W najprostszym tłumaczeniu z języka angielskiego groundhopper to „skaczący po boiskach”, ale można też spotkać się z polskim odpowiednikiem, mianowicie „stadionowy turysta”.
Groundhopper = Stadionowy turysta
– Od zawsze się pasjonowałem sportem, w szczególności piłką nożną, ale to zawsze było takie zainteresowanie telewizyjne, gazetowe i książkowe. Na żywo nie oglądałem tego typu wydarzeń za często – szuka źródeł swojej pasji pan Krzysztof i przyznaje, że zaczęło się dość przypadkowo. – Kiedyś trafiłem na stronę prowadzoną przez Polaka mieszkającego w Pradze. Z początku nie rozumiałem o co w tym chodzi, że ciągle jeździ na jakieś mecze, a nie mogłem wyczuć, której drużyny jest kibicem. Ale potem się połapałem. Wkrótce trafiłem na branżową stronę kartofliska.pl i zacząłem się coraz bardziej „wkręcać” – wspomina.
To wgłębianie się w temat w pewien sposób zbiegło się z wakacjami w 2010 roku w Chorwacji, gdy w Splicie poszedł zobaczyć kultowy stadion tamtejszego Hajduka. Wówczas dowiedział się, że niebawem gospodarze zagrają towarzysko z HSV Hamburg i postanowił się temu przyjrzeć z bliska.
– A jak wróciłem do Nysy to od razu pojechałem do Ołomuńca na mecz tamtejszej Sigmy ze Zbrojovką Brno. Wkrótce potem byłem na spotkaniu Ruch Chorzów – Austria Wiedeń i wtedy na dobre się zaczęło to szaleństwo – tłumaczy i dodaje, że bardzo często w tych wojażach towarzyszy mu żona, bo dzieci są już „na swoim”.
Lista stale się powiększa
Dokumentuje głównie piłkę nożną (wszystko) i siatkówkę (głównie ukochaną Stal Nysa). Ale ostatnio, szczególnie w przerwach ligowych od tychże, łaskawszym okiem zaczął zerkać na inne dyscypliny. I będąc np. w Pradze nie odmówił sobie hokeja na lodzie. Wybrał się też na mecz koszykarzy Górnika Wałbrzych, którzy w świecie basketu słyną z fanatycznych kibiców. Futsal również nie jest mu obcy. Niemniej, jak sam przyznaje, sportów halowych nie wlicza do swojej listy (ta, aktualizowana, znajduje się TUTAJ).

Jak przystało na historyka (w marcu otrzymał z rąk Wojewody Opolskiego Złoty Medal za Długoletnią Służbę, wszak „z zaangażowaniem kształcił kolejne pokolenia uczniów” oraz wychował wielu laureatów i finalistów Wojewódzkich Konkursów Historycznych) archiwizuje każdy wyjazd na stronie swojego bloga „Mojewielkiemecze”. Oprócz tego dzieli się wrażeniami z nich na Facebooku, platformie X czy Tiktoku. Z każdego obejrzanego spotkania jest przynajmniej opis i fotogaleria, a coraz częściej filmiki.
– To wszystko jednak zajmuje mi dużo czasu. Gdy w jakiś weekend zaliczę trzy, cztery mecze, to potem też mam z tym sporo pracy, bo każde wydarzenie jest udokumentowane i opisane, choćby nawet w kilku zdaniach – wyjaśnia. – Dzięki temu jestem w stanie sprawdzić kiedy i gdzie byłem. I każdy kto wejdzie na moją stronę, to może to zweryfikować.
Stadiony, obiekty, boiska
Sam zdaje sobie sprawę, iż nie zawsze postronny kibic rozumie, co może być fajnego w obejrzeniu meczu dwóch zupełnie obcych mu klubów. Szczególnie z niższych lig piłkarskich. Pół biedy, jak to jest w Polsce… ale, że w Czechach, w Niemczech, na Słowacji czy Węgrzech?
– Moja zabawa polega głównie na zaliczaniu boisk i stadionów. Zarówno drużyn występujących na najniższym, jak i najwyższym poziomie. Również światowym, choćby pod postacią mistrzostw Europy. I wtedy sobie odhaczam, że tam już byłem. Co nie znaczy, że już nie wrócę. Aczkolwiek bardziej mnie ucieszy inny obiekt do kolekcji – zdradza.

