czwartek, 16 lipca, 2026
  • Redakcja
  • Newsletter
  • Kontakt
  • Gazetki promocyjne
  • Regulamin
  • Ochrona danych
Opolska360
  • Najważniejsze
  • Opole
  • Region
  • Sport
  • Tylko u nas
  • Biznes
  • Nauka
  • Dobra Energia
  • Razem dla Środowiska
Brak wyników
Pokaż wszystkie wyniki
Opolska360
  • Najważniejsze
  • Opole
  • Region
  • Sport
  • Tylko u nas
  • Biznes
  • Nauka
  • Dobra Energia
  • Razem dla Środowiska
Brak wyników
Pokaż wszystkie wyniki
Opolska360
Brak wyników
Pokaż wszystkie wyniki
REKLAMA
Home Tylko u nas

Benedykt Kocot. Mistrz na torze, którego PRL zostawił na lodzie

Rozmowa z Benedyktem Kocotem z Chrząstowic, brązowym medalistą olimpijskim z Monachium 1972 roku, dwukrotnym medalistą mistrzostw świata oraz wielokrotnym mistrzem Polski w kolarstwie torowym.

Łukasz Baliński Łukasz Baliński
2023-12-23
w Najważniejsze, Sport, Tylko u nas
Benedykt Kocot

Benedykt Kocot (trzeci z prawej) i Janusz Kotliński – mistrzowie świata z włoskiego Lecce. Fot. Archiwum prywatne

REKLAMA

– Jakie to uczucie mieć w rodzinnej miejscowości halę i ulicę swojego imienia, choć dodajmy: na spółkę z Edwardem Barcikiem i Joachimem Halupczokiem?

Benedykt Kocot: W przypadku hali cieszę się, że coś po nas zostanie w miejscu, gdzie chodziliśmy do tej samej szkoły i braliśmy udział w różnego rodzaju zajęciach sportowych. My pokazaliśmy, że trenując w tak małej miejscowości można się wybić. Jesteśmy pewnego rodzaju zachętą dla dzieciaków do aktywnego uprawiania sportu. Żeby one też w przyszłości mały szansę na podobne wyczyny.

– To wróćmy do początku: skąd akurat to kolarstwo?

– To już byśmy musieli sięgnąć do lat 60, czy nawet wcześniej, gdy wszyscy żyli Wyścigiem Pokoju i choćby wygraną Stanisława Królaka. Potem nadeszły czasy Janów Kudry i Magiery, Mariana Więckowskiego, Józefa Gawliczka, Zbigniewa Głowatego, Zygmunta Hanusika, Ryszarda Szurkowskiego, Wacława Latochy, Janusza Kierzkowskiego, czy naszego Franciszka Surmińskiego, a potem dołączyli do nich tacy młodzieńcy jak Stanisław Szozda i Edward Barcik. Ja dodatkowo miałem to szczęście, że ten ostatni mieszkał na tej samej ulicy. Co samo przez siebie zachęciło mnie do uprawiania kolarstwa. Edek jest cztery lata starszy ode mnie, pomógł mi w pierwszych krokach w tym sporcie. To on choćby nakleił mi pierwsze opony, tzw. szytki rowerowe. I poszedłem w jego i Staszka Szozdy ślady. Razem się ścigaliśmy, trafiliśmy do kadry narodowej, choć w różnych grupach. Oni startowali w wyścigach szosowych, drużynowych, ze startu wspólnego, a ja specjalizowałem się bardziej w tych krótszych, kryteriach, jednoetapówkach.

– O sprzęt było jednak ciężko.

– W pierwszej kolejności było tak, że Edek Barcik poprosił Karola Kuhna, trenera klubowego LZS-u Opolanka Grabie, bo tam zaczynaliśmy, żeby dał mi taki starszy rower. Ten zgodził się, ale był jeden warunek: musiałem sam zadbać o opony, a te były bardzo drogie. Poprosiłem rodziców i ci się zgodzili, choć był to dla nich ogromny wysiłek finansowy. Kosztowały wtedy 240 zł, a ojciec zarabiał 1050 złotych, a przecież trzeba było jeszcze wyżywić czteroosobową rodzinę. Zaryzykowali jednak, niejako zainwestowali we mnie i byłem im bardzo wdzięczny za to. Zawsze chciałem im to wynagrodzić, żeby mieli satysfakcję, że nie poszły te pieniążki na marne. Zbierałem choćby informację z gazet, które miejsca zajmowałem, żeby wiedzieli, że nie sprzeniewierzyłem tej kwoty. To też mnie napędzało. I mimo, że miałem 14 lat, to radziłem sobie z rywalami trzy, cztery lata starszymi, nierzadko kończąc zawody na podium.

