Andrzej Kacorzyk – rozmowa o Auschwitz z okazji 80 lat od wyzwolenia obozu
Krzysztof Ogiolda: 80 lat temu, 27 stycznia 1945 roku, żołnierze Pierwszego Frontu Ukraińskiego wyzwolili obóz koncentracyjny Auschwitz – Birkenau. Na Śląsku Opolskim sowieccy żołnierze nie pokazywali się jako wyzwoliciele. Wielu z nich mordowało, gwałciło, rabowało. Jak zachowywali się w Auschwitz? Kogo zastali w obozie?
Andrzej Kacorzyk: Zanim odpowiem, muszę się nieco cofnąć w czasie. Niemcy pół roku przed likwidacją obozu zdali sobie sprawę, że ich zagrożenie od wschodu jest coraz większe. Punktem zwrotnym było wejście Sowietów na Majdanek. To uświadomiło załodze KL Auschwitz, że czas istnienia obozu jest już dosyć krótki. Zaczął się proces maksymalnego wykorzystywania więźniów jako siły roboczej, a jednocześnie stopniowego opróżniania tego miejsca. Do obozów w głąb Rzeszy wysłano z Auschwitz około 60 tysięcy osób. W połowie stycznia wyprowadzono dwie duże kolumny więźniów – mężczyzn, kobiet i dzieci. Jedną, trasą południową w kierunku na Wodzisław Śląski, drugą – drogą północną – w stronę Gliwic.
Do tego wydarzenia przylgnęło pojęcie Marsze Śmierci…
– Obie trasy miały po około 60 kilometrów. W warunkach ostrej zimy wielu więźniów nie wytrzymywało trudów marszu. A wartownicy ewakuujący te kolumny dobijali tych, którzy nie mieli sił, by iść dalej.
Trudno dziś zrozumieć, dlaczego narażano tych ludzi na tak niewiarygodne cierpienie, zamiast po prostu zwolnić ich do domów, skoro obóz trzeba było ze względu na sytuację na froncie zlikwidować.
– Wielu niemieckich nazistów wciąż wierzyło, że losy wojny nie są przesądzone. Kiedy ewakuowano gospodarstwo ogrodnicze zarządzane przez SS (pracowali w nim więźniowie), wydano rozkaz, aby ze wszystkich grzejników spuścić wodę. By nie zniszczyła się instalacja.
Jakby więźniowie mieli tam wkrótce wrócić?
– Właśnie tak. Bo przecież mamy Wunderwaffe, cudowną broń. Wielu tak sądziło. Ewakuacja wydawała się jedynie chwilowym manewrem. Propaganda działała bezwzględnie. Podtrzymywała mit wodza, który to wszystko przewiduje, wie, co należy robić i nas uratuje. A jednocześnie wzywała do walki z Sowietami do ostatniej kropli krwi. Pokazywała sowieckich żołnierzy jako przeciwników okrutnych i bezwzględnych. Powodem bezlitosnego zabijania więźniów w drodze było i to, że każda z tych 50 tysięcy osób była potencjalnym świadkiem masowych zbrodni. A Niemcy konsekwentnie realizowali plan niszczenia dowodów. Wysadzono w powietrze trzy krematoria. Czwarte spłonęło wcześniej, w czasie buntu więźniów 7 października 1944 roku. Piąte – najmniejsze w Auschwitz – znacznie wcześniej zostało przebudowane na schron przeciwlotniczy. Podpalono także magazyn z zagrabionymi rzeczami. Niszczono dokumenty. Ale wiele z nich ocalało, w tym zbiór około 40 tysięcy fotografii więźniarskich wykonanych podczas rejestracji w obozie.
Kto ostatecznie w obozie w ostatnich dniach stycznia został?
– Wyłącznie ci więźniowie, którzy nie nadawali się do ewakuacji. Było ich niespełna 9 tysięcy oraz lekarze i sanitariusze, którzy zdecydowali się zostać przy chorych.
