sobota, 7 listopada, 2026
  • Redakcja
  • Newsletter
  • Kontakt
  • Gazetki promocyjne
  • Regulamin
  • Ochrona danych
Opolska360
  • Najważniejsze
  • Opole
  • Region
  • Sport
  • Tylko u nas
  • Biznes
  • Nauka
  • Dobra Energia
  • Razem dla Środowiska
Brak wyników
Pokaż wszystkie wyniki
Opolska360
  • Najważniejsze
  • Opole
  • Region
  • Sport
  • Tylko u nas
  • Biznes
  • Nauka
  • Dobra Energia
  • Razem dla Środowiska
Brak wyników
Pokaż wszystkie wyniki
Opolska360
Brak wyników
Pokaż wszystkie wyniki
REKLAMA
Home Najważniejsze

Dzieciństwo na zesłaniu w Kazachstanie: głód, karaluchy i strach o Mamę

Maria Matlachowska 13 kwietnia 1940 roku została z Mamą i dwoma braćmi wywieziona do Kazachstanu. Do Polski udało się im wrócić dopiero w 1946 roku. Ojciec więziony w Starobielsku został zamordowany w Charkowie.

Krzysztof Ogiolda Krzysztof Ogiolda
2023-02-26
w Najważniejsze, Region, Tylko u nas
Maria Matlachowska wspomina zesłanie do Kazachstanu

Maria Matlachowska. Fot. Krzysztof Ogiolda.

REKLAMA

– Przed zsyłką mieszkaliśmy w Krasnem, w środku Puszczy Augustowskiej – opowiada pani Maria. – Przenieśliśmy się tam z Suwałk. W tej wsi było nadleśnictwo i w marcu 1939 roku ojciec dostał tam upragnione stanowisko nadleśniczego. Ja mam wtedy trzy i pół roku. Starszy brat, Andrzej miał niecałe osiem lat, a młodszy, Staś, dopiero się urodził w lipcu 1939. Ojciec chyba go widział tylko przez moment. Od czerwca był na ćwiczeniach w Krakowie, a pod koniec sierpnia został powołany do wojska. Do Grodna. Zostaliśmy sami.

Straszne czasy dla mamy

– To były straszne czasy przede wszystkim dla Mamy, która została sama z trójką dzieci – dodaje. – Rosjanie wyrzucili nas z tego nadleśnictwa i zakwaterowali u gajowego. Trzy kilometry od domu. Nachodzili Mamę, może już przed wykwaterowaniem, koniecznie chcieli wiedzieć, gdzie jest ojciec. W lutym wywieźli gajowego. Próbował uciekać, złapali i szedł za furmanką, ze związanymi rękami. 13 kwietnia deportowali nas. Jeszcze w marcu Mama odebrała nadany ze Starobielska – napisany po rosyjsku – telegram od ojca. Parę słów: „Pozdrawiam wszystkich. Jestem zdrowy. Józef”. Mama przewiozła telegram przez całe wygnanie. Jak relikwię. Jest mocno sfatygowany.

Pani Maria przyznaje, że zabrania z domu i początku wywózki nie pamięta. Posiłkuje się tym, co opowiadał jej brat.

– Podobno nas za bardzo nie ponaglali – mówi. – Mama wzięła trochę rzeczy, także pierzynkę dla młodszego brata. Ta pierzynka wróciła z nami do Polski. Brat mówił o atmosferze strachu. Mama zebrała nas przed świętym obrazem, pomodliła się gorąco. I znaleźliśmy się pociągu. Od tego momentu już dużo pamiętam, a wnętrze wagonu do dzisiaj mam przed oczami.

Pociąg był towarowy. Z pryczami. Maria i jej najbliżsi dostali miejsce na najwyższej z nich. Miejsca było tak mało, że tylko czteroletnie dziecko mogło siedzieć, dorośli byli zmuszeni leżeć, albo chodzić na czworaka.

