piątek, 16 października, 2026
  • Redakcja
  • Newsletter
  • Kontakt
  • Gazetki promocyjne
  • Regulamin
  • Ochrona danych
Opolska360
  • Najważniejsze
  • Opole
  • Region
  • Sport
  • Tylko u nas
  • Biznes
  • Nauka
  • Dobra Energia
  • Razem dla Środowiska
Brak wyników
Pokaż wszystkie wyniki
Opolska360
  • Najważniejsze
  • Opole
  • Region
  • Sport
  • Tylko u nas
  • Biznes
  • Nauka
  • Dobra Energia
  • Razem dla Środowiska
Brak wyników
Pokaż wszystkie wyniki
Opolska360
Brak wyników
Pokaż wszystkie wyniki
REKLAMA
Home Sport

Robert Karaś: Nigdy nie wchodzę z powrotem na drogę, którą po czasie uważam za złą

- Miałem wiele wyścigów nieskończonych przez głupotę. Dużo kontuzji na treningach. Ja tego nie żałuję, ale mój mózg był troszeczkę narwany. Musiałem się dłużej uczyć cierpliwości - mówi Robert Karaś, wybitny triatlonista.

Krzysztof Ogiolda Krzysztof Ogiolda
2023-03-05
w Najważniejsze, Sport, Tylko u nas
Robert Karaś

Robert Karaś - fot. mat. prasowe

REKLAMA

Robert Karaś to zwycięzca Pucharu Świata 2021 w Ultra Triatlonie na dystansie pięciokrotnego Ironmana. Podczas tych zawodów Robert Karaś przepłynął 19 km, przejechał na rowerze 900 km i przebiegł 211 km w łącznym czasie 67 godzin, 58 minut i jednej sekundy.

Robert Karaś – rozmowa

Krzysztof Ogiolda: Nie ma obowiązku wiedzieć, więc zapytam na początek, co to jest Ironman?

Robert Karaś: Ironman to jest firma. Ale przyjęło się także, że to dystans 3,8 kilometra pływania, 160 kilometrów na rowerze i biegowy maraton (42 km 195 m – aut.). Te trzy dyscypliny składają się także na triatlon, w którym odbywają się wyścigi na różnych dystansach.

Co jest w sporcie, który uprawiasz, najłatwiejsze: trening, wyścig?

– Najłatwiej idzie życie. Ironmana, jeśli się do niego ktoś przygotowuje, albo na początek trenuje krótsze, sprinterskie dystanse, trzeba robić z miłością. Z chęcią. I co najważniejsze, tego się nie robi, żeby dokopać kumplowi. Nie powinny nami rządzić złe emocje. Robimy to dla siebie. Dla zdrowia. Bo chcemy być wysportowani, żeby nasze dzieci mogły z nas czerpać dobre wzorce. Muszą nami kierować dobre intencje. Rywalizujemy źle, jeśli komuś życzymy, żeby mu poszła guma, żeby ktoś nie ukończył wyścigu, żeby był w słabej formie. Takie rzeczy trzeba odrzucić. Jak dobro mną kieruje, w ogóle w codziennym życiu, to mi się dobrze ściga, dobrze trenuje. Miejsce jest wtedy nieważne, czas nieważny.

Co u ciebie było pierwsze, straż pożarna czy bieganie? Jak to się zaczęło? Zostawiłeś chipsy i orzeszki, i zacząłeś biegać?

– Początek biegania był jeszcze przed strażą, tylko że ja zerwałem wiązania krzyżowe, przeszedłem operację i miałem powikłania. Lekarz mi powiedział, że już do sportu nie wrócę. Więc zakończyłem triatlon i wróciłem dopiero po trzech latach. Spotkałem mojego kumpla, który założył klub triatlonowy i wznowiłem treningi u niego.

Nie słuchając tych lekarzy?

– Uwierzyłem, że może nie będzie jednak bolało. Na pierwszych zawodach kłuła mnie rzepka, nie ukończyłem. Potem przeszedłem rehabilitację. Wierzyłem, że ta noga wyzdrowieje. W 2012 – po pół roku – byłem drugi na Ironmanie w Szczecinie i już wiedziałem, że mam do tego predyspozycje. W tym samym roku dostałem się do straży. Kiedy zdobyłem mistrzostwo Polski w Ironmanie, wiedziałem, że jestem najlepszy w kraju, poczułem równocześnie, że mogę się ścigać gdzieś na świecie.

Robert Karaś
Robert Karaś

Ostatecznie ze straży zrezygnowałeś?

