piątek, 14 sierpnia, 2026
  • Redakcja
  • Newsletter
  • Kontakt
  • Gazetki promocyjne
  • Regulamin
  • Ochrona danych
Opolska360
  • Najważniejsze
  • Opole
  • Region
  • Sport
  • Tylko u nas
  • Biznes
  • Nauka
  • Dobra Energia
  • Razem dla Środowiska
Brak wyników
Pokaż wszystkie wyniki
Opolska360
  • Najważniejsze
  • Opole
  • Region
  • Sport
  • Tylko u nas
  • Biznes
  • Nauka
  • Dobra Energia
  • Razem dla Środowiska
Brak wyników
Pokaż wszystkie wyniki
Opolska360
Brak wyników
Pokaż wszystkie wyniki
REKLAMA
Home Tylko u nas

Stanisław S. Nicieja: Zapraszam Kresowian do trzech miast na Wołyniu

Z prof. Stanisławem Sławomirem Nicieją, historykiem i biografistą, byłym rektorem Uniwersytetu Opolskiego, autorem cyklu „Kresowa Atlantyda. Historia i mitologia miast kresowych” rozmawia Krzysztof Ogiolda.

Krzysztof Ogiolda Krzysztof Ogiolda
2024-03-07
w Najważniejsze, Region, Tylko u nas
Stanisław S. Nicieja

Stanisław S. Nicieja

REKLAMA

– Trzyma pan profesor w rękach dwudziesty – można powiedzieć jubileuszowy – tom „Kresowej Atlantydy”. W jakim momencie tej historii miast kresowych się znajdujemy? Co za panem, a co przed panem?

Stanisław S. Nicieja: Rektor Uniwersytetu Śląskiego, prof. Ryszard Koziołek, napisał kiedyś o Józefie Ignacym Kraszewskim, że był maszyną do pisania. Ja też nią powoli jestem. Dopiero wyszedł dwudziesty tom, a ja już jestem w połowie pracy nad dwudziestym pierwszym. Piszę codziennie do drugiej w nocy. Mocno odczuwam nacisk moich czytelników. Ale też im zawdzięczam niezwykłe wspomnienia i unikatowe fotografie. W tym tomie też jest ich wiele. Opisałem około 90 miast i miasteczek z 200, które rozpoczynając ten cykl zaplanowałem. Zbliżamy się zatem – po ponad dziesięciu latach pracy – do połowy.

– Kolejne dziesięć lat przed panem?

– Wszystko zależy od mojego wzroku. To jest efekt codziennego wielogodzinnego czytania z papieru i z monitora, że zachowując duszę trzydziestolatka i fizycznie funkcjonując bez dolegliwości, czytam z coraz większą trudnością. Jeśli wzrok bardzo mi się pogorszy, te książki przestaną powstawać, bo one są oparte na solidnej bazie źródłowej. A ta wymaga starannego czytania. Język tych książek jest literacki, ale w ich zawartości nic nie jest wymyślone.

– Czytelnicy bardzo ten wysiłek, czytanie na głos i cyzelowanie każdego akapitu, żeby był jasny i czytał się dobrze, doceniają…

– Nie byłoby mnie bez czytelników. Nie stać mnie na telewizyjną reklamę, nie bywam obecny na targach książek. Spotykam się bezpośrednio z czytelnikami, a oni wciąż dostarczają mi nowych materiałów. Ja w zamian daję im książki wypieszczone, zrobione na najlepszym papierze, z perfekcyjnie zeskanowanymi zdjęciami. Książki z dopasowaną do potrzeb czytelników czcionką i taką wagą, by można je czytać w łóżku. Dbamy wraz z wydawcą o to, by ciężar każdego z tomów nie przekraczał kilograma. Zdecydowaną większość nakładu sprzedajemy przez internet. Gdyby te tomy były cięższe, ich przesyłanie stawałoby się znacznie droższe.

