środa, 22 kwietnia, 2026
  • Redakcja
  • Newsletter
  • Kontakt
  • Gazetki promocyjne
  • Regulamin
  • Ochrona danych
Opolska360
  • Najważniejsze
  • Opole
  • Region
  • Sport
  • Tylko u nas
  • Biznes
  • Nauka
  • Dobra Energia
  • Razem dla Środowiska
Brak wyników
Pokaż wszystkie wyniki
Opolska360
  • Najważniejsze
  • Opole
  • Region
  • Sport
  • Tylko u nas
  • Biznes
  • Nauka
  • Dobra Energia
  • Razem dla Środowiska
Brak wyników
Pokaż wszystkie wyniki
Opolska360
Brak wyników
Pokaż wszystkie wyniki
REKLAMA
Home Najważniejsze

Ukraińskie dzieci stale bawią się w wojnę. I zawsze zabijają Putina

Martyna Kroczek studiowała literaturę i język francuski na Sorbonie. Później pracowała w ambasadzie francuskiej w Warszawie. Wiadomość o wojnie w Ukrainie zastała ją w Głuchołazach, gdy tylko na chwilę postanowiła wrócić do rodziny. Bez wahania pozostawiła swoje życie - karierę, plany, marzenia. Zajęła się pracą w ośrodku, który na Opolszczyźnie przyjął największą liczbę uchodźców. Opowiada o tym Patrycji Prochot-Sojce.

Redakcja Redakcja
2023-10-15
w Najważniejsze, Tylko u nas
Ukraińskie dzieci stale bawią się w wojnę. I zawsze zabijają Putina
REKLAMA

Patrycji Prochot-Sojka: Pamiętasz ten moment, kiedy pierwsze transporty uchodźców pojawiły się w ośrodku Banderoza w Głuchołazach?

Martyna Kroczek: To był kompletny chaos. Ludzie prosto z granicy przyjeżdżali do nas autobusami. W większości były to starsze osoby, inwalidzi, kobiety z dziećmi. Temu wszystkiemu towarzyszył straszny stres, dezorientacja i płacz. No i oczywiście tych ludzi trzeba było jak najszybciej zweryfikować. Ale wiadomo, budzi się sumienie, no, bo jak? Przecież najpierw trzeba im pomóc. Z tych wszystkich pierwszych obrazów zapamiętałam kobietę z trójką dzieci. Na rękach trzymała trzymiesięczną córkę. Ta dziewczynka jest u nas do tej pory. Ma już półtora roku. Wychowuje się i dorasta na naszych oczach.

– Później było już nieco lepiej?

– Z czasem uczyliśmy się wszystkiego. I szczerze, dopiero teraz jesteśmy w stanie nazwać te wszystkie emocje. Wtedy nie było czasu na rozczulanie się, na myślenie o sobie. Trzeba było się zmobilizować i działać.

– Przyjmowanie uchodźców wymaga dużej sprawności logistycznej.

– W Banderozie mamy pokoje cztero- i sześcioosobowe, a także dwu i trzyosobowe. Jeśli ktoś przyjeżdżał indywidualnie, to dołączał do innych. Opole cały czas powtarzało nam: „Trwa wojna i to jest chwilowe. Każde miejsce jest potrzebne i żadne nie może się zmarnować”. Na początku przyjęliśmy 500 osób, później stała liczba to 250-300 uchodźców. Rozlokowując ludzi w ośrodku trzeba było pamiętać o wszystkim. Chociażby o tym, żeby rodziny zamieszkały wspólnie, żeby kobieta mająca trudności z chodzeniem nie była daleko od kuchni, ktoś z kotem nie mógł mieszkać obok kogoś z psem. To są, wydawać by się mogło, małe rzeczy, ale one z czasem urastają do problemu.

– Nie jest więc trudno w takiej grupie o konflikty.

– Było ich dużo. Często małe i błahe, ale mocno wyolbrzymione stawały się niemożliwe do rozwiązania. Była u nas pewna pani, uznana na Ukrainie pianistka. Bardzo miła osoba. Trafiła do pokoju z wydawać by się mogło bezkonfliktowymi osobami. Okazało się jednak, że one nie akceptowały jej kota i specjalnie go wypuszczały. Ten kot, oprócz nut i wierszy, był najcenniejszym, co ona ze sobą z Ukrainy przywiozła. Zaczęliśmy załatwiać dla niej miejsce w pokoju jednoosobowym. Wymagało to jednak czasu. Niestety, ta pani nie wytrzymała, a raczej jej serce nie wytrzymało złośliwości współmieszkanek. Trafiła do szpitala a stamtąd do innego ośrodka, w którym przydzielono jej jednoosobowy pokój.

