kostium najprostszy – przyznaje Dora Gaj. – Kostium, który wygląda zwyczajnie, a jednocześnie niesie znaczenie.

Do najtrudniejszych postaci należy matka.

– Pamiętam postać matki w „Trzech furiach” Marcina Libera – opowiada kostiumolożka. – To była kobieta samotnie wychowująca niepełnosprawne dziecko – na granicy wyczerpania, brzydoty i psychicznego napięcia. Kostium był bardzo prosty: sportowe buty, przyciasny sweter, podkreślający masę ciała. Ale za tym stała konkretna myśl o postaci.

Innym przykładem jest matka grana przez Katarzynę Figurę z Teatru Wybrzeże, w spektaklu „Bella Figura”.

– Miała brązowy płaszcz, wełnianą czapkę, wielkie okulary, zwykłe buty „kaczuszki” i torbę z pomarańczami – opowiada Dora Gaj. – Kobieta zmęczona życiem. Pod płaszczem miała halkę – subtelne nawiązanie do przeszłości.

– Wydaje mi się, że postać Matki jest szczególna – dodaje. – To jedna z najtrudniejszych figur. Każda matka jest inna, bo funkcjonuje w innym kontekście – czasowym, społecznym, emocjonalnym. Nawet przy tym samym tekście wszystko się zmienia: reżyser, scenografia, interpretacja – i powstaje zupełnie nowy kostium.

Kostiumologa inspiruje wszystko: różne środowiska, ludzie, życie, sztuka.

– Mój zawód jest fantastyczny, bo jest się w teatrze, i jednocześnie za każdym razem w innym świecie – podsumowuje Dora Gaj.

W teatrze jest tak, że każdy reżyser przychodzi z zespołem twórców: kostiumografem, scenografem, reżyserem świateł, choreografem, kompozytorem. Niezmienna przy każdej sztuce jest tylko krawcowa, pani Irenka.

– Kiedy na scenie wszyscy tacy piękni i te kostiumy…, to serce człowiekowi aż skacze z radości – uśmiecha się pani Irenka. – Jestem wtedy szczęśliwa.

Czytaj także: Pierwsze gwiazdy festiwalu w Opolu. Wiemy, kto wystąpi w Premierach i Debiutach

***

Odważne komentarze, unikalna publicystyka, pasjonujące reportaże i rozmowy – czytaj w najnowszym numerze tygodnika „O!Polska”. Do kupienia w punktach sprzedaży prasy w regionie oraz w formie e-wydania

Tags: kulturakultura opoleTeatr KochanowskiegoTeatr Kochanowskiego Opole
REKLAMA

NAJPOPULARNIEJSZE

  • Ozimska Point w Opolu

    Nowy budynek rośnie przy kompleksie Ozimska Park. Wiemy, co tam będzie

    0 udostępnienia
    Usdostepnij 0 Tweet 0
  • Marianna Schreiber będzie walczyć w Nysie? Gala MMA może się odbyć mimo braku zgody

    0 udostępnienia
    Usdostepnij 0 Tweet 0
  • Prezes Stali Nysa: To wstyd, zarówno dla mnie jak i dla wszystkich w klubie

    0 udostępnienia
    Usdostepnij 0 Tweet 0
  • Śmierć na imprezie pracowników elektrowni. Oskarżony w sądzie: Ty diable

    0 udostępnienia
    Usdostepnij 0 Tweet 0
  • Nowy Lidl przy Krapkowickiej w Opolu. Co będzie z pierwszym sklepem?

    0 udostępnienia
    Usdostepnij 0 Tweet 0
REKLAMA

 

 

REKLAMA

 

REKLAMA
  • Redakcja
  • Newsletter
  • Kontakt
  • Gazetki promocyjne
  • Regulamin
  • Ochrona danych

© Wydawnictwo SIlesiana 2022-2025

Welcome Back!

Login to your account below

Forgotten Password?

Retrieve your password

Please enter your username or email address to reset your password.

Log In

Add New Playlist

Brak wyników
Pokaż wszystkie wyniki
  • Strona główna
  • Najważniejsze
  • Newsletter
  • Opole
  • Region
  • Sport
  • Tylko u nas
  • Biznes
  • Nauka
  • Razem dla środowiska
  • Dobra Energia
  • Gazetki promocyjne
  • Redakcja
  • Kontakt

© Wydawnictwo SIlesiana 2022-2025