I to oni zostali wyzwoleni?
– Nie wszyscy. Panował chaos. Niemcy dostawali sprzeczne rozkazy. Rozstrzelali grupę około 700 Żydów. Istniały pogłoski o tym, iż esesmani szykowali się do wymordowania pozostałych przy życiu osób. Ale po 18 stycznia na terenie obozów Auschwitz jeden, dwa i trzy funkcjonowały już tylko lotne patrole SS. Więźniowie sami zaopatrywali się w jedzenie. Także w wodę, topiąc śnieg. Część z nich była tak osłabiona, że nie potrafili wyjść z baraków. Zostało kilkaset dzieci.
27 stycznia żołnierze sowieccy wchodzą…
– Samo istnienie obozu było dla nich zaskoczeniem. Oni mieli zajmować kolejne miejscowości – Oświęcim, Brzezinkę. Mieli uchwycić przyczółki na Wiśle i ruszyć na Górny Śląsk. Tymczasem wyrosły przed nimi jakieś baraki, znajdowali rozrzucone ludzkie zwłoki i wyczerpanych, chorych więźniów. Ludzi, którzy czepiali się ich rąk i dziękowali. Sowieci tutaj reagowali jak ludzie. Żołnierze frontowi dzielili się jedzeniem. Rozdawali papierosy i szli dalej. Pomoc przyszła trochę później, ale przyszła. Rosjanie założyli dwa lazarety na terenie dawnego obozu Auschwitz I. Na początku lutego powstał szpital Polskiego Czerwonego Krzyża utworzony przez polskich lekarzy i personel, ochotników, którzy przybyli z Krakowa. W tych szpitalach umieszczono ludzi z Birkenau i Auschwitz, tych, którzy przetrwali. To naprawdę było wyzwolenie. Więźniowie latami to podkreślali. Mamy takie opowieści. Pani Zdzisława Włodarczyk mówiła, że nigdy wcześniej ani później zupa pomidorowa nie smakowała jej tak, jak ta pierwsza z sowieckiego kotła. Zbyt ciężkie i obfite jedzenie kończyło się czasem dla wygłodzonych więźniów śmiercią. Zresztą, wielu byłych już więźniów umierało, bo byli w bardzo złym stanie. Na terenie obozu leżało wiele trupów. 28 lutego 1945 roku urządzono uroczysty pogrzeb ofiar.
Niemal dokładnie miesiąc po wyzwoleniu…
– Warunki zimowe pozwalały na przechowywanie zwłok w warunkach polowych, potem umieszczenie ich w trumnach. Początkowo ten pogrzeb miał się odbyć dwa tygodnie wcześniej. Czekano na przybycie przedstawiciela sowieckich władz.
Chciałbym zapytać o liczbę ofiar Auschwitz-Birkenau. Kiedy chodziłem do szkoły, mówiono nam, że było ich więcej niż trzy miliony. Dziś pada liczba milion sto tysięcy. Wystarczająco potworna, by nie trzeba jej zawyżać.
– Na terenie obozu działała sowiecka komisja, która badała i dokumentowała zbrodnie, które miały w Auschwitz miejsce. Stąd mamy filmy, zdjęcia, opisy badań lekarskich więźniów przebywających w szpitalach. Szczególnie tych, których poddawano medycznym eksperymentom. Prowadzono wywiady ze świadkami. Na podstawie relacji świadków i szacowania przepustowości krematoriów sowiecka komisja wówczas oszacowała liczbę ofiar na cztery miliony. Ta zawyżona liczba była częściowo efektem przerażenia tym, co tu zobaczyli. Ale była „święta” i nie do podważenia aż do 1989 roku.
Badania prowadzili także Polacy?