Nie kryje przy tym, iż sam mecz jest często dodatkiem. No chyba, że to jest jakieś wyjątkowe wydarzenie albo gra drużyna, za którą mocniej trzyma kciuki. Najbardziej jednak interesuje go tzw. otoczka.
– Przyglądam się wówczas jak wygląda infrastruktura, jaki jest catering, co można zjeść i wypić. No i przede wszystkim jak się zachowują kibice, na trybunach i w ich okolicach. Z kim trzymają sztamę, z kim się nie lubią – opisuje. – Jestem szczególnie zadowolony gdy wybiorę się na mecz niższych lig i okazuje się, że jest tam zorganizowana grupa ultras. A jak jeszcze rywale też mają swoje wsparcie, to już pełnia szczęścia.
Nic na siłę
Często groundhopperzy mają różne cele, jak choćby odwiedzenie stadionów każdej drużyny w najwyższej lidze danego kraju, albo w regionie zamieszkania, czy tak jak np. w Anglii zaliczenie meczów wszystkich klubów zawodowych. Nysanin nie stawia sobie jednak podobnych wyzwań.
– Bo to by oznaczało, że coś muszę zrobić, a wtedy przestałoby sprawiać taką przyjemność. Choć oczywiście wszystko sobie notuje i wiem, że byłem np. na meczach w 14 województwach w Polsce, więc zostały mi dwa. Kiedyś to „uzupełnię”. Szczególnie, że zarówno lubelskie, a tym bardziej lubuskie, nie są aż tak daleko – przyznaje. – Co do liczby i spotkań to niedawno nawet sobie pomyślałem, że może fajnie by było zaliczyć ich 100 w tym roku, bo przeważnie kończy się na 90. Ale nie jest to jakoś szczególnie ważne – obrazuje.

Przyznaje też, że często łączę wyjazdy ze zwiedzaniem, albo np. jakąś prywatną sytuacją. I na obiekt zagląda niejako „przy okazji”.
– Załóżmy, że jadę gdzieś na wesele, to staram się żeby ten wyjazd jeszcze mi coś przyniósł. Od razu więc sprawdzam czy dzień później będzie jakiś mecz w okolicy – zdradza.
Spontany i plany
Oczywiście, najłatwiej pojechać tam, gdzie jest blisko, ale też rzadko kiedy planuje coś ze szczególnym wyprzedzeniem. Niekiedy dopiero rano danego dnia podejmuje decyzję gdzie się wybierze. Jednym z bardziej spontanicznych wyjazdów był ten do włoskiego Udine, oddalonego od Nysy o blisko 800 km. I to w okolicach Bożego Narodzenia. Do tego tuż przed urodzinami żony.
– Dopiero co wróciłem z nią ze świąt od rodziny i zadzwonił kolega, pytając czy nie pojechalibyśmy na spotkanie Udinese – Lazio Rzym, któremu on kibicuje. Wyjazd o godzinie 4 nad ranem, a początek meczu wieczorem. Zdążyliśmy dojechać, pozwiedzać trochę miasto, obejrzeliśmy pojedynek i o godzinie 9 rano następnego dnia byliśmy z powrotem. Na imprezę zdążyłem – wspomina z uśmiechem.
Z bardziej zaplanowanych eskapad podaje choćby przykład Pragi kilka tygodni temu. O tyle nietypowy, że wybrał się tam nie samochodem, a dalekobieżnym autobusem. I na miejscu korzystał z miejskiego transportu. Przybył do stolicy Czech w piątek wieczorem i został do poniedziałku rano.
– Od razu wybrałem się na spotkanie drugiego szczebla hokeja na lodzie. W sobotę już na trzy mecze piłkarskie, w tym na Slavię Praga mężczyzn i kobiet, a w niedzielę na panów z tamtejszego Bohemiansa. To był taki typowo gruondhopperski wyjazd, bo w sobotę mocno nabiegałem się z jednego obiektu na drugi – wylicza.
Wyjazdy dalekie…
Ze wszystkich wydarzeń trudno mu wybrać to najlepsze. Ale jeśli już, podaje dość świeży przykład. Mianowicie starcie Holandia – Polska podczas ostatniego EURO 2024.
– Jestem wielkim fanem naszej piłkarskiej reprezentacji, byłem na jej paru meczach w kraju, ale do tego momentu nigdy za granicą. To był też mój pierwszy raz w Hamburgu. W ostatniej chwili kolega dał znać, że ma wejściówkę. Byliśmy tam dzień wcześniej, pochodziliśmy po ulicach, także razem z kibicami, którzy śpiewali, bawili się, a my razem z nimi. No i potem sam mecz. Atmosfera na stadionie kapitalna. Przeżycie niesamowite – nie kryje radości.

