Po pierwszej debacie kandydatów do Białego Domu w opinii Amerykanów zyskał Donald Trump. Joe Biden mógł usłyszeć zarzuty, że chrypiał z powodu przeziębienia i nie kończył niektórych rozpoczętych zdań. Jego rywal w powszechnej opinii wypadł lepiej. Bo – jak zauważył jeden z portali – wprawdzie dużo kłamał, ale za to mówił dziarsko.
To zestawienie można chyba uznać za metaforę takiej cywilizacji, w której ważniejsze od tego, co się robi i mówi, coraz częściej bywa to, jak się wypadło w telewizji i w sieci.
Tym mocniej trzeba przypomnieć słowa Bidena wypowiedziane już po debacie: „Nie jestem młodym człowiekiem. Nie chodzę tak szybko jak kiedyś i nie debatuję już tak dobrze jak kiedyś. Ale wiem, jak mówić prawdę i wiem, jak odróżnić dobro od zła. Wiem, jak prowadzić największą gospodarkę świata i jak zmobilizować świat, by postawić się Putinowi i bronić wolności”.
Jeszcze bardziej przejmująco zabrzmiały słowa Bidena po wyroku amerykańskiego Sądu Najwyższego, który – w kontekście pamiętnego marszu zwolenników Trumpa na Kapitol 6 stycznia 2021 roku – zapewnił Trumpowi immunitet. To nic, że pięć osób zginęło, ponad sto zostało rannych.
„Ten kraj został zbudowany na zasadzie, że w Ameryce nie ma królów. Że każdy jest równy wobec prawa” – przypomniał Joe Biden. Losy amerykańskiej demokracji złożył w ręce Boga i swoich rodaków, którzy oddając głosy, będą mogli zrobić to, czego nie zrobił sąd, czyli ocenić zachowanie Donalda Trumpa.
Czy Joe Biden zostanie w listopadzie posłuchany? Nie mam pewności. Boję się, że nie zabraknie takich, dla których ważniejsze okaże się, że mówi niezbyt wyraźnie.
Czytaj także: Kiedy dogonimy Niemcy? Jest jeden warunek
***
Odważne komentarze, unikalna publicystyka, pasjonujące reportaże i rozmowy – czytaj w najnowszym numerze tygodnika „O!Polska”. Do kupienia w punktach sprzedaży prasy w regionie oraz w formie e-wydania.