– Jak na pojawienie się uchodźców zareagowali mieszkańcy Głuchołaz?

– Ludzie pomagali, jeśli chodzi o organizację transportu, leczenie, tłumaczenie. Oczywiście, przynoszono też ogromną ilość ubrań, zabawek, jedzenia. Nie mieliśmy już nawet miejsc, gdzie można by to wszystko magazynować. Uchodźcy przyjechali tu z takim syndromem zbieractwa. I cokolwiek dostawali, to uważali, że jest im to potrzebne i może jeśli nie teraz, to na pewno później się przyda. I tak na przykład kobiety w wieku osiemdziesięciu czy dziewięćdziesięciu lat zbierały tampony albo niemowlęce ubranka. Kobieta w sile wieku zabrała szpitalną kaczkę. Gdziekolwiek pojawiała się tak zwana „humanitarka”, czyli otrzymywanie czegoś za darmo, to oni to wszystko brali, mimo tego, że nie potrzebowali. I przenoszą więc te rzeczy z miejsca na miejsce, z ośrodka do ośrodka. Myślę, że to tak, jak w przypadku mojej babci. Ona jest dzieckiem wojny i zawsze ma przygotowaną walizkę ,jakby trzeba byłoby uciekać. Wszystko może się przydać.

– Różnica kultur między Polakami i Ukraińcami miała duży wpływ na wzajemne relacje?

– Oczywiście, różnica kultur jest dosyć znaczna. Pewne rzeczy były dla nas zaskoczeniem. Na przykład każdorazowe wzywanie karetki pogotowia do dzieci, które miały 38 stopni gorączki. Oczywiście, służba zdrowia stawała na wysokości zadania i przyjeżdżała. I podobnie bez większej potrzeby Ukraińcy wzywali policję. Ktoś kogo obraził, ktoś się pokłócił, ktoś niby został pobity. Wszystkie sytuacje były mocno wyolbrzymiane. Ukraińcy nie byli świadomi tego, że dzwoniąc w Polsce na policję i zgłaszając jakąś sprawę uruchamiają procedurę, że jest wszczynane postępowanie. Konsekwencją jest powiadomienie MOPS-u, który może założyć niebieską kartę. Na przykład ojciec zabrał córce telefon, ponieważ nie chciała chodzić do szkoły. Dziewczyna w złości poszła na policję i oskarżyła go o karalne rzeczy. Ja już chyba 20 razy byłam przesłuchiwana w sprawach mocno wyolbrzymionych i przesadzonych. W większości podawano mnie jako świadka, bo ja pomogę, bo ja niby wszystko widziałam…

Jeśli chodzi o inne różnice społeczne, to wydaje mi się, że dzieci ukraińskie są bardziej samodzielne. Może dlatego, że więcej czasu spędzają bez opieki rodziców. Bardzo długo był problem z tym, że chodzą same po mieście o 22.00 czy 23.00. Nieraz otrzymywaliśmy telefony od straży miejskiej czy od policji, że ukraińskie dzieci biegają bez opieki, i że trzeba zwrócić uwagę matkom. To niedopilnowanie było też powodem tego, że chyba z nudów dzieci robiły wiele głupich rzeczy. Chociażby niszczyły w ośrodku płoty, rowery, przebijały piłki. I kiedy inne ukraińskie matki zgłaszały problem, to były po prostu wyśmiewane.

– Być może tak duża grupa uchodźców potrzebowała osoby, która by jakoś te sprawy regulowała. Kogoś ze swojego środowiska, kto zna pewne przyzwyczajenia i zachowania.

– Oczywiście, że tak. Potrzebowali takiego mera, ale głównie w błahych sprawach, kiedy na przykład należało powiedzieć matce żeby zabrała dziecko o 22.30 do pokoju, bo następnego dnia jest szkoła i trzeba rano wstać. Wiele razy powtarzałam – „regulujcie to między sobą, wyznaczcie osoby, które będą pilnowały porządku”. Przez pewien czas próbowali, ale niestety, to się nie sprawdziło. Było już za dużo napięć i konfliktów. Wiele osób również z tego względu postanawiało się usamodzielnić i wynająć mieszkanie w mieście.