– Od maja 1945 roku zaczęła działać Główna Komisja Badania Zbrodni Niemieckich. Bardzo ważną postacią wśród jej członków był sędzia Jan Sehn. Udało mu się tu z komisją przyjechać jeden raz i przeprowadzić inspekcję. Dostęp do obozu stawał się coraz trudniejszy. Najpierw – już od maja – funkcjonowały tu obozy dla jeńców niemieckich, a potem dla tzw. Volksdeutschów. To byli często po prostu Ślązacy zabierani do robót przymusowych. Trafiali do obozu w Oświęcimiu prowadzonego przez Sowietów.
Pomysł upiorny, żeby na terenie byłej „fabryki śmierci” powtórnie organizować obóz.
– Ale dość powszechny. Obóz Jaworzono, gdzie także Ślązaków przetrzymywano, również był filią KL Auschwitz.
Na czym polegała szczególna rola sędziego Sehna?
– To był człowiek, który wydobył bardzo wiele zeznań od pierwszego komendanta obozu, Rudolfa Hössa. Był przedwojennym sędzią. Potrafił rozmawiać ze zbrodniarzami, zapewniając im bardzo ludzkie, humanitarne warunki. Zarówno przetrzymywania, jak i przesłuchań. Ci zbrodniarze wojenni, którymi się zajmował, mieli osobne cele, a w nich biurka i materiały do pisania. Sehn wykorzystywał swą znakomitą znajomość niemieckiego. Prowadził z nimi długie rozmowy, a jednocześnie namawiał do pisania. Swoje obszerne wspomnienia spisał także Rudolf Höss. Liczby deportowanych do obozu, jakie podał, niewiele się różnią od tych, oficjalnych, jakie dzisiaj znamy, czyli około 1,5 miliona osób. Znał dokładne liczby Żydów deportowanych z Węgier czy z Europy Zachodniej. Podkreślam rolę sędziego Jana Sehna, bo jest ciągle postacią niedocenioną, zbyt mało znaną. Był w czasach komunizmu w pełni niezależnym sędzią. W latach 60. był współautorem wizji lokalnej z udziałem sędziów sądu frankfurckiego (procesy nazistów we Frankfurcie nad Menem rozpoczęły się 20 grudnia 1963 roku, trwały do 1968 – red.) w byłym obozie Auschwitz. Taka wizja lokalna się odbyła mimo braku stosunków dyplomatycznych między PRL a NRF. Jan Sehn, który w czasie frankfurckich procesów był ekspertem, zmarł w tamtejszym hotelu 12 grudnia 1965 roku.
Kiedy 20 lat temu odbywały się rocznicowe obchody 60-lecia wyzwolenia obozu Auschwitz-Birkenau, brało w nich udział około 1500 więźniów. Ilu spodziewacie się ich państwo w tym roku?
– Kiedy to miejsce pamięci było udostępniane dla zwiedzających w roku 1947, to 14 czerwca obył się Marsz Pamięci z Auschwitz do Birkenau. Brali w nim udział głównie byli więźniowie i ich rodziny. Ocenia się, że mogło ich być około 30 tysięcy. W 2005 istotnie było ich na uroczystości ponad 1500 osób. To była wielka mobilizacja ocalałych z różnych krajów, w znacznej części z Polski. Teraz mamy nadzieję na obecność około 50 – może trochę więcej – byłych więźniów, kobiet i mężczyzn. Przede wszystkim będą to byli więźniowie – dzieci. Deportowano je z Warszawy po powstaniu. Niepełnoletni zostali przywiezieni z getta w Łodzi (był wśród nich m.in. Marian Turski), grupa ocalałych z transportów Żydów z Węgier z 1944 r. To są dziś bardzo wiekowi ludzie, liczący już najczęściej więcej niż 90 lat. Najprawdopodobniej przyjadą także byli więźniowie ze Stanów Zjednoczonych oraz z Ukrainy. Będzie też kilka osób, które urodziły się w Auschwitz jako dzieci więźniów. Nowo narodzone nieżydowskie dzieci nie były zabijane od połowy 1943 r. W ostatniej fazie istnienia obozu nie mordowano też nowo narodzonych dzieci żydowskich, choć i tak w warunkach obozowych najczęściej umierały. Niewielka grupa urodzonych w listopadzie i grudniu 1944 roku cudem ocalała.