Świadomie podkreślam edytorską jakość moich książek. I chciałbym przy tym bardzo docenić rolę mojej żony, Haliny, przy ich powstawaniu. Ja jestem XIX-wieczny, piszę ręcznie. Ona przepisuje tekst w komputerze, zajmuje się mailową korespondencją, tworzy indeksy osób itd. Nie byłoby tych książek bez niej. W recenzji do XX tomu (każdy z tomów jest opatrzony trzema recenzjami) prof. Jan Miodek nazwał ją skromną bohaterką „Kresowej Atlantydy”.

– Proszę przypomnieć, skąd u pana – „adoptowanego dziecka Lwowa”, autora, który nie ma korzeni na wschodzie Polski, fascynacja Kresami?

– Rodzice pochodzą z Wadowic, a ja ze Strzegomia, ale w pewnym momencie życia pojawił się w nim i zaskoczył mnie wątek lwowski. Książka o Cmentarzu Łyczakowskim osiągnęła 300 tysięcy nakładu i została książką roku. To był jeden ze szczęśliwych przypadków mojego życia (innym była odbudowa zniszczonego szpitala „na górce”, dzisiejszego Collegium Maius UO). Kolejnym etapem było napisanie – po pobycie w Truskawcu – książki o Kresowym Trójmieście: Truskawcu, uzdrowisku, jak Sopot, mieszczańskim Drohobyczu (przez analogię do Gdańska) i Borysławiu, ośrodku wydobycia ropy naftowej. Dzięki tej książce zwrot „Kresowe Trójmiasto” stał się słowem skrzydlatym, wszedł do języka. Książka świetnie się czytała i to podsunęło mi pomysł pisania o kolejnych miastach i miasteczkach kresowych. Początkowo sądziłem, że załatwię rzecz w pięciu tomach. Dziś wiem, że potrzeba będzie czterdziestu.

– Najnowszy tom przywołuje trzy miejsca: Równe, Janową Dolinę i Korzec…

– I to jest mój powrót na Wołyń. Pisałem o nim wcześniej w ósmym i w dziewiątym tomie. Równe – miasto graniczne – jest straszliwie niszczone przez wojny. Wychodzi okaleczone z pierwszej wojny światowej i z wojny polsko-bolszewickiej. Z tej trwającej teraz także. To jest miejsce naznaczone krwią, potem i żelazem. Ale w tym samym Równem pojawiali się ludzie, którzy chcieli właśnie tam zrealizować amerykański sen. Stworzyli miasto zbudowane na zasadach nowoczesnej, konstruktywistycznej architektury. Piszę o tym, jak to miasto powstawało, o Targach Wołyńskich, które odbyły się po raz pierwszy w 1930 roku i zgromadziły blisko 200 wystawców i ponad 50 tysięcy odwiedzających. Dziś pamięta się o Targach Poznańskich, ale tamte też były wydarzeniem.

– Równe zgromadziło także ciekawe środowisko intelektualne.

– Grupa Poetycka Wołyń – Janczarski, Łobodowski, Iwaniuk, Rumel, Szajdak – to byli artyści dorównujący wówczas, między wojnami, popularnością poetom z kręgu Skamandra (Tuwim, Lechoń, Wierzyński, Słonimski, Iwaszkiewicz – przyp. red.). To było bardzo ciekawe zjawisko, że wówczas nie Kraków, ale Kresy błyszczą poetyckimi talentami. W Wilnie działa grupa Żagary z przyszłym noblistą Czesławem Miłoszem i Jerzym Zagórskim. W rozdziele o Równem piszę też o pięknej artystycznej przyjaźni Jana Śpiewaka z Igo Szenfeldem, którego poznałem w Monachium, tłumacza (m.in. poezji Okudżawy) i redaktora „Archipelagu” – pisma rosyjskich dysydentów.

– Przywołuje pan legendarną poetkę żydowskiego pokolenia, Zuzannę Ginczankę…

– Ona ma swoje miejsce w literaturze i w pamięci, bywa nawet porównywana do Baczyńskiego. Pokazuję dzieje jej rodziny, a także postać Amosa Oza, izraelskiego pisarza – często uważanego za najwybitniejszego – o wołyńskich korzeniach, tłumaczonego na wiele języków, który otarł się o literacką Nagrodę Nobla.

