Aktor, scena i widz – to tworzy teatr. Jest jednak jeszcze zaplecze, które zwykle umyka uwadze publiczności. A w tym zapleczu mieści się także szwalnia – miejsce absolutnie niezbędne.
Zanim bele materiału trafią na krawiecki blat pani Irenki, wyboru dokonuje kostiumolog, artysta, od którego zależy, na czym widz zawiesi oko w pierwszym odruchu. Miękkość, faktura czy kolor tkaniny – wszystko to ma na scenie znaczenie i zależy od jego decyzji.
– Przygotowuję formy i tkaniny do pierwszej przymiarki, ale ostateczny głos ma kostiumolog – mówi Irenka Grund. – I nie zawsze traktuje swój projekt jako coś ostatecznego. W trakcie przymiarek mogą zajść zmiany. A scena wymaga odpowiedniego kroju, materiału i szycia, bo jest ruch, ekspresja, wszystko to, co dzieje się przed widzem.
Kostium i jego kolor wprowadzają widza w odpowiedni klimat.
– Kluczowa jest dla nas czytelność – podkreśla Dora Gaj, kostiumolożka z poznańskiego kolektywu artystycznego Grupa MIXER. – Zawsze chodzi o to, żeby widz wiedział, gdzie jest. Podobnie jak w scenografii – komunikat nie musi być dosłowny, ale powinien być zrozumiały.
Bywa, że gdy pani Irenka dostaje projekt kostiumu, łapie się za głowę. Mówi wtedy: „Mój ty Boże, jak ja to zrobię!”.
– Ale po tylu latach w teatrze wiem, że strach ma wielkie oczy. Człowiek się prześpi i następnego dnia widzi to inaczej – opowiada.
Czasem materiał wydaje się taki, że aktor – jak mówi – powinien w nim tylko „pachnieć i leżeć”, a scena wymaga czegoś zupełnie innego.
– Z krawcami analizujemy kroje, a z panią Irenką współpracuje się doskonale – zaznacza kostiumolożka. – Na pierwszej próbie aktorzy zazwyczaj powinni zobaczyć projekty. To ważne, bo wtedy zaczynają budować postać także poprzez kostium. Dzielą się z nami, jak widzą swoją rolę, a my pomagamy to uporządkować i wzmocnić. Moment kiedy kostium zaczyna działać, nazywam „kliknięciem”. Kostium zaczyna żyć w aktorze. Nagle wszystko się zgadza: kolor, forma, proporcje. Widz od razu orientuje się, w jakim świecie się znajduje – choć nie musi to być powiedziane wprost. Na tym polega magia teatru.
40 lat to szmat czasu
I wszystkich aktorów pani Irenka zapamiętała. Jedni – jak mówi – prowadzili osiadły tryb życia, innych „nosiło” po różnych teatrach. Ile kostiumów wyszło spod jej ręki?
– Ach, było tego dużo – wzdycha. – I spektakli tyle… Każdy z nich do dziś siedzi mi w głowie. I te próby generalne… Zawsze tak miałam, że na próbie generalnej widzę, że coś mogło być zrobione lepiej. Kostium inaczej wygląda w pracowni, a inaczej z perspektywy widza, na scenie. To taka moja przypadłość. Podczas spektaklu potrafię się tak „zawiesić”, że niewiele z niego wynoszę. Zamiast słuchać dialogów, patrzę na to, co wykonałam.
Przypadek sprawił, że czterdzieści lat temu trafiła do szwalni w Kochanowskim.
– Koleżanka odchodziła na macierzyński i już nie wróciła – wspomina. Tak minęły cztery dekady, a każdy spektakl to przeżycie.
– Czterdzieści lat temu nie odpowiadałam za całą produkcję – mówi pani Irenka. – W pracowni było więcej osób. Aktorka podczas przymiarki się obracała, a ktoś inny podawał mi szpilki. To bardzo pomagało.
Szyły wtedy dużo więcej kostiumów epokowych.
– W „Ani z Zielonego Wzgórza” grało chyba dwadzieścia osób, ale to było trzydzieści lat temu – dodaje. – Wszystkie kostiumy były stylowe, a to ogrom pracy. Ale na scenie wszyscy byli tacy piękni, tacy uśmiechnięci. Aż serce człowiekowi z radości skakało, jak się na nich patrzyło.

Aleksandra Kotapska, koordynatorka ds. produkcji w Teatrze im. Kochanowskiego, zauważa, że historycznych kostiumów szyje się dziś znacznie mniej.
– Pracuję tu szósty rok i w tym czasie nie szyliśmy kostiumów historycznych – opowiada. – Częściej są współczesne albo nieosadzone dosłownie w przeszłości. Obsada nie jest już tak liczna jak kiedyś, więc i nakład pracy jest mniejszy. Teraz to sześć, siedem osób, a dawniej kilkanaście w jednej sztuce.