Mam świadomość, że pytanie to brzmi patetycznie, ale kim dzisiaj, po tylu latach, są dla muzeum więźniowie?
– Są naszymi wiernymi przyjaciółmi. Osobami, które nas wspierają. Nie zawsze chwaląc. Mówią, czego powinniśmy unikać i z czym się nie zgadzają.
Z czym na przykład?
– Polscy więźniowie polityczni mają chusty, które zakładają na szyję w czasie uroczystości. Na tych chustach jest zwykle ich numer więźniarski, czerwony trójkąt i literka „P”. Bardzo się denerwują, kiedy grupy młodzieży zakładają takie lub podobne chusty. I ja się z tym w pełni zgadzam: to jest ich symbol. Czasem mówią: Tu jest za dużo trawy, jest zbyt zielono. Tak nie było. Walczą o pamięć. Są usatysfakcjonowani nowymi projektami, pomysłami edukacyjnymi czy osiągnięciami w zakresie konserwacji i zachowania miejsca. Największą nagrodą jest, kiedy przyjeżdżają do tego miejsca (większość biur znajduje się na terenie obozu) i mówią: Dziękuję, że tu jesteście. Czuję się tu z wami jak w domu. To jest dla nas największą pochwałą. Bo to znaczy, że dzielą się z nami najbardziej intymnym doświadczeniem i znajdują zrozumienie.
Czego oni nas dzisiaj uczą?
– Ci, których spotykałem lub spotykam, uczą między innymi celebrowania czasu, miejsca, warunków itd. Kiedyś zaprosiliśmy byłą więźniarkę, deportowaną jako dziecko z Warszawy, na spotkanie z młodzieżą. Po spotkaniu zaprosiłem ją na obiad. Na koniec wstałem, wychodzimy. Chcę jej podać rękę. A pani – ma 90 lat – wraca do stołu, żeby dostawić krzesło na swoje miejsce. Jakby to była część nabożeństwa. Zawstydziło mnie to, bo ja o swoim krześle w ogóle nie pomyślałem. Przecież kelner przyjdzie i to krzesło dosunie. Kiedy ich odwiedzamy, np. z okazji urodzin, bardzo zwracają uwagę na różne detale. Na nakrycie stołu, na to, jakie naczynia się na nim znajdują. Oni doświadczyli, że tych niby drobiazgów może nie być. Mogą być zagrożone. Przeżywają życie bardzo pieczołowicie. Wiedzą, że ono może być i jest czymś wielkim. Nie tylko mówią o przeszłości. My na to czekamy. Ale jednocześni mają wyjątkową umiejętność słuchania i cieszenia się sukcesami i przeżyciami innych. Czasem coś im opowiadam, a potem zapominam, o czym mówiłem. A oni pamiętają. Pytają po pół roku jak mi poszło, jak mi się to udało załatwić. Naprawdę cieszą się życiem. Swoim i innych. Nawet mając po 90 lat, zapisują się na zajęcia uniwersytetów III wieku. Bo to jest ciekawe. Zachowują humor i dobry nastrój, lecz wiem, że kiedy przekraczają raz jeszcze bramę obozu, po 80 już latach, znów konfrontują się ze swoją pamięcią i swoim doświadczeniem. Na nowo są małą Zdzisią, Bogdanem, Elą, Stasiem i jeszcze raz są tam znowu, są w Auschwitz. My możemy jedynie być obok nich i choć troszkę pomóc nieść ten ciężar.
Kiedy zacząłem naukę w liceum, był rok 1978, w październiku pojechaliśmy do Muzeum Auschwitz-Birkenau. Jak wszystkie klasy w szkole przed nami i po nas. Dziś to się pewnie tak prosto nie dzieje, ale rozumiem, że młodzież nadal przyjeżdża.