Skurcz w sercu

– Przeżyliśmy w drodze incydent bardzo smutny, choć dobrze się skończył – wspomina opolanka. – Mama pewnego dnia zemdlała. Ja byłam akurat na dole wagonu. Jakaś kobieta w chustce siedząca na tłumoku mówi do mnie: „biegnij tam szybko, twoja Mama umarła!” Zrozumiałam, że to coś bardzo złego. Bolesny skurcz w sercu, jaki wtedy poczułam, powracał bardzo długo. Przy każdym wspominaniu. Na szczęście, było to tylko omdlenie. Była osłabiona, karmiła przecież ośmiomiesięczne niemowlę piersią. Po trzech tygodniach dowieźli nas do stacji Taincza, a stąd powieźli dalej. Ja twierdzę, że ciężarówkami, brat, że saniami. Jako miejsce pobytu wyznaczyli nam posiołek Letowocznoje. Byliśmy w Kazachstanie.

Pierwszą noc wysiedleni z Polski spędzili w biurach gminnego urzędu. Następnego dnia kazano kobietom iść do wioski i szukać sobie lokum. Mamę pani Marii przyjęło starsze małżeństwo, które samo miało do dyspozycji jedną izbę. Po drugiej stronie domku mieszkała już inna rodzina.

– Jako dziecku ten pokój wydawał mi się dość duży – opowiada Maria Matlachowska. – Na wprost drzwi było okno, pod nim stół. Po jednej stronie łóżko dla gospodarzy, po drugiej łóżko dla rodziny zesłańców. Na środku wisiała wiklinowa kołyska, w której spał mały Stasio. Niestety, zaczął chorować, miał biegunkę. Można sobie wyobrazić, jak to było dokuczliwe. W wiosce była jedna studnia. Po trzech miesiącach gospodarze kazali przybyszom z Polski szukać innego mieszkania.

Rodzina na krótko trafiła do jurty. Kiedy udało się znaleźć mieszkanie (przebywali w nim do 1943 roku), okazało się dużo biedniejsze niż poprzednie. Podłogę zastępowało klepisko. Izba była ciemnawa. Gospodyni spała na zapiecku, łóżko zostawiła przybyszom.

Jasny promyk na zesłaniu

– Mama od pierwszego roku zaczęła mocno chorować – wspomina pani Maria. – W jednym z listów do swoich rodziców pisała, że miała atak ślepej kiszki. Na szczęście, jakoś to przeszło. Od operacji odstąpiono. Ale była bardzo osłabiona, miała bóle, leżała w łóżku i nie mogła się ruszyć. A ja – przechowuję to żywo w pamięci – gotuję wtedy kaszkę. Stoję na stołeczku – mam zaledwie pięć lat. Pod dyktando Mamy sypię kaszkę do wody i mieszam. Widzę jej twarz i jej jasne zamglone oczy. Przez lata płakałam, wspominając tę chwilę. Tym bardziej, kiedy już po powrocie w zachowanym liście Mamy do rodziców przeczytałam, jak serdecznie o mnie pisała.

Ze wzruszeniem pani Maria czyta po latach fragment listu Mamy: „Dziś czuję się nieco lepiej. Właściwie dzięki Wszechmocnemu ja żyję. Miałam atak ślepej kiszki. Potem dostałam gorączki. Musiałam Stasia odłączyć od piersi, bo nie chciałam, by znowu dostał tego świństwa, na co całe lato cierpiał. Piersi ogromnie nabrzmiały. Już trzy dni są twarde jak kamienie. Byłam bezradna. Podczas ataku ruszyć się nie mogłam. Ale dzisiaj, choć bardzo słaba, lepiej się czuje. Bóg czuwa nad nami, a tej operacji boję się tutaj robić. (…) Malineczka (tak panią Marię nazywano w dzieciństwie – red.) mój skarb nieoceniony, podczas jak leżałam, gotowała, sprzątała, bo gospodyni też chora i stara. Ona jest jak jasny promyk, tylko też często bardzo zapada. (…) Byle Bóg obdarzył zdrowiem, to jakoś przetrwamy”.

Ponieważ Mama obawiała się, że umrze, starała się jak najszybciej nauczyć dzieci pisania i czytania, ale też posłać je do szkoły.