Jedno pozostaje niezmienne w pracowni pani Irenki: reakcja nowych aktorek, które zaglądają w rubryki podczas mierzenia.
– Od razu mówię: „Nie patrz, to jest miara krawiecka, nie dla ciebie wskazówka” – śmieje się. – Kostium musi mieć więcej luzu, bo to na scenę. I to się nie zmienia od lat.
Szwalnia ma swoje patenty
Najtrudniejsze do szycia są kostiumy epokowe albo te do spektakli o tematyce fantastycznej. Tak było przy „Narnii”, gdzie pojawiły się tiule, skaj, skóra i całe bogactwo faktur oraz wzorów.
– Do „Narnii” kostiumy były bardzo przestrzenne – wspomina pani Irenka.
– Właściwie tkaninę trzeba było stworzyć od podstaw: jedna leżała na stole, a kolejne elementy doszywało się, żeby zbudować suknię. Sama spódnica miała trzy metry i była osadzona na stelażu. Były też gorsety z fiszbinami.
Stelaż robiła sama – czasem spawała druty, czasem wzmacniała konstrukcję tasiemkami. Jest z pokolenia Adama Słodowego, więc „złota rączka” to określenie jak najbardziej na miejscu. W jej pracy szycie to dopiero początek.
– Do tych fiszbin miałyśmy statystkę, która grzecznie trzy godziny stała, a my upinałyśmy – śmieje się. – Nie ma możliwości, żeby aktorka poświęciła nam tyle czasu.

Każda teatralna pracownia ma też swoje patenty.
– Przy spektaklu „Śmierć przyjeżdża w środę”, realizowanym z aktorami z Legnicy, ich stelaż był zrobiony z poduszkami przymocowanymi od środka – opowiada pani Irenka. – Aktorka miała dzięki temu wygodę, więc to pomysł wart powielania.
Pokazuje zdjęcia kostiumów sprzed lat, między innymi Grażyny Misiorowskiej w chabrowej sukni na ogromnym stelażu.
– Dół był z tafty, a to najbardziej kobiecy materiał. Proszę zobaczyć ten rękaw – mocno marszczony, ale zrobiony taśmą do firan – mówi.
W przeszłości, kiedy trudno było zdobyć odpowiedni materiał albo kolor, w teatrze po prostu farbowało się tkaniny.
– I wychodziło nam to świetnie – dodaje.
Kostiumy po sezonie trafiają do magazynu, czekając na drugie życie. Nigdy nie wracają na scenę w identycznej formie – zawsze pojawiają się jakieś, choćby drobne, zmiany.
Bywa, że strzeli zamek
– Do „Wodzireja” Irena szyła długą, brokatową suknię, ale aktorka bardzo dużo się ruszała i nie było jej w niej wygodnie – wspomina Aleksandra Kotapska.
– Uszyła więc drugą, krótszą, w której czuła się lepiej. Dopiero w finale aktorka występowała w tej długiej.
Pani Irenka też dobrze pamięta brokatowe suknie.
– Z brokatem to była „zabawa” – wzdycha. – Trzeba pilnować, żeby materiał nie uciekał spod igły, a to pochłania mnóstwo czasu. A na próbę generalną wszystko musi być dopięte. Czasem trzeba narzucić tempo.
Dodaje, że kiedy człowiek ma satysfakcję z tego, co robi, praca „sama się robi”.
– Mamy trzy próby generalne przed premierą – tłumaczy producentka. – Wtedy przychodzą reżyser, dyrektor, cała ekipa i zapada ostateczna, obiektywna ocena. Mogą pojawić się zmiany w kostiumach czy scenografii. Ale nie radykalne.
W „Moralności pani Dulskiej” aktorowi podczas spektaklu pękł zamek w spodniach.
– Ale aktor gra do końca – podkreśla producentka. – Zdarzają się jednak poważniejsze wypadki, jak złamany nadgarstek aktorki w trakcie spektaklu. A ona i tak grała do końca. Bo to adrenalina i poczucie odpowiedzialności.
Piotr Kasperski, rzemieślnik teatralny z pracowni krawieckiej, wspomina: – Pamiętam kostium ze skóry ekologicznej dla Golema. Po odświeżeniu się skurczył, więc szyliśmy go jeszcze raz, tuż przed premierą. Zajęło mi to trzy dni. Stres zawsze towarzyszy, trzeba się z nim oswoić. Wszystko musi być dostosowane do sceny – jak we fraku skrzypka, gdzie rękaw kroi się specjalnie. Podszewka musi być naturalna, bo sztuczna klei się do aktora podczas gry.