Podczas realizacji pasji nigdy mu się nic złego nie stało, nigdy też nie miał problemów. No chyba, że tak nazwiemy pomylenie stadionu albo… miejscowości. To ostatnie mu się zdarzyło wręcz po sąsiedzku. Kiedy LZS Starowice Dolne zaczynał piąć się w hierarchii opolskiego futbolu, postanowił wybrać się na zapoznanie z tym zespołem.
– Tylko, że udałem się do wsi pod tą nazwą, ale koło Otmuchowa, a nie koło Grodkowa. No i już nie zdążyłem dotrzeć do tej „prawidłowej” – śmieje się.
…i bliskie
Za to pozytywnych przygód miał bardzo dużo. Jak ta podczas spotkania w ramach 4. ligi czeskiej, w miejscowości, o której wcześniej nawet nie słyszał.
– Oglądam zawody i naglę widzę kogoś podobnego do mojego kolegi z Warszawy. Myślę sobie, że to pomyłka, bo gdzie taki kawał drogi, niski poziom rozgrywek i nagle on. Patrzę dalej, a ten robi zdjęcia bramy wejściowej, zagaduje ludzi i za chwilą okazuje się, że jednak mi się nie przewidziało. A trafił tam zupełnie przez przypadek, bo jechał skądś do domu pociągiem i pomyślał, że skorzysta z okazji i potem złapie kolejny transport. Oczywiście, potem zabraliśmy go ze sobą do Polski – wspomina.
– Z kolei kiedyś we Wrocławiu, podczas EURO 2012, wszedłem do strefy kibica i nagle w tłumie jakiś Niemiec pyta, czy to ja prowadzę profil „Mojewielkiemecze”. To są takie rzeczy, które pozytywnie zaskakują i nakręcają do dalszego działania – przyznaje. – Bywało też, że w niższej lidze ktoś mnie bardzo solidnie ugościł. Ale to rzadkość. Za to kiełbaska z grilla zdarzyła się nie raz.
Hobby nr 2 i 3
Choć często bywa wpuszczany na stadion za darmo, to w miarę możliwości – gdy jest prowadzona takowa sprzedaż – pozyskuje wejściówkę. Jest też bowiem kolekcjonerem biletów piłkarskich i siatkarskich. Ma ich ponad 10 000, a każdy z innego meczu.

– Niekiedy go dostanę, a innym razem zwyczajnie zapłacę, po to żeby mieć potem pamiątkę. Normalnie człowiek jak gdzieś idzie i jest wstęp wolny, to się cieszy, ja nie bardzo, bo jednak bym wolał, żeby był ten bilet – zauważa z przymrużeniem oka. – Ogólnie jakiś szczególnych korzyści z tego wszystkiego nie mam. Poza tym, że na wiele spotkań wyższych lig, nawet zagranicznych, zdarzało mi się wchodzić na akredytację, bo powołuje się na na stronę „Mojewielkiemecze”.
Trzecie hobby, a jest nim nordic walking, Krzysztof uprawia od sześciu lat.
– Nie powiem, że na poważnie, ale uczestniczę w wielu zawodach. Jak choćby Puchar Świata w Polsce czy za południową granicą. Mogę się pochwalić tytułem wicemistrza Czech w swojej kategorii wiekowej – nie kryje. – Co ważne: jeżeli jadę gdzieś dalej startować, to oczywiście natychmiast szukam meczu w okolicy w mocno zbliżonym terminie. I prawie zawsze się udaje to zgrać. Czego bym więc nie robił, szukam okazji, żeby zobaczyć nowy obiekt piłkarski albo natknąć się na ciekawe wydarzenie.
Czytaj także: Milion złotych na stypendia dla 145 sportowców z Opolszczyzny
***
Odważne komentarze, unikalna publicystyka, pasjonujące reportaże i rozmowy – czytaj w najnowszym numerze tygodnika „O!Polska”. Do kupienia w punktach sprzedaży prasy w regionie oraz w formie e-wydania