– Ale wasze drogi się rozeszły, a raczej rozjechały.

– Poszedłem na tor kolarski i tam szkoleniowcy zobaczyli we mnie iskierkę szybkościowego, dynamicznego zawodnika. I zaczęto mnie szkolić w tym kierunku. Szybko znalazłem się więc wśród kolarzy torowych.

Fot. Archiwum prywatne

– Wtedy już sprawy potoczyły się bardzo szybko.

– Przeszedłem odpowiednie szkolenie, bo mieliśmy bardzo dobrych trenerów: Józefa Tropaczyńskiego, Jerzego Beka (ojciec Andrzeja), Zbysława Zająca, Wacław Latochę, Jerzego Kupczaka, Andrzeja Rucińskiego. Szybko zdobyłem tytuł mistrza kraju w sprincie oraz wicemistrza na 1 km ze startu zatrzymanego. To dało mi kwalifikacje na igrzyska olimpijskie. A przed nimi trafiłem do tandemu razem z Andrzejem Bekiem. I choć wcześniej razem dużo nie trenowaliśmy, nie mówiąc o wspólnych startach, to „zaskoczyło”. W Monachium zdobyliśmy brąz, sprawiliśmy niespodziankę, w dodatku ja zostałem wówczas najmłodszym polskim medalistą. No i faktycznie zaczęło się na dobre. Później jeszcze w tym samym duecie zajęliśmy trzecie miejsce na mistrzostwach świata w Montrealu w 1974 roku. Później jeździłem z Januszem Kotlińskim i dwa razy byliśmy najlepsi na świecie, choć jeden tytuł nam zabrano.

– No właśnie. Jak to było z tymi zawodami w 1975 roku?

– Zawaliła organizacja. W czasie tych mistrzostw mieliśmy dosyć liczny team i obowiązki się jakoś tak dziwnie rozkładały. Nikt nie wiedział dokładnie, kto za kogo jest odpowiedzialny. Jeden członek ekipy podpisał dokument, że mam się stawić na kontrolę antydopingową, bo startowałem dwa dni wcześniej… po czym nie przekazano mi tego. A przecież w czasie eliminacji, półfinałów i finałów byliśmy po dwa razy badani jednego dnia. Na tym nie koniec. Rozdano nam medale, odegrano hymny, wróciliśmy do kraju w glorii zwycięzców, a po paru dniach z prasy dowiedziałem się, że nasz tandem został zdyskwalifikowany, bo Kocot nie zgłosił się na testy. Rok później jednak znowu wygraliśmy i udowodniliśmy, że jesteśmy najlepsi. Miało to wyjątkowy smak.

– Strach pomyśleć, co by było, gdyby Benek Kocot zaczął trenować tę odmianę kolarstwa, wcześniej, niż w wieku 17 lat. Już po roku profesjonalnego treningu na torze wywalczył złoto i srebro mistrzostw Polski, a niedługo potem były medalowe igrzyska.

– Na pewno pomogłoby mi to w lepszym opanowaniu techniki jazdy. Najpierw przecież musiałem sporo czasu poświęcić na zapoznaniu się z szosówką. Co z kolei przypłaciłem parokrotnym szybkim i bolesnym zapoznaniem się z asfaltem (śmiech). A potem trzeba było się przestawić na rower torowy, który nie posiada przerzutek i hamulców. Ni i kierownica też jest zupełnie inna. Jakbym to opanowywał, powiedzmy w wieku 14 lat, to w momencie, gdy zaczynałem, byłbym niczym rutyniarz, a ja wtedy dopiero po raz pierwszy trafiłem na taki rower. Niemniej, jakoś mi to po prostu szło, bo byłem w tym kierunku uzdolniony. Wygrałem na spartakiadzie młodzieży, później mistrzostwo Polski juniorów i zaraz poszedłem do seniorów. Niemniej i tak długo czułem, że brakuje mi tej techniki jazdy. Trwało to latami, ale jakoś nadrabiało się to wszystko siłą i dynamiką. Może i dwie poważniejsze kraksy zaliczyłbym mniej, gdybym miał lepsze opanowanie techniczne.

– Jest pan uznawany za jeden z największych talentów sprinterskich w historii naszego kolarstwa torowego… Ale też i nie wykorzystany do końca.