– W tak dużych grupach uchodźców bardzo prawdopodobne jest to, że ktoś w przeszłości miał problemy z prawem i jest na przykład poszukiwany.

– Tak naprawdę nie wiemy, kogo przyjmujemy. Przyjeżdżali zwykli ludzie, ale i też zdarzali się poszukiwani, ścigani, chociażby na przykład przez włoskie państwo. Owszem, mieliśmy takie informacje o osobach przebywających u nas. Często też dowiadywaliśmy się o nich przypadkowo. Kiedy powtarzasz jakieś imię i nazwisko, rozmawiając w sprawie tej osoby przez telefon, to nagle pojawia się film, artykuł o niej. Uchodźcy też dużo o sobie wiedzieli i chętnie dzielili się z nami tymi informacjami.

– Jak wyglądała weryfikacja uchodźców?

– Bardzo dużo osób przyjeżdżało bez żadnych dokumentów, twierdząc, że zostały zniszczone prze rosyjskich żołnierzy. W takich sytuacjach wyrabiane są nowe dokumenty na słowo. Nadawane uchodźcom Pesele są formą weryfikacji.

– A kiedy uchodźcy wyjeżdżają do innych ośrodków albo wynajmują samodzielnie mieszkania, to czy jesteście zobowiązani do zgłaszania tego typu spraw?

– Prowadzimy spis uchodźców, którzy u nas przebywali. Oczywiście, pojawiały się z ich strony pytania, w jakim celu to robimy. Na przykład nastolatka została zatrzymana za picie alkoholu albo złapano kobietę, która kradła. Chociaż one już u nas nie przebywają, to musimy przekazać pewne informację, aby ułatwiać śledztwo. Ostatnio odebrałam telefon od gdańskiej policji. Szukają śladów kobiety, która przez pewien czas u nas mieszkała. My regularnie raz w tygodniu prowadziliśmy swoją własną weryfikację, czyli sprawdzaliśmy, czy osoby są nadal w ośrodku. Nie możemy przecież pobierać pieniędzy dla osób, których nie ma. To przecież są pieniądze ze skarbu państwa.

Rozliczamy się więc z każdej osoby, z każdego dnia. Zdarzały się u nas przypadki, że rodziny wyjeżdżały na wakacje nawet do Dubaju, Egiptu czy na Hawaje. Zazwyczaj dowiadywaliśmy się o tym od nich bezpośrednio. Wojewoda powiedział, że ci ludzie są uchodźcami wojennymi a nie turystami, więc osoby powracające z wakacji nie mogą być objęte programem pomocy. Oczywiście, mogą wrócić do ośrodka, ale już same muszą płacić za swój pobyt.

– A co z integracją uchodźców ze środowiskiem zewnętrznym?

– Szef Banderozy Jacek Laskowski regularnie organizował co dwa tygodnie wyjazdy, a to na zwiedzanie Czech, Wrocławia, Opola czy Mosznej. Wszystko opłacał z własnej kieszeni. Mówiliśmy: „Słuchajcie, trwa wojna, ale przestańcie o tym chociaż na chwilę myśleć. Skorzystajcie z tego, co wam proponujemy”. Oczywiście, dla uchodźców powszechnie dostępna była też nauka języka polskiego. Zajęcia odbywały się w miejscowych szkołach, jak i również u nas w ośrodku. Są jednak osoby, które do dzisiaj nie nauczyły się podstawowych słów, nawet po to tylko, żeby się z nami w zwyczajnych, codziennych sprawach komunikować.

– Wiele osób przebywających w ośrodku nie podejmuje pracy. Czym taka bierność jest spowodowana?

– Myślę, że można podzielić ich na dwie grupy. Ci, co wegetują i korzystają z socjalnych świadczeń, i druga grupa ludzi, która czeka, ponieważ łudzi się, że skończy się wojna i zaraz wrócą do swojego kraju. I tak mija im każdy tydzień i każdy miesiąc. Oni są psychicznie nastawieni, że wrócą, więc nie ma sensu czegoś nowego zaczynać. Oczywiście, pojawiały się wśród Polaków pretensje, że zabieramy ich na wycieczki, że niepotrzebnie dajemy, bo przecież są bardziej potrzebujący. Wyobraźmy sobie jednak, że kiedy ci ludzie byli zamknięci w ośrodku 24 godziny na dobę, to oni cały czas pozostawali w niepewności – co teraz się stanie, czy trzeba będzie wynieść się z ośrodka?