– Równe było także stolicą niemieckiej Ukrainy…

– Niemcy bardzo intensywnie eksploatowali Wołyń, nawet wywozili stamtąd wagonami żyzną ziemię. Na tle wojennej historii opisuję postać Nikołaja Kuzniecowa, rownieńskiego Stirlitza i Klossa. Kuzniecowowi udało się podejść miejscowego gauleitera Ericha Kocha. Kuzniecow perfekcyjnie nauczył się nie tylko niemieckiego wraz z dialektami, ale i ze szczegółami przyswoił biografię Paula Sieberta, znajomego Kocha z Królewca. Łudząco podobny do Sieberta przekonał Kocha, że jest jego dawnym znajomym, któremu udało się uciec z rosyjskiej niewoli. Koch poddał się tej mistyfikacji i w rozmowie przy wódce ujawnił Kuzniecowowowi datę planowanego przez Niemców wielkiego pancernego uderzenia na Łuku Kurskim.

– Z okolic Równego wywodzi się także rodzina Anny Walentynowicz…

– Poświęciłem jej rozdział pt. „Ikona z makijażem”. Przywołałem dwie ikoniczne postacie „Solidarności” – Annę Walentynowicz i Lecha Wałęsę, którzy tak się skłócili ze sobą, tyle złego o sobie nawzajem powiedzieli, że tragicznie do pewnego stopnia zadeptali się wzajemnie.

– Pan pokazuje, że Anna Walentynowicz miała dwie biografie…

– Według tej oficjalnej, przez nią samą propagowanej, urodziła się w Równem i była z pochodzenia Polką wywodzącą się z rodziny o patriotycznych korzeniach. W rzeczywistości urodziła się 40 kilometrów od Równego w ukraińskiej rodzinie. Jej brat był banderowcem i 15 lat siedział w łagrze. Kiedy Anna Walentynowicz zginęła w katastrofie smoleńskiej, Radio Kijów podało informację o śmierci wielkiej Ukrainki, która wpłynęła na bieg historii Polski. W Polsce to początkowo przemilczano. A kiedy napisała o tym „Gazeta Wyborcza”, zmarły niedawno ks. Isakowicz-Zaleski, któremu ten tom poświęcam, zareagował ostrym artykułem „Sięganie po cudze”, zarzucając Ukraińcom, że zabierają – z braku własnych – Polakom ich piękne postaci z historii.

Kiedy rozmawiałem z księdzem niedługo przed jego śmiercią, przyznał, że został przez Annę Walentynowicz okłamany. W tej chwili na Ukrainie powstaje muzeum ku jej pamięci. Proszę zwrócić uwagę, jak złożona i wielobarwna jest historia Równego. Jest w niej miejsce dla Targów Wołyńskich, dla wybitnych poetów, poprzednika Stirlitza i dla Anny Walentynowicz.

– W pańskich kresowych książkach pokazuje pan zwykle dzieje opolskich rodzin mające korzenie w miastach, które wydobywa pan z niepamięci.

– Nie brak ich także w XX tomie. W Żytyniu pod Równem urodziła się piosenkarka jazzowa Anna Panas. W rozdziale poświęconym Janowej Dolinie opisuję historię rodziny Farbiszewskich, która miała na Wołyniu wielkie apteki, które zostały znacjonalizowane przez Sowietów. Po wojnie rodzina wylądowała w naszym regionie. Edmund i Irena Farbiszewscy mieli dwie córki – Teresę, absolwentkę chemii na opolskiej WSP oraz Jadwigę, absolwentkę Wydziału Górnictwa na Politechnice Śląskiej w Gliwicach. Teresa Farbiszewska, długoletnia adiunkt na Uniwersytecie Opolskim, jedna ze współtwórczyń uczelni, jest związana z doktorem inżynierem Andrzejem Nowakiem, synem Kresowian z Zaleszczyk i ze Stanisławowa. I tu ciekawostka, właścicielem jednej z największych – liczącej pond trzy tysiące – kolekcji gwizdków z kilkunastu krajów na trzech kontynentach. Potwierdzam, w każdym tomie „Kresowej Atlantydy” wypływają Opolanie, bo wielu Wołyniaków trafiło na Śląsk Opolski.