– Mieliśmy to szczęście, że w posiołku były szpital (Mama leczyła się tam trzy razy) i szkoła – dodaje pani Maria. Ona do sowieckiej szkoły poszła w 1943 roku. Brat wcześniej. Mama pracowała w placówce, która była połączeniem przedszkola ze żłobkiem. Najpierw była sprzątaczką, a kiedy zorientowano się, jak wiele rzeczy potrafi, została wychowawczynią.

Musztra dla najmłodszych

– Mnie się szkoła podobała, a brat nie chciał tam chodzić – opowiada. – Nauka odbywała się po rosyjsku, ale dość szybko się nauczyliśmy się tego języka. Na początku jeszcze mało rozmawiałam z dziećmi. Stałam pod ścianą na ciemnej, niemal czarnej podłodze. Ale na lekcji rozumiałam, co się mówi. Z roku na rok miałam coraz lepsze stopnie, a w trzeciej klasie to już same piątki. Kłopoty miałam tylko z gimnastyką. Te lekcje nazywały się „wojennoje dieło” i polegały na ćwiczeniu musztry. Miałam o wiele za duże buty. Jak wzywana wychodziłam, z szeregu, żeby się zameldować, zawsze wybuchał śmiech. W tych wielkich butach łatwo było się przewrócić.

Na potwierdzenie szkolnych osiągnięć pani Matlachowska pokazuje przywiezione z Kazachstanu świadectwa. Opatrzone urzędowymi pieczęciami, starannie napisane piórem. Ale na zwykłej zeszytowej kartce. Najwyraźniej specjalnych blankietów świadectw w Związku Sowieckim nie używano.

– Miałyśmy jedną nauczycielkę – opowiada. – Była życzliwa. Zwracaliśmy się do niej, do innych nauczycieli też, ich imieniem i imieniem ojca: Nasza nauczycielka nazywała się Taisa Iwanowna. Jędrka uczyła jakaś Niemka. Nie lubił szkoły. Mama miała kłopoty, bo na jakimś zdjęciu doprawił Stalinowi wąsy, czy zamalował oczy. W szkole uczniowie mieli zeszyty i pióra, które zamaczali w kałamarzach z atramentem. Zadań domowych nie było, bo w domu nie było na czym pisać. Papieru bardzo brakowało. Czasem pisałam coś na papierze już zadrukowanym – na gazetach albo na jakichś kwitach.

NKWD prześladuje

Rok 1943 przyniósł nie tylko szkolne sukcesy Marii. Także kolejną przeprowadzkę – trzy kilometry za Lietowocznoje – do ziemianki. Połowa była wykopana w ziemi, reszta nadbudowana płaską „cegłą” z darni.

Jakby mało było trudności i trosk, Mamę zaczęło prześladować NKWD. Wszystko przez przysłaną od dziadków z Olkusza i opisaną po niemiecku paczkę.

– Podejrzewano Mamę, że jest szpiegiem – wyjaśnia pani Maria. – Nagabywano, aby donosiła na Polaków, o czym rozmawiają. Odmówiła, ale nie dawali jej spokoju. Niestety, kończyły się rzeczy, które przywieźliśmy ze sobą z Polski. Bluzka, koszula, ręcznik to były bardzo cenne przedmioty, bo można je było wymieniać na jedzenie. Nasze ładne prześcieradła tam panie brały na bluzeczki. Zaczął się straszny głód. Mocno go pamiętam.

– W ziemiance było ciemno i zimno – wspomina. – Pamiętam taki wieczór, kiedy Mamy długo nie było. Postanowiłam rozpalić w piecu (paliło się zawsze dopiero po powrocie Mamy) i ugotowałam kluski na wodzie z tartych ziemniaków. Czekały na piecu, w którym ogień jeszcze się tlił. I my czekaliśmy, nasłuchując. Mama wreszcie wróciła, weszła. z trudem usiadła na stołku i się rozpłakała. Podeszliśmy, a ona objęła nas mocno. Dopiero w Polsce nam opowiedziała, że enkawudziści bardzo ją wtedy męczyli, przede wszystkim strasząc, że trafimy do domu dziecka. Kiedy wreszcie ją wypuszczono i biegła przez śnieg, słyszała wyjące wilki. Jak zobaczyła ciepły piec, nas całych i jeszcze coś do zjedzenia, cieszyła się bardzo.