My po prostu chcieliśmy dać im trochę normalności. W końcu jakaś część tych ludzi uświadomiła sobie, że można czekać na powrót do kraju pracując i integrując się z Polakami. Sami więc zaczęli chodzić na koncerty do muszli leśnej, zwiedzali okolice z przewodnikiem. Korzystali z wszystkich atrakcji proponowanych przez miasto. Uczestnicząc w tego typu wydarzeniach poznawali mieszkańców Głuchołaz, którzy później ich chętnie odwiedzali.

– Praca daje poczucie niezależności i oznacza również stabilizację. Uchodźcy pewnie potrzebują takiej ułudy rzeczywistości, w czasie dla siebie tak niepewnym.

– W którymś momencie zaczęliśmy ich mocno motywować. Mówiliśmy: „Słuchajcie, to już za długo trwa i prędko się nie skończy. Nie znamy dat, potraciliście mieszkania, domy. Tutaj moglibyście zapracować na odbudowę tego wszystkiego”. I faktycznie wiele osób podjęło pracę w Głuchołazach, albo w innych większych miastach.

– Obrazy wojenne pewnie zostaną w pamięci na zawsze. Jak radzą sobie uchodźcy ze swoimi traumami?

– Od samego początku sugerowaliśmy pomoc i wsparcie ze strony psychologów. Niestety, Ukraińcy są na etapie: „A co inni powiedzą?” Nie biorą pod uwagę czegoś takiego jak choroby psychiczne. To tak, jak u nas 30 lat temu. Ktoś powiedział, że ma depresję, to najczęściej słyszał, że jest wariatem, ma się ogarnąć, robić swoje i iść naprzód. Dla Ukraińców to jest jakiś wymysł, coś, czego nie ma. My oswajaliśmy ich z tym, że psychologia to nie czarna magia, szeptuchy, ale słowa, które w danej sytuacji potrzebują usłyszeć. Coś jednak od kilku ostatnich miesięcy zaczęło się zmieniać. Uparcie przez cały czas mówiliśmy, że organizujemy spotkania z psychologami, że chcemy pomóc.

Poza tym i tak nie mają nic innego do roboty, więc warto poświęcić godzinę na spotkanie z psychologiem. Wtedy ruszyło. Oczywiście, najczęściej podejmowano tematy, w jaki sposób pomóc sobie z traumami, jak o wojnie rozmawiać z dziećmi. Czy bagatelizować, czy może podejmować temat śmierci. Niektóre dzieci zaczęły się okaleczać. Nacinały sobie ręce, nogi. Kiedy pytałam takie matki, czy one to widzą, to usłyszałam od nich, że dziecko chce tylko zwrócić na siebie uwagę. W takich choćby chwilach zaczynamy tłumaczyć, że pomoc jest potrzebna, i że psychologia to nie żadne czary mary.

– Traumy wychodzą z ludzi nawet po latach. W jaki sposób dzieci radziły sobie z doświadczeniami wojennymi?

– Każda straszna historia, jaką usłyszałam od uchodźców, była zawsze dokumentowana zdjęciami. Tyle, ile ja widziałam zwłok ludzkich, poniszczonych, spalonych domów… Chyba nie zdołałabym tego nawet zliczyć. To pozostanie w pamięci. I jeśli pytasz o dzieci, to one pokazują sobie te zdjęcia ze swoich telefonów bez żadnych emocji. Najczęściej podczas zabawy. Mówią, ot, tak po prostu – „o, zobacz, to moja babcia”. A tam rozszarpane ciało oddzielone od głowy. Dzieci z pozoru oswoiły się z wojną. Bardzo dużo widziały, kiedy rosyjskie wojska pojawiły się na ich terenie i kiedy musiały przed nimi uciekać. Zdjęcia pomordowanych nie robią na nich żadnego wrażenia. Po prostu oswoiły się z tym.