– W pewien sposób muszę się z tym zgodzić, bo sam czuję niedosyt. Niemniej, tak jak mówiłem: gdybym wcześniej zaczął na torze, to pewnie medali i sukcesów byłoby więcej. W dodatku jedyny tor na Opolszczyźnie był w Brzegu i startowaliśmy tam rzadko. Choć i tak sporo osiągnąłem, przecież trzykrotnie startowałem w Igrzyskach Olimpijskich (Monachium 1972, Montreal 1976, Moskwa 1980 – red.), więc nie ma na co narzekać. Zdobyłem brązowy medal na tej pierwszej imprezie. Sześciokrotnie startowałem w mistrzostwach świata w latach 1974-79. A tam poza złotem i brązem zajmowałem też miejsca tuż za podium, albo nieco dalej. Stawałem na podium w takich renomowanych zawodach, jak Grand Prix Demokracji Ludowej, startując w Erywaniu, Tbilisi, Talinnie, Berlinie, Kijowie, Sofii, Brnie, a także w Kopenhadze, Mediolanie, Wiedniu, Paryżu, Meksyku. Do tego 10 medali mistrzostw Polski…

Fot. Archiwum prywatne

– Próbował pan sił w klasycznym kolarstwie, ale rozumiem, że szybkość okazała się ciekawsza niż wytrwałość długodystansowca.

– W moim przypadku było to bardziej podyktowane zdolnościami czy predyspozycjami w tym kierunku. Tak mnie pokierowano w kadrze narodowej, że zacząłem specjalizować się na dystansie 1000 m ze startu zatrzymanego oraz w sprintach kolarskich i w tandemach. To konkurencje, które wymagają ogromnej siły i dynamiki. Jeździłem krótsze dystanse, owszem, ale to wcale nie znaczy, że były łatwiejsze. Bo każdy sportowiec, np. lekkoatleta, który ćwiczył średnie dystanse: 400, 1500 czy 3000 m wie, że te bardziej „wypalają” organizm niż wytrzymałościowe. Proszę mi wierzyć: treningi wcale nie były lżejsze, wręcz przeciwnie, wymagały siły „tu i teraz”, mocno dawały w kość.

– Aż tak?

– W dużej mierze wynikało to ze specyfiki rozgrywania poszczególnych konkurencji. W naszych w ciągu jednego dnia były eliminacje, a potem system pucharowy, podczas którego były ćwierćfinały, półfinały i walka o medale. Na każdym z tych etapów jeździło się z reguły do dwóch zwycięstw. Starty były zatem rozciągnięte na przestrzeni całego dnia. I trzeba było odpowiednio rozłożyć siły, a więc należał się do tego odpowiednio przygotować. Treningi były krótsze, ale bardzo dynamiczne. Taki normalny dzień przygotowań wyglądał np. tak: bieganie po górach przed śniadaniem, następnie normalne jednostki kolarskie, w międzyczasie obiad, a po kolacji pół godziny koszykówki. Doba była wypełniona, ale później to procentowało w czasie zawodów.

Gdy się dochodziło do strefy medalowej, to można było pojechać nawet i 10 startów w ciągu dnia. Jak zdobywaliśmy brązowy medal IO 1972, to nasze zawody kończyły się po północy. Kiedyś też w czasie mistrzostw świata w Montrealu straciłem 5 kg w ciągu czterech dni. A przecież i tak nie było z czego zrzucać (śmiech). I jak zabrali potem ekipę na wycieczkę nad wodospad Niagara, to byłem tak zmęczony, że po prostu nie pojechałem.

– Trochę świata też pan jednak zobaczył. I to w czasie, kiedy Polska była po wschodniej stronie „żelaznej kurtyny”.

– Co było przyjemne w tym wszystkim, to zauważyłem, że mimo tego podziału na blok wschodni i zachodni zdobyliśmy jakieś takie uznanie i u Niemców i u Francuzów, którzy wtedy byli ścisłą czołówką. Zapraszali nas zawsze na wszystkie ówczesne prestiżowe imprezy. Ci drudzy zaprosili nas kiedyś na cykle sześciodniówek kolarskich na Nową Kaledonię (francuska wyspa na Pacyfiku – red.) , co było dowodem sporego uznania. Byliśmy tam od listopada do świąt Bożego Narodzenia. Bardzo też miło wspominam to, że Daniel Morelon, ośmiokrotny mistrz świata, trzykrotny triumfator igrzysk olimpijskich i legenda tamtych czasów, gdy startowaliśmy razem, zawsze zapraszał mnie do zdjęć czy do wspólnych wywiadów w TV. Mam z tego wszystkiego niezwykłe wspomnienia.

– Za to polskie władze kolarstwa postąpiły wobec pana mało sympatycznie.