– Prowadzimy taki program „Abym zdążył jeszcze o tym powiedzieć”, w którym młodzież z Opola też bierze udział, co mnie bardzo cieszy. To jest program spotkań z więźniami. Mam nadzieję, że będziemy go kontynuować. Zbieramy wtedy duże grupy, liczące po około 200 osób, a jedna osoba spośród ocalałych opowiada swoją historię. Zadawane są pytania. To są spotkania tym bardziej ciekawe, że prowadzą je osoby – myślę o ocalałych – którzy w obozie byli w wieku ich odbiorców. Mieli po 12-14 lat. To bardzo przybliża perspektywę. Mimo 80 lat, które upłynęły od momentu, kiedy machina zagłady tutaj ustała.
Pamiętam wypowiedź Mariana Turskiego na rocznicy wyzwolenia pięć lat temu. Mówił, że Auschwitz nie spadło z nieba. Przestrzegał, że nie wolno być obojętnym. Także kiedy jakakolwiek władza narusza istniejące umowy społeczne. Grozi nam – w dzisiejszym, targanym wojnami świecie – nowe Auschwitz?
– Nie tylko grozi. Jest bardzo blisko. Auschwitz symbolizuje zagrożenia, które ciągle istnieją. Nowe wojny są tego wyrazem. Ten obóz był dla jego współczesnych czymś niewyobrażalnym. Bo czymś niewyobrażalnym jest zabijanie innych ludzi na skalę przemysłową. W myśl utopijnej teorii ras. To nam przypomina, że powinniśmy być czujni – mówił o tym pan Turski – kiedy prawa jakiejkolwiek mniejszości, prawa słabszych są łamane. A ponieważ znaczna część aktywności – dla niemałej grupy ludzi większość – przeniosła się do sieci, to powinniśmy zwracać uwagę nie tylko na wojny i zagrożenia, jakie znamy z rzeczywistości realnej, ale także na te wypływające z masowej ucieczki do świata wirtualnego. On jest szansą, ale też jest potężnym zagrożeniem. Zagrożeniem agresją, niechęcią, przemocą, zamknięciem na innych. W świecie wirtualnym też można zadawać cierpienie. Czasem większe niż w realnej rzeczywistości. Z tej perspektywy obawiam się, że nowe Auschwitz jest blisko. Chwilami już nie tylko delikatnie tupie. Ono dudni.
Biologia jest nieubłagana. Żywych świadków funkcjonowania obozu jest już bardzo niewielu. Coraz więcej osób z konieczności patrzy na to miejsce z perspektywy kultury masowej „Chłopca w pasiastej piżamie” czy „Tatuażysty z Auschwitz”…
– Zachęcam do sięgania po literaturę zgodną z prawdą historyczną. Do czytania wspomnień byłych więźniów. Zwłaszcza tych z pierwszych lat powojennych. Manipulowanie pamięcią o ofiarach może być groźne, niebezpieczne. Nie wystarczy przyciągnąć czytelnika czy widza słowem Auschwitz w tytule. A zbitka „Tatuażysta z Auschwitz” będzie przyciągać dwukrotnie bardziej. Często te książki i filmy opatruje się informacją, że były inspirowane wydarzeniami z Auschwitz, lub wręcz, że przedstawiają prawdziwe historie. A autorzy książki lub filmu przekonują, że dokładnie przestudiowali archiwa związane z historią obozu. Warto sprawdzać, czy to prawda, bo zrobienie rzetelnej kwerendy do książki historycznej jest czasochłonne. Nie da się zrozumieć historii Auschwitz „na skróty”. Wreszcie, dobrze jest wiedzieć, ile ta osoba pisze. Jeśli wydaje rocznie 5-6 pozycji – trochę dużo. „Chłopiec w pasiastej piżamie” zrobił oszałamiającą karierę, ale zdewastował wiedzę o Auschwitz.
Co to znaczy zdewastował?