Posiłek raz dziennie

Głód był straszny, a przecież na wspaniałych czarnoziemach uprawiano tam nie tylko słoneczniki, ale też całe łany jarej pszenicy i buraki cukrowe, ziemniaki. Ale to wszystko należało do kołchozu. Nie wolno było zabrać nawet jednego kłoska. Po zbiorach też nie. Chociaż niestarannie zebrane ziemniaki leżały na polu. Nie wolno też było – pod karą więzienia – brać torfu. Latem trzeba było zbierać kiziaki, czyli odchody zwierzęce suszone na opał.

– Jadło się raz dziennie – wspomina pani Maria. – Zazwyczaj tzw. prażuchę, czyli papkę z mąki rozrobionej gorącą wodą. Bez tłuszczu. Raz jeden poszliśmy całą rodziną gdzieś daleko do lasu na poziomki. Do dzisiaj czuję ich smak, widzę zalaną słońcem zieloną polanę i wśród trawy czerwone, wielkie poziomki. Ale powrót był bardzo trudny. Szczególnie dla Stasia. Ledwo doszliśmy do posiołka. Na święta, pamiętam, Mama upiekła struclę, ale nie z makiem, tylko z czerwonymi burakami. Bardzo nam smakowała, bo buraki są trochę słodkawe.

– Zwłaszcza w ziemiance bardzo nam douczały insekty – dodaje. – Byliśmy strasznie zawszeni. Były też pchły i pluskwy, które spadały na nas jak grad. Od pcheł chroniliśmy się, wpychając do sienników piołun. Brakowało wody. Nawet po to, by ugotować jedzenie, trzeba było czasem topić śnieg. A co mówić o myciu. Żeby pozbyć się wszy z odzieży, prasowało się ją bardzo gorącym, pożyczanym żelazkiem.

Modlitewnik jako podręcznik

W Litowocznym Polacy zbierali się w niedzielę na modlitwy. Przychodzili też inni zesłańcy, m.in. Ukraińcy.

– Podobno Rosjanie zabraniali, ale nie pamiętam, byśmy musieli uciekać – opowiada pani Maria. – Więc może patrzyli trochę przez palce.

Musiało być tej modlitwy dużo, skoro po powrocie do Polski pani Maria umiała na pamięć litanie – loretańską do Matki Bożej i do Serca Pana Jezusa. Mama miała książeczkę do nabożeństwa i na tej książeczce nauczyła dzieci pisać i czytać po polsku.

Świadomość, że może uda się wrócić do Polski, do pani Marii dotarła dopiero w 1945 roku. Powstanie Armii Andersa przeszło niezauważone. I nic dziwnego, w posiołku nie było mężczyzn, którzy mogliby do polskiego wojska się zgłaszać.

Działał Związek Patriotów Polskich. Mimo upływu lat, pani Maria pamięta smak klusek, które Mama zrobiła z mąki przysłanej przy udziale ZPP w paczce. Było w niej także skondensowane mleko.

– Mam do dziś Mamy legitymację ZPP i dokument o zdaniu sowieckiego paszportu – opowiada Maria Matlachowska. – Trzeba było go oddać, by w ogóle móc jechać do Polski. Powrót – dopiero w 1946 roku – odbywał się takim samym pociągiem jak wyjazd. Pociąg dojechał do Brześcia, a ja po drodze zapisywałam nazwy mijanych stacji. W Brześciu staliśmy tydzień, a potem nasz transport został skierowany przez Warszawę do Szczecina. Brat, który pamiętał Olkusz i dziadków, bardzo prosił Mamę, byśmy do dziadków pojechali. Było to o tyle ryzykowne, że przez cztery lata nie mieliśmy od nich żadnych wiadomości. Ale ostatecznie pociąg pojechał, a my w Warszawie wysiedliśmy.

Cały przywieziony dobytek składał się z drewnianej walizki, obitej pięciolitrowej bańki i ze zwiniętej w rulonik pierzynki Stasia. Jakiś kolejarz zaprowadził rodzinę do punktu PUR-u, czyli Państwowego Urzędu Repatriacyjnego. Spało się w wielkiej sali pełnej łóżek i sienników.