– Póki miałem wyniki, było miło. Po pierwszych igrzyskach, to wiadomo. Przed drugimi w Montrealu czułem się mocny, byłem w formie, poważnie myślałem o podium, ale miałem ogromnego pecha, bo dwa dni przed startem, podczas rozgrzewki, uczestniczyłem w kraksie. Z wysokości siedmiu metrów spadłem na lewe ramię i było „po zawodach”. Z kolei rywalizacja w Moskwie 1980 nie ułożyła się po mojej myśli. Zwyczajnie mi nie wyszło. Wróciłem do kraju i zostałem niejako na lodzie. Nie za bardzo było za co żyć, trochę to wyglądało, jakby za karę.

Mimo tego, że wcześniej przez parę lat były sukcesy, to po tym jednym kiepskim starcie mnie odstrzelono. Byłem co prawda z zawodu mechanikiem samochodowym, ale co to za pracownik, który przez dekadę nie tknął swojego fachu? W międzyczasie skończyłem liceum, chciałem pójść na studia, ale nie stworzono mi takiej możliwości. Tak, że miałem trochę pretensji do władz wojewódzkich. Przyznam szczerze, że liczyłem na nieco lepszy powrót do życia poza ściganiem. A przecież byłem żonaty, miałem dwójkę dzieci. Nikt jednak na to nie patrzył, nie było żadnego 500 plus. Było trudno, bo w kolarstwie nie zarabialiśmy wielkich pieniędzy. Byliśmy na stypendium, dało się żyć, ale żeby coś odłożyć, to już ciężko.

Fot. Archiwum prywatne

– Nie było choćby propozycji szkolenia następców?

– Na początku nie. Dopiero po roku zacząłem pracować w klubie na pół etatu. Zrobiłem plan szkolenia dla LKS-u Ziemia Opolska i przedstawiłem go w Opolskiej Radzie Wojewódzkiej LZS pod przewodnictwem Władysława Czaczki i Rudolfa Lisowskiego. Uwzględniłem fakt, że nie było u nas toru. Bo zaznaczyłem, że zrobię takie przygotowania, które go w znacznej mierze nie wymagają. Poza przynajmniej 10 dniami treningów przed docelowymi zawodami. Tak żeby oswoić z nim chłopaków. I w pierwszym roku zdobyliśmy jeden brązowy medal na spartakiadzie młodzieży, gdzie wcześniej przez siedem lat nie było żadnego krążka. A przecież szły na to pieniądze z różnych stron. Ówczesny prezes wezwał mnie ponownie i zapytał czy w naszym województwie jest potencjał na kolejne sukcesy. Przygotowałem więc taki plan szkoleniowy, ale też zaznaczyłem, że muszę być trenerem głównym i ja wybieram zawodników, przygotowuję cykl szkoleniowy. Głównie chodziło o kategorie wiekowe junior młodszy i junior.

I efekty przyszły: Krzysztof Opala pięć lat później był w kadrze na IO w Seulu. Do tego był Henryk Kołaczek, Jacek Bartkiewicz, Jan Magosz. Wszyscy byli mistrzami spartakiady, mistrzami Polski w swoich grupach wiekowych. Do tego Joachim Halupczok, Krystian Fikus, Waldemar Przybyła. Oni w tym czasie byli na początku u Marian Staniszewskiego. Ja ich później przejąłem i Halupczok swój pierwszy tytuł mistrza kraju zdobył na torze kolarskim. Ja go przygotowywałem, o czym później zapomniano.

W prowadzeniu organizacji i szkolenia w klubie najbardziej pomocny był Wit Ożarowski, prezes i organizator, oraz Hubert Sylwester, szkoleniowiec i mechanik z Walców, za co im serdecznie dziękuje. Bez ich pomocy pewnie bym sobie nie poradził z ogromem obowiązków. Doprowadziliśmy do tego, że w 1985 roku zdobyliśmy dla LKS-u Ziemia Opolska 10 medali w konkurencjach młodzieżowych. Po czym od 1986 roku zaproponowano mi pracę w Polskim Związku Kolarskim. Mianowicie szkolenie młodzieżowej kadry torowej i przystałem na to.

– Chciałbym też jeszcze wrócić na chwilę do czasu, gdy osiągnął pan jeden z życiowych sukcesów. Igrzyska Olimpijskie Monachium 1972, to również miejsce wielkiej sportowej tragedii. Mam tu na myśli atak palestyńskich terrorystów z Czarnego Września, podczas którego zginęło łącznie 17 osób.