– Zarówno książka, jak i film źle ogniskują uwagę odbiorcy – na śmierci w komorze gazowej dziecka komendanta (a taka sytuacja nigdy nie miała miejsca), na cierpieniu jego rodziców – a więc sprawców; jednocześnie prawdziwa ofiara – żydowskie dziecko, których setki tysięcy rzeczywiście zginęły w komorach gazowych – pełni tu rolę tła, postaci drugoplanowej. Cierpienie żydowskich rodzin w ogóle nie znajduje żadnego odzwierciedlenia w filmie, jest zignorowane. Poza tym wielu ludzi wierzy, że obraz ten prezentuje prawdziwą historię. Przewodnicy mówiący o willi Hössa spotykają się z pytaniami ze strony odwiedzających o tę opowieść. W Auschwitz wiele rzeczy nie kończyło się dobrze. Nie znam osoby, w życiu której skutki zła, jakie tu przeżyła, nie byłyby do dzisiaj widoczne. Tymczasem dzieła kultury masowej zazwyczaj zakładają happy end. W tych dziełach znajdujemy sporo przekręceń. Dotyczy to także polskiego filmu „Mistrz” o bokserze Tadeuszu Pietrzykowskim. Bokser spotyka w obozie kobiety, których tam w czasie jego bytności, w pierwszych latach, zwyczajnie nie było.
Fałszywe wyobrażenia wbijają się nam w pamięć?
– Fałszem jest swobodne poruszanie się więźniów między blokami a komorą gazową, a także przechodzenie Żydów skierowanych bezpośrednio po przybyciu na śmierć przez obóz, pomiędzy blokami więźniarskimi. W tym filmie komora gazowa zdaje się być umieszczona w centrum obozu, pomiędzy budynkami, w których zakwaterowano więźniów. W rzeczywistości, choć oczywiście zagłada była tajemnicą poliszynela, te dwie przestrzenie były nie tylko symbolicznie, ale także fizycznie od siebie oddzielone. Często w książkach i filmach o Auschwitz, które naciągają historię, pokazuje się bliskie, wręcz zażyłe kontakty między więźniami a załogą esesmanów. Film „Bokser” np. ociepla wizerunek Rapportführera (osoba znająca nieco historię domyśli się, że chodzi o Palitzscha) – pokazuje go jako człowieka wahającego się, mającego jakieś moralne rozterki. Tymczasem to jeden z największych zbrodniarzy i katów obozu, który nie tylko osobiście rozstrzeliwał skazanych na śmierć na dziedzińcu bloku 11, ale też własnoręcznie katował więźniów obozu za najdrobniejsze uchybienia.
Filmowy tatuażysta swobodnie przemieszcza się między obozami…
– A przecież nawet esesmani musieli mieć przepustkę, by z Auschwitz do Birkenau pojechać. W wielu książkach naciągających prawdę o obozie pojawiają się wątki miłosne. Jeśli miały miejsce, to dotyczyły przede wszystkim tak zwanych prominentów, więźniów funkcyjnych. Tych, co mieli dach nad głową, czyste ubranie, w miarę dobre jedzenie. Zdecydowana większość więźniów miała problem, by przeżyć kolejne minuty, czasem sekundy życia w obozie. Pragnęła znaleźć cokolwiek do jedzenia. Uchronić się przed kijem czy batem kapo albo psem esesmańskim. Nadużywanym wątkiem sensacyjnym jest też kanibalizm. On się zdarzał, ale to były bardzo rzadkie przypadki. Według tej sensacyjnej literatury były one na porządku dziennym.
Czytaj też: Tragedia Górnośląska i Auschwitz – dwie tragedie, dwie pamięci
***
Odważne komentarze, unikalna publicystyka, pasjonujące reportaże i rozmowy – czytaj w najnowszym numerze tygodnika „O!Polska”. Do kupienia w punktach sprzedaży prasy w regionie oraz w formie e-wydania