Ten sam kostium, ale inny
– Praca nad kostiumem w spektaklu zaczyna się od tekstu – wyjaśnia Dora Gaj. – Kostiumolog musi najpierw wejść głęboko w tekst. Poczuć epokę, środowisko i klimat przedstawienia. Potem spotkanie z reżyserem i całą grupą realizatorów. Tak też było w „Przedwiośniu”, spektaklu zrealizowanym w Teatrze Jana Kochanowskiego w Opolu. Reżyser, Piotr Ratajczak wyjaśnił nam, czym historia, powieść Żeromskiego jest dla niego dzisiaj. Określił ogólny kierunek spektaklu, czas i przestrzeń: tzn. to, czy jesteśmy osadzeni w przeszłości, czy pozostajemy w teraźniejszości, czy mieszamy obie perspektywy.
– Wybrany kierunek wyznacza nam tematy i formę kostiumów – dodaje kostiumolożka. – W „Przedwiośniu” w reżyserii Piotra Ratajczak przyjęto założenie, by pracować na tym, co znajduje się w magazynach teatralnych, jak i nowych kostiumach.
Pani Irenka wspomina, że przeróbek było mnóstwo.
– Odcinaliśmy góry albo doły, coś dodawaliśmy. Tak się pracowało – tłumaczy krawcowa.
– Było dużo przeróbek – potwierdza Dora Gaj. – Przekształcania, tworzenia swoistych kolaży z ubrań. Z jednej strony byliśmy osadzeni w epoce, z drugiej zależało nam na pewnej uniwersalności. Kostium mógł kojarzyć się z przeszłością, ale równie dobrze mógł być odczytany jako współczesny.

Mundury do spektaklu pochodziły z firmy Hero Collection, produkującej autentyczne i historyczne umundurowanie dla różnych służb, grup rekonstrukcyjnych i teatrów.
– Współpracują nawet z Hollywood – mówi Dora Gaj. – Konsultujemy z nimi każdy detal, bo nigdy nie wiadomo, kto siedzi na widowni. Mieliśmy sytuację podczas „Chłopca malowanego”, kiedy na spektaklu był pułkownik. Zwrócił uwagę na nieprawidłową szarżę – trzeba było poprawić pagony…
Jak się okazuje, kostium musi współgrać ze scenografią.
– Jeśli jej nie projektujemy, ściśle współpracujemy ze scenografem – zaznacza kostiumolożka. – W ogóle pracujemy zespołowo: z reżyserem, scenografem, aktorami. Wszyscy muszą wiedzieć, w jakim kierunku zmierzamy. Strzelamy do jednej bramki.
Każda matka jest inna
A jaki kostium najtrudniej zaprojektować?
– Najtrudniej stworzyć kostium najprostszy – przyznaje Dora Gaj. – Kostium, który wygląda zwyczajnie, a jednocześnie niesie znaczenie.
Do najtrudniejszych postaci należy matka.
– Pamiętam postać matki w „Trzech furiach” Marcina Libera – opowiada kostiumolożka. – To była kobieta samotnie wychowująca niepełnosprawne dziecko – na granicy wyczerpania, brzydoty i psychicznego napięcia. Kostium był bardzo prosty: sportowe buty, przyciasny sweter, podkreślający masę ciała. Ale za tym stała konkretna myśl o postaci.
Innym przykładem jest matka grana przez Katarzynę Figurę z Teatru Wybrzeże, w spektaklu „Bella Figura”.
– Miała brązowy płaszcz, wełnianą czapkę, wielkie okulary, zwykłe buty „kaczuszki” i torbę z pomarańczami – opowiada Dora Gaj. – Kobieta zmęczona życiem. Pod płaszczem miała halkę – subtelne nawiązanie do przeszłości.
– Wydaje mi się, że postać Matki jest szczególna – dodaje. – To jedna z najtrudniejszych figur. Każda matka jest inna, bo funkcjonuje w innym kontekście – czasowym, społecznym, emocjonalnym. Nawet przy tym samym tekście wszystko się zmienia: reżyser, scenografia, interpretacja – i powstaje zupełnie nowy kostium.
Kostiumologa inspiruje wszystko: różne środowiska, ludzie, życie, sztuka.
– Mój zawód jest fantastyczny, bo jest się w teatrze, i jednocześnie za każdym razem w innym świecie – podsumowuje Dora Gaj.
W teatrze jest tak, że każdy reżyser przychodzi z zespołem twórców: kostiumografem, scenografem, reżyserem świateł, choreografem, kompozytorem. Niezmienna przy każdej sztuce jest tylko krawcowa, pani Irenka.
– Kiedy na scenie wszyscy tacy piękni i te kostiumy…, to serce człowiekowi aż skacze z radości – uśmiecha się pani Irenka. – Jestem wtedy szczęśliwa.
Czytaj także: Pierwsze gwiazdy festiwalu w Opolu. Wiemy, kto wystąpi w Premierach i Debiutach
***
Odważne komentarze, unikalna publicystyka, pasjonujące reportaże i rozmowy – czytaj w najnowszym numerze tygodnika „O!Polska”. Do kupienia w punktach sprzedaży prasy w regionie oraz w formie e-wydania




