Polacy głosowali w Londynie. Dwie godziny w kolejce
– Byłem na samym otwarciu lokalu wyborczego Londyn Croydon i już przede mną było kilka osób, a za mną stało piętnaście osób – mówił „O!Polskiej” Piotr Surmaczyński, opolanin, który od 17 lat mieszka w Londynie.
– Moja żona jest członkiem komisji wyborczej. Kilka minut po dwunastej zawiozłem moją mamę do głosowania w lokalu wyborczym w Croydon. Trzeba było czekać w długiej, ponad dwugodzinnej kolejce.
Polacy potrafili się zorganizować. Rodziny z małymi dziećmi nie musiały czekać w tej długiej kolejce.
– Panowała bardzo przyjazna atmosfera, słoneczny dzień, wszyscy uśmiechnięci. To czego się wszyscy tutaj obawiali, to czy nasze głosy komisja zdąży policzyć – mówi Piotr Surmaczyński.

Lokal wyborczy Croydon, południowej części Londynu, mieści się w polskiej misji katolickiej. Do udziału w wyborach zarejestrowało się tutaj 2300 osób. Komisja ma 24 godziny na przeliczenie głosów.
– Przy założeniu, że połowa weźmie trzy karty: referendalną, do Sejmu i do Senatu, to wyszło nam, że na sprawdzenie każdej karty, przy pracy non stop, potrzeba piętnastu sekund. A potem jeszcze trzeba przygotować protokół… – opisuje.
Polacy głosowali w Londynie. Referendum? Nie było chętnych
O godzinie 15 czasu polskiego było już wiadomo, że Polacy mieszkający w Londynie nie brali udziału w referendum.
– Po południu było wiadomo, że tylko około trzech procent brało udział w referendum. W trakcie przygotowań do wyborów ani razu nie spotkałem się ze zwolennikiem PiS. Nawet, jak ktoś zamierzał na nich głosować, to na Wyspach wstyd się przyznać, że popiera się PiS. Ale zapewne tacy byli – mówi Piotr Surmaczyński.
Wśród Polonusów nie było wcześniej żadnej oficjalnej akcji informującej jak zgodnie z prawem nie brać udziału w referendum. Ludzie przekazywali to sobie pocztą pantoflową.
Środowiska polonijne w różnych krajach wymieniają się informacjami. Plakat informujący o samych wyborach, jak się zarejestrować i jak głosować (bez informacji o referendum – aut.) został sfinansowany przez Polonię w Londynie.
– Ale plakat zaprojektowano w Berlinie, wydrukowano je w Holandii, a rozdawany był w środowiskach polonijnych całej Europy – mówi Surmaczyński. – Osobiście wysyłałem ten plakat Polakom w Norwegii, Finlandii. Można powiedzieć, że ponad podziałami, bo dziewczyna, która wolontaryjnie zaprojektowała plakat, jest aktywistką Trzeciej Drogi.
– Członkowie komisji, na przykład ze Stanów, Kanady i na Wyspach już wymieniają się informacjami – dodaje Piotr Surmaczyński. – O siódmej rano już miałem informację z Dallas, że siedemdziesiąt procent nie brało udziału w referendum. Tam wygrała Koalicja Obywatelska, drugi był PiS.
Były tłumy, ale praca spokojna
Poza tłumem głosujących, komisje pracowały spokojnie. Pewnym problemem było wyżywienie. Kwestią uznaniową jest, czy konsul zapewni je komisji wyborczej. W Londynie Croydon nie zapewnił.
Przed 15 października do Londynu przyjeżdżali kandydaci do parlamentu, m.in. Michał Kobosko z Trzeciej Drogi; prof. Adam Bodnar, kandydat na senatora; europosłanka Magdalena Hen, Trzecia Droga; senator Pociej kandydat do parlamentu.
Piotr Surmaczyński prowadzi swój program w internecie.
– Prowadziłem wspólnie debatę z Polakami z Norwegii, Irlandii, USA, do której zaprosiliśmy Klaudię Jachirę, Kingę Gajewską i Ryszarda Petru. Nie wzięli udziału zaproszeni kandydaci z PiS i Konfederacji – opowiada Surmaczński.
W minionych latach podczas wyborów w Polsce mocno zaangażował się w pomoc i prawidłowy ich przebieg w Londynie. Piotr Surmaczyński znany jest w środowiskach polonijnych nie tylko w Wlk. Brytanii, a to za sprawą działalności satyrycznej prowadzonej w cyklicznych podcastach mediów społecznościowych i radia nowojorskiego Nasze Radio USA.




