Tragedia Górnośląska. Pamiętajmy liczby…
Wejście Armii Czerwonej dla wielu mieszkańców tutejszych wiosek i miast oznaczało początek gehenny. Zabijanie – nierzadko całych rodzin – gwałty na kobietach, wywózki mężczyzn do łagrów na Wschód i rabunek. Ten prywatny, który pozwalał żołnierzom bezkarnie grabić, co chcieli. I ten instytucjonalny, w imię którego demontowano z tą samą swobodą i wywożono do Związku Sowieckiego całe fabryki. Żądanie oddania zegarka: „Dawaj czasy”, było dla wielu mieszkańców Śląska pierwszym usłyszanym po rosyjsku zdaniem.
Uczucia i przeżycia tych, którym udało się wyjść z rąk tzw. wyzwolicieli z życiem, dobrze oddaje tytuł niesłusznie trochę dziś zapomnianej, niewielkiej i przez to chyba jeszcze bardziej wstrząsającej, książeczki Bernarda Waleńskiego o sowieckiej masakrze w Boguszycach: „Na płacz zabrakło łez”.
Ofiary – ludność cywilna, w tym kobiety i dzieci – zasługują na naszą pamięć i to dwojaką. Pierwsza dotyczy liczb. Dobrze jest wiedzieć, ilu mężczyzn wywieziono do obozów pracy. Ilu mieszkańców – choćby tylko miejscowości, gdzie mieszkamy – zamordowano. Warto poszukać – na wielu śląskich cmentarzach są – zbiorowych mogił tych ludzi i ofiarować im na rocznicę światełko i zdrowaśkę. Zgwałconych kobiet nie liczono. Ani w 1945 roku, ani później. Niosły swoją tragedię w milczeniu.
…i pamiętajmy twarze
Druga pamięć związana z dramatem, jakim była Tragedia Górnośląska, dotyczy twarzy. Na przykład mojej zgwałconej przez sołdata cioci Marie. Kiedy ją poznałem, żyła na granicy jawy i halucynacji, bliżej duchów i wspomnień niż ludzi. Po tamtym styczniu już nigdy nikomu, kto pukał do jej drzwi – a zmarła w latach 90. – nie otwarła.
I jeszcze trzy twarze moich wujków. Hanka, który wrócił z Donbasu stosunkowo szybko, ale przypłacił pobyt na „nieludzkiej ziemi” zawałem serca i śmiercią. Bercika, który przybył z Rosji – z powodu puchliny głodowej – straszliwie gruby. Żona roztropnie karmiła go na początek grysikiem. Rolady z modrą kapustą wielu nie przeżyło. Trzeci wujek – Franz – był w Miechowicach i w Donbasie sztygarem. Wrócił w najlepszym z tej trójki stanie zdrowia, ale dopiero w 1949 roku. Tysiące wywiezionych nie miało tego szczęścia.