A wiesz, że u nas w Banderozie ukraińskie dzieci bawią się w wojnę? Są żołnierze rosyjscy i ukraińscy i jest też Putin, którego trzeba zabić. To są zabawy regularne. I pojawia się pytanie, dlaczego tak spędzają czas? Po prostu, to w nich siedzi, bo widziały za wiele. Wojska, martwych na ulicach, czuły strach uciekając polami z matkami w eskorcie lub bez niej. Myślę, że te dzieci za dziesięć lat odczują bardzo mocno to, czego doświadczyły. Dlatego tak bardzo potrzebna jest teraz pomoc psychologów.

– Ukraińcy nie tracą wiary w wygraną wojnę z Rosją?

– Wiesz, bywały i takie sytuacje. Po przyjeździe do ośrodka ludzie płakali, że stracili wszystko, że Rosja zaatakowała, że Putin zły, morderca i potwór. A po trzech tygodniach podczas rozmowy niektórzy z nich mówili: „A może tak miało być, może Putin nas wyzwoli?”. Ci ludzie w którymś momencie zaczęli wątpić. Na początku mieli obraz Zełenskiego jako osoby idealnej, która wypędzi Rosjan, uwolni Ukrainę od korupcji, wprowadzi nowy rząd, po prostu uratuje kraj. Potem mówili, że cała ta wojna za długo trwa. Oczywiście, później zmieniali zdanie. Te poglądy były chwilowe, bo Putin obiecywał paszporty, przywileje. Teraz w większości machają ręką i nie chcą o tym rozmawiać. To wszystko jest na zasadzie takiej – siedzisz w bagienku i czekasz. Patrzysz, która ręka ci pomoże, która szybciej cię stamtąd wyciągnie. Przez chwilę po prostu dali się omotać propagandzie Putina.

– Czy w takiej licznej grupie ludzi mocno straumatyzowanych, często bezczynnie czekających na jedyne i właściwe zakończenie wojny, występuje problem z nadużywaniem alkoholu?

– Nie będę ukrywała, że takiego problemu nie ma i nie było. Wielu mieszkańców Głuchołaz o tym wie, bo przecież widzą pewne zachowania i głośno je komentują. Czasami myślę, że picie alkoholu jest częścią życia Ukraińców i nie jest związane ze smutkiem czy traumą. Oczywiście, nie chcę uogólniać pewnych zachowań. Ludzie przyjeżdżają tutaj z dramatycznymi doświadczeniami, niemal każdy pośrednio bądź bezpośrednio miał do czynienia ze śmiercią, która była efektem wojny. Ale jeśli ktoś ma urodziny, to chce pocieszyć się tą chwilą, tym wieczorem. To trochę taki nasz model funkcjonowania z okresu PRL-u. Wiesz, wódka i ogóreczek. Kobiety, bo ich oczywiście było najwięcej, w pewnym momencie zobaczyły, że w Polsce mniej spożywa się alkoholu. Wiele z nich zorientowała się, że ma z tym duży problem.

Niektóre przestały pić, a te, które miały trudności z powiedzeniem sobie dość, same poprosiły nas o pomoc. Szukaliśmy dla nich grup wsparcia. W efekcie zaczęły na nie regularnie uczęszczać, pilnują się i wzajemnie motywują. Te właśnie kobiety, świadome swoich problemów, postanowiły zacząć nowy etap w życiu. To one najczęściej podejmowały pracę, uczyły się języka. Działają, bo na szczęście postanowiły o siebie zawalczyć.

– Mężczyźni pozostali na Ukrainie i nie mogą wyjechać z kraju. Czy wojenna rozłąka sprzyja rozstaniom, rozwodom?

– Bardzo dużo przyjechało do nas rozwódek. I to też jest różnica kultur. Ukrainki opowiadały, że u nich, kiedy mężczyzna i kobieta zaczynają się ze sobą spotykać, to od razu jest wielka miłość. Tego samego dnia są w stanie wyznać sobie jak bardzo się kochają. Następuje więc bardzo szybki ślub i jest też bardzo szybki rozwód. Nie ma czasu na poznanie się. Kobiety opowiadały, że decydują się na odejście od mężów głównie przez alkohol, różnice charakteru, często też przemoc. I wiesz, nie pamiętam, żeby jakoś szczególnie Ukrainki wiązały się z Polakami. Owszem, spotykali się, ale nie przypominam sobie, aby jakiś związek utrzymał się dłużej. Finalnie łączą się z Ukraińcami. Poznają się często na grupach społecznościowych.