– Impreza były wielkim festiwalem sportu. Otwartość, radość i zabawę w duchu sportowej rywalizacji czuć było wszędzie. Byliśmy wszyscy szczęśliwi, że możemy brać udział w tak niesamowitym wydarzeniu, reprezentując narodowe barwy. Niestety, tej samej nocy, podczas której zdobyliśmy medale, doszło właśnie do tej tragedii. Terroryści arabscy wtargnęli do wioski olimpijskiej i zaatakowali ekipę izraelską, która mieszkała w bezpośrednim sąsiedztwie. Do dziś nie wiem, czy my się gdzieś nie mijaliśmy z tymi zamachowcami, bo wracaliśmy z naszych startów po północy, a jakiś czas potem, niedaleko nas, wszystko się zaczęło.

Przyznam jednak szczerze, że przespałem moment ataku. Po tych emocjach związanych z udanym startem wróciliśmy na kwatery i byliśmy tak wykończeni, że nawet nie było sił na świętowanie. Wypiłem jedną lampkę wina i od razu usnąłem. Nawet nie słyszałem potem żadnych strzałów czy wybuchów. Obudziłem się w południe i to już się działo. Widziałem helikoptery, krążyły nad nami i sytuacja była bardzo napięta. Nie mogliśmy wychodzić nie tylko na zewnątrz czy nawet na balkon, ale i pokazywać się w oknie. Bo z oddali było widać terrorystów i było bardzo niebezpiecznie.

– To wszystko już na zawsze jednak zmieniło tego typu imprezy.

– Widziałem te różnicę doskonale w porównaniu z następnymi igrzyskami. W międzyczasie, w 1974 roku, brałem udział w mistrzostwach świata w kolarstwie, właśnie w Montrealu, i wszystko było jak zawsze: różnego rodzaju spotkania, biesiady, integracje, wizyty Polonii. A już dwa lata później podczas igrzysk w tym samym miejscu wszędzie były ogrodzenia, bariery, kontrole. Wszystko było pozamykane. Nie można było wyjść na zewnątrz wioski olimpijskiej. W Monachium gospodarze chcieli zrobić bardzo otwartą imprezę. To był jeden duży festiwal młodzieży, nie brakowało nawet koncertów rockowych. Ktoś to postanowił wykorzystać i niestety się udało. Tak sobie myślę, że na szczęście nie przerwano wówczas igrzysk, pokazując, że mimo tragedii i smutku, dobro oraz idea sportu zwyciężyły.

Czytaj także: Galeria Opolskich Gwiazd Sportu już otwarta

***

Odważne komentarze, unikalna publicystyka, pasjonujące reportaże i rozmowy – czytaj w najnowszym numerze tygodnika „O!Polska”. Do kupienia w punktach sprzedaży prasy w regionie oraz w formie e-wydania.

Tags: Historiakolarstwo
REKLAMA

NAJPOPULARNIEJSZE

  • Medal za Długoletnie Pożycie Małżeńskie

    Ponad rok czekania na medal od prezydenta RP. Mnóstwo opolskich seniorów w zawieszeniu

    0 udostępnienia
    Usdostepnij 0 Tweet 0
  • Nie żyje Aleksandra Zator. Odeszła ceniona dietetyczka i trenerka

    0 udostępnienia
    Usdostepnij 0 Tweet 0
  • Master Truck Show 2026. Znamy pełen rozkład jazdy i ceny wejściówek!

    0 udostępnienia
    Usdostepnij 0 Tweet 0
  • Śmiertelne potrącenie na torach pod Opolem. Duże opóźnienia pociągów

    0 udostępnienia
    Usdostepnij 0 Tweet 0
  • Neurochirurg z Opola szczerze o swoich zarobkach. Ujawnia szczegóły kontraktu

    0 udostępnienia
    Usdostepnij 0 Tweet 0
REKLAMA

 

 

REKLAMA

 

REKLAMA
  • Redakcja
  • Newsletter
  • Kontakt
  • Gazetki promocyjne
  • Regulamin
  • Ochrona danych

© Wydawnictwo SIlesiana 2022-2025

Welcome Back!

Login to your account below

Forgotten Password?

Retrieve your password

Please enter your username or email address to reset your password.

Log In

Add New Playlist

Brak wyników
Pokaż wszystkie wyniki
  • Strona główna
  • Najważniejsze
  • Newsletter
  • Opole
  • Region
  • Sport
  • Tylko u nas
  • Biznes
  • Nauka
  • Razem dla środowiska
  • Dobra Energia
  • Gazetki promocyjne
  • Redakcja
  • Kontakt

© Wydawnictwo SIlesiana 2022-2025