Zesłanie a potem morze gruzów

– Raz poszłam z Mamą do miasta i zobaczyłam, że miasta nie ma. Jest tylko morze gruzów – wspomina pani Maria. – Ledwo upchnęliśmy się w przepełnionym wagonie. W Olkuszu wysiedliśmy w piękny słoneczny dzień. Mama zostawiła nas przed dworcem. Doszła do rynku, weszła do jakiegoś urzędu, przedstawiła się i… zemdlała. W tym urzędzie – ale w innym budynku – pracowała jej siostra. Wkrótce przyjechał po nas stryjeczny brat Mamy i Jędrek go poznał.

U dziadków wszystko zaskakiwało: podłoga taka błyszcząca i dziwnie kolorowa, bielutki piec kaflowy, ciepłe czyściutkie łóżka i „dom na domu” – piętrowa zabudowa, której w Kazachstanie dzieci nie widziały, pola podzielone miedzami, których w Rosji nie było.

W marcu Marysia poszła do szkoły. Do trzeciej klasy (w Związku Radzieckim właśnie trzy skończyła). Już po dwóch tygodniach przesunięto ją do czwartej. A od września zaczęła naukę w piątej klasie, razem ze swoim rocznikiem.

Dziadek umarł rok po powrocie bliskich, a babcia po dwóch latach. Ale zdążyli się swoimi nacieszyć. Mama starała się o pracę w domu wczasowym. Miała kwalifikacje, ale Sybiraczki nie przyjęto. Musiała szukać innego, gorszego zajęcia. Wkrótce zachorowała. Zdawało się, że na grypę, okazało się, że to gruźlica.

– Żyła tylko osiem lat po wojnie. Byłam po pierwszym roku medycyny, gdy umierała – opowiada Maria Matlachowska. – Wtedy lekarstwa na gruźlicę nie było. Zaczęto stosować penicylinę krystaliczną. Podawało się ją co trzy godziny. Bardzo trudno było znaleźć pielęgniarkę, która mogłaby tak przychodzić. To właściwie zdecydowało, że się na medycynę wybrałam, choć miałam raczej uzdolnienia humanistyczne. Żałobę po śmierci Mamy nosiłam dwa lata. Tato znalazł się w obozie w Starobielsku i został stracony w Charkowie. Byłam tam trzy razy. Ostatni raz w 2000 roku…~

Tags: wojna
REKLAMA

NAJPOPULARNIEJSZE

  • Atak na dom w Prószkowie

    Atak na dom w Prószkowie. Ciężkim narzędziem wybili szybę w pokoju 10-latki

    0 udostępnienia
    Usdostepnij 0 Tweet 0
  • Będzie remont obwodnicy Opola. Potrwa kilka tygodni

    0 udostępnienia
    Usdostepnij 0 Tweet 0
  • Ludzie kultury, sportu, biznesu i wiary – tych Opolan pożegnaliśmy

    0 udostępnienia
    Usdostepnij 0 Tweet 0
  • Nowy punkt IKEA w Opolu. Studio w Karolince otwarte

    0 udostępnienia
    Usdostepnij 0 Tweet 0
  • Doula żałobna: „Nie uczę umierania. Uczę nie bać się śmierci”

    0 udostępnienia
    Usdostepnij 0 Tweet 0
REKLAMA

 

 

REKLAMA

 

REKLAMA
  • Redakcja
  • Newsletter
  • Kontakt
  • Gazetki promocyjne
  • Regulamin
  • Ochrona danych

© Wydawnictwo SIlesiana 2022-2025

Welcome Back!

Login to your account below

Forgotten Password?

Retrieve your password

Please enter your username or email address to reset your password.

Log In

Add New Playlist

Brak wyników
Pokaż wszystkie wyniki
  • Strona główna
  • Najważniejsze
  • Newsletter
  • Opole
  • Region
  • Sport
  • Tylko u nas
  • Biznes
  • Nauka
  • Razem dla środowiska
  • Dobra Energia
  • Gazetki promocyjne
  • Redakcja
  • Kontakt

© Wydawnictwo SIlesiana 2022-2025