– Nie mogę się uważać za znawcę Kresów, toteż uczciwie przyznaję, że kiedy doszedłem w lekturze książki do rozdziału o Janowej Dolinie, wołyńskiej Gdyni, musiałem przyznać, że wiem o tym miejscu bardzo niewiele lub nic. Myślę, że wielu czytelników będzie w tej sytuacji.

– A to jest jeden z najciekawszych rozdziałów w mojej książce. Kiedy Polska się odradza i trzeba ją skleić z trzech zaborów, potrzebne są drogi. Pojawiają się wizjonerzy, fantaści, m., in. Nestorowicz i Szutkowski, którym marzy się przecięcie Polski siecią autostrad. A w Janowej Dolinie odkryto powulkaniczne złoża bazaltu. W tamtejszym kamieniołomie cięto ten bazalt na kostkę i brukowano nim ulice. Odpady z cięcia przetwarzano na kruszywo – znakomity materiał do budowy szos i autostrad. Pracował tam m.in. Janusz Przymanowski, przyszły twórca „Czterech pancernych”. Leonard Szutkowski, o którym wyżej wspomniałem, był z wielu powodów niezwykłym człowiekiem. Wydawał w Janowej Dolinie „Głos Robotniczy”, by pracujący tam ludzie mieli co czytać. Przypominam w książce zapomnianego poetę, autora opowiadań i reportaży Jacka Marię Orlika, który był najbardziej znaną postacią w historii tego pisma. Miał 29 lat, gdy Sowieci weszli do miasteczka i wtedy widziano go po raz ostatni.

– Janowa Dolina miała ambicje być miastem wzorcowym…

– Głównym projektantem górniczego miasteczka był warszawski architekt modernista Aleksander Kudelski, słynny budowniczy kolejki na Kasprowy Wierch. Jego projekt zakładał budowę 600 domków robotniczych oraz szeregu budynków użyteczności publicznej – przedszkola, szkoły, łaźni, kortu tenisowego itd. Ulice nie miały patronów. Oznaczano je – według amerykańskiego wzorca literami alfabetu od A do Z. W miasteczku nie wolno było hodować trzody chlewnej, żeby – jak uzasadniano – nie psuć powietrza. Jeździło zobaczyć to miejsce wielu ludzi z całej Polski, zachwycała się nim Maria Dąbrowska.

– Pisze pan o chwale, ale i o zagładzie miasteczka i końcu jego polskiej historii.

– Zatytułowałem tę opowieść „Krew na bazalcie”. Wyrok na Polakach mieszkających w Janowej Dolinie wykonał oddział UPA nocą z 22 na 23 kwietnia 1943 roku, w Wielki Piątek. Otoczono i podpalono domy, a do próbujących uciekać strzelano, wrzucając ich ciała do ognia. Garnizon niemiecki nie reagował. Rezunów rozpędzono dopiero rano.

– Zajrzyjmy choć na chwilę do trzeciego miasta…

– Korzec – wołyńska stolica porcelany i fajansu – zawdzięcza blask Czartoryskim. Na arenę europejską wyniósł go Józef Klemens Czartoryski (1740-1810). Pasjonat gospodarki mógłby być pierwowzorem Benedykta Korczyńskiego z „Nad Niemnem” czy Niechcica z „Nocy i dni”. Sadził drzewa, chodził po polach i pilnował zasiewów. Ale przede wszystkim – zainspirowany pobytem w Dreźnie i w Miśni – zainicjował stworzenie manufaktur fajansu i porcelany. Właśnie ta porcelana zwróciła uwagę nie tylko kolekcjonerów, ale i europejskich dworów na Korzec. Serwis kawowy na 12 osób z wizerunkami władczyni trafił na dwór Katarzyny II. Ale w Korcu powstawały też filiżanki patriotyczne – z Kościuszką. Legendarna stała się zieleń, jaką uzyskiwali malarze koreckiej porcelany. Udało się ją wydawcy, panu Szybkowskiemu, bardzo wiernie w książce pokazać.