– Ponad miesiąc temu wygasła umowa o współpracy wojewody opolskiego z waszym ośrodkiem. Jaki był powód jej rozwiązania?

– Wojewoda nie przedłużył współpracy z nami, bo jesteśmy małym miasteczkiem i borykamy się z brakiem miejsc w przedszkolach i żłobkach. Nie chciano, aby tego typu utrudnienia mogły być argumentem na niepodejmowanie pracy, usamodzielnienie się. Do Opola z naszego ośrodka wyjechało 120 osób. Zostali zakwaterowani w hotelu robotniczym. W Banderozie zostało 30 osób. Między innymi kobieta, która na dniach urodzi dziecko.

Jest to wielodzietna rodzina, która wszystko straciła na Ukrainie. Ci, którzy pozostali, sami podjęli taką decyzję. Mieszkają u nas, ale już sami płacą za swój pobyt. Zarejestrowali się w Urzędzie Pracy, są ubezpieczeni. Otrzymali u nas staż, a po jego ukończeniu zostaną w Banderozie zatrudnieni. Z tego, co wiem, dziesięć osób wróciło już z Opola. Być w może w Głuchołazach czują się bezpieczniej, lepiej. Organizują sobie, raz jeszcze i już po swojemu, życie w mieście. Wynajmują mieszkania, pokoje. Okazuje się, że jednak mogą i potrafią znaleźć sobie pracę, czy to u nas w mieście, czy w Czechach.

– Podejrzewam, że twojemu, tak przecież silnemu zaangażowaniu w pracę, towarzyszyło wytworzenie mocnych więzi z uchodźcami.

– Do tej pory mam stały kontakt z setką osób. I nadal żyję ich życiem, problemami, większymi czy mniejszymi radościami. Wysyłamy sobie zdjęcia, rozmawiamy. Dopiero teraz ci ludzie zaczynają się usamodzielniać, często rozpoczynają nowe życie. W związku z tym nieustannie potrzebują rady, wsparcia, dobrego słowa. Kiedy w styczniu obchodziłam trzydzieste piąte urodziny, to uchodźcy zrobili mi najpiękniejszy prezent. Nigdy w życiu nie miałam lepszego. Odebrałam to też jako formę podziękowań. Ponad sto pięćdziesiąt osób zaśpiewało mi sto lat. Dzieci przygotowały laurki, wycinanki. Co mogli, to kupili. Dostałam nawet czterdzieści zrobionych na drutach par skarpet.

Czytaj także: Nie tylko seks, alkohol czy zakupy. Uzależnić można się nawet od totka

Tags: Głuchołazywojnawojna Ukraina
REKLAMA

NAJPOPULARNIEJSZE

  • kofeina 2 w Opolu zamknięcie

    Koniec znanej klubokawiarni w Opolu. Marka znika po 17 latach

    0 udostępnienia
    Usdostepnij 0 Tweet 0
  • „Bitwa o gości” zawita na Opolszczyznę. Hotel z Podlesia powalczy o wygraną

    0 udostępnienia
    Usdostepnij 0 Tweet 0
  • Nowy Lidl przy Krapkowickiej w Opolu. Co będzie z pierwszym sklepem?

    0 udostępnienia
    Usdostepnij 0 Tweet 0
  • Prezes Stali Nysa: To wstyd, zarówno dla mnie jak i dla wszystkich w klubie

    0 udostępnienia
    Usdostepnij 0 Tweet 0
  • „Nasz Nowy Dom” pod Opolem. W tle problemy rodzinne i prześladowanie

    0 udostępnienia
    Usdostepnij 0 Tweet 0
REKLAMA

 

 

REKLAMA

 

REKLAMA
  • Redakcja
  • Newsletter
  • Kontakt
  • Gazetki promocyjne
  • Regulamin
  • Ochrona danych

© Wydawnictwo SIlesiana 2022-2025

Welcome Back!

Login to your account below

Forgotten Password?

Retrieve your password

Please enter your username or email address to reset your password.

Log In

Add New Playlist

Brak wyników
Pokaż wszystkie wyniki
  • Strona główna
  • Najważniejsze
  • Newsletter
  • Opole
  • Region
  • Sport
  • Tylko u nas
  • Biznes
  • Nauka
  • Razem dla środowiska
  • Dobra Energia
  • Gazetki promocyjne
  • Redakcja
  • Kontakt

© Wydawnictwo SIlesiana 2022-2025