– Korzec był miastem, w którym już za życia postawiono pomnik Piłsudskiego.

– Marszałek miał ich na Kresach wiele – w Tarnopolu (replikę postawiono w Nysie), w Kołomyi, ale Korzec był pierwszy, tu pomnik Piłsudskiego stanął już w 1928 roku. Przywołuję niezwykłą historię związaną z jego kultem. Kiedy Piłsudski w 1935 zmarł, bolszewicy wystrzałem armatnim dali znać, że chcą rozmawiać ze stroną polską. Korzec przecież leżał tuż przy granicy. Szefowi KOP-u powiedzieli, że chcą uczcić pamięć marszałka. Pozwolono im przybyć do Korca pod warunkiem, że zabiorą tylko białą broń. 400 rosyjskich żołnierzy uczestniczyło w miejscowej cerkwi w nabożeństwie. Trzymali lance pochylone ku ziemi na znak żałoby.

Cztery lata później Korzec jest jednym z pierwszych miast, do których wkracza Armia Czerwona. Żołnierze zdejmują pomnik z cokołu, stawiają na ciężarówce, a obok sadzają znaną miejscową nauczycielkę i kierowniczkę szkoły, Zofię Endrukajtis. Obwożono ją wraz z pomnikiem na pośmiewisko – jako polską nacjonalistkę – po ulicach Korca. Potem skazano ją na wywózkę na Wschód. Została zastrzelona gdzieś po drodze. Mówię o tym, bo nie unikam tematów martyrologicznych, ale też się na nich nie koncentruję. Pokazuję, jak piękna pełną ciekawych ludzi ziemią był Wołyń wtedy, kiedy panował tam pokój.

Czytaj także: Prof. Stanisław S. Nicieja: Opole nie jest prowincją

                                                                                              ***

Odważne komentarze, unikalna publicystyka, pasjonujące reportaże i rozmowy – czytaj w najnowszym numerze tygodnika „O!Polska”. Do kupienia w punktach sprzedaży prasy w regionie oraz w formie e-wydania.

 

Tags: Uniwersytet Opolski
REKLAMA

NAJPOPULARNIEJSZE

  • La Barceloneta w Opolu

    Nowa kawiarnia na Zaodrzu. To owoc miłości do Hiszpanii

    0 udostępnienia
    Usdostepnij 0 Tweet 0
  • Nowy park handlowy pod Opolem. Pierwsze prace rozpoczęte

    0 udostępnienia
    Usdostepnij 0 Tweet 0
  • Jeden manewr i 35 punktów karnych. Kierująca Mercedesem nie przyjęła mandatu

    0 udostępnienia
    Usdostepnij 0 Tweet 0
  • Pierwszy taki wyrok w Polsce! Mama Franka wygrała z Fundacją Pro Prawo do Życia

    0 udostępnienia
    Usdostepnij 0 Tweet 0
  • Pierwsze takie zaćmienie słońca od 27 lat. Gdzie je obserwować?

    0 udostępnienia
    Usdostepnij 0 Tweet 0
REKLAMA

 

 

REKLAMA

 

REKLAMA
  • Redakcja
  • Newsletter
  • Kontakt
  • Gazetki promocyjne
  • Regulamin
  • Ochrona danych

© Wydawnictwo SIlesiana 2022-2025

Welcome Back!

Login to your account below

Forgotten Password?

Retrieve your password

Please enter your username or email address to reset your password.

Log In

Add New Playlist

Brak wyników
Pokaż wszystkie wyniki
  • Strona główna
  • Najważniejsze
  • Newsletter
  • Opole
  • Region
  • Sport
  • Tylko u nas
  • Biznes
  • Nauka
  • Razem dla środowiska
  • Dobra Energia
  • Gazetki promocyjne
  • Redakcja
  • Kontakt

© Wydawnictwo SIlesiana 2022-2025