– Mój pierwszy trener powiedział mi, że mam papiery, aby być najlepszym na świecie w Ironmanie. Drugi powtórzył to samo. Ja im uwierzyłem. Czułem, że mogę to zrobić. Nie było mi ciężko zrezygnować ze straży, gdzie zarabiałem niecałe trzy tysiące złotych na miesiąc. Wiedziałem, że wystarczy pierwszy lepszy kontrakt i ja tyle samo dostanę, bo to nie jest problem dla dużej firmy takie pieniądze wyłożyć. Z drugiej strony, miałem za sobą cztery lata w straży i tylko 11 lat zostało mi do emerytury. Ta emerytura wtedy wynosiła w straży pięć tysięcy złotych. To było dużo na tamte czasy. Byli tacy, którzy się dziwili, że odchodzę. A ja czułem, że osiągnę coś więcej. Nawet, jeśli życie na chwilę zmieni się na gorsze, to zaraz będzie lepiej. Jestem taki, że wierzę w siebie.

Trening jest męczący. Jaki jest sposób na oszukanie bólu?

– Niektórego bólu nie trzeba oszukiwać, bo jest przyjemny. Tylko na wyścigach on jest przeciągany. A na treningach nie boli, to jest przyjemność.

Niedawno promowałeś książkę „Robert Karaś. Moja siła. Jak oszukać umysł”. No właśnie, jak go oszukać?

– Muszę to robić prawie codziennie, żeby mi się łatwiej żyło. Wiele osób pije kawę, ale myśli o tym, co zaraz ma zrobić. Nie żyje tu i teraz. Nauczyłem się tego, będąc ze znajomymi, widząc, jakie błędy popełniają. Ktoś jedzie na wycieczkę i w ogóle nie wie, że na niej jest, bo cały czas pozostaje głową w pracy, albo przy telefonie. Umysł oszukuje się w małych i w dużych rzeczach. Mam problem na wyścigu. Kiedy jest bardzo ciężko. Puchną mi nogi, jest wielki ból. Wtedy wyobrażam sobie pogrzeb mojej mamy. Ona oczywiście żyje, ma się dobrze, ale muszę sobie wyobrazić tragiczną rzecz, żeby zabić ten ból związany z wysiłkiem. On się wtedy staje niczym. Im bardziej w ekstremalnym momencie życia jestem, tym bardziej sztuka oszukiwania umysłu jest mocniej wykorzystywana.

Czy są rzeczy, których żałujesz w życiu?

– Nie żałuję. Jeśli zrobiłem coś złego na dany moment, to wtedy chciałem to zrobić. Jednocześnie wiedziałem, że nigdy więcej tego nie zrobię, bo źle się potem poczułem. Ostatnio miałem firmę i wspólnika, który okazał się złym człowiekiem. Nie żałuję, że miałem z nim ten biznes. Musiałem to przerobić. Akceptuję wszystko, ale nigdy nie wchodzę z powrotem na taką drogę, którą – po analizie – uważam za złą. Jeśli jest mi wstyd, to już tego nie powtórzę. Jeśli po czymś źle się poczuję, to już więcej tego nie zjem, nie wypiję. Wódkę wziąłem do ust dziesięć lat temu. I tego nie zrobię. Nie smakuje mi. Robię rzeczy, na które mam ochotę, po których czuję się dobrze i wiem, że jestem dobrym człowiekiem.

A w sporcie? Masz jakieś ukryte żale?

– Miałem wiele wyścigów nieskończonych przez głupotę. Dużo kontuzji na treningach. Ja tego nie żałuję, ale mój mózg był troszeczkę narwany. Musiałem się dłużej uczyć cierpliwości. Ja to wszystko z perspektywy czasu akceptuję. Miałem w sobie na tamten moment dużo złości. Takie demony, których nie umiałem trzymać na smyczy. A teraz są okiełznane. Trzeba dojrzeć do wszystkiego.

Trenować trzeba dużo, ale nie da się trenować więcej niż możemy?

– Musiałem to stopniowo poznać, jak zacząłem więcej chorować, zaczęły mnie bardziej boleć nogi. Kiedy poczułem, że w wyścigu na mecie nie jestem wyczerpany, to znaczy, że trening był dobry i niczego nie zmieniam.

Jak wypracować w sobie taką dyscyplinę, taką – jak mówił w kabaretowym skeczu Janusz Gajos – „żelazową wolę” jak Chopin, że jak trening jest zaplanowany o 6.00, to ruszam o szóstej i to, że pada deszcz albo jest mróz nie ma znaczenia.

– Trzeba przeanalizować swoje życie. Jeżeli wiesz, że łatwo ci jest przekładać na później to, co zostało zaplanowane, ale finalnie okazuje się, że i tak nie zdążasz zrobić tej ostatniej zamierzonej na dany dzień rzeczy, to znaczy, że źle dysponujesz czasem. Ja robię tak: jak dzwoni budzik, to wstaję „od strzała” i robię to, co zaplanowane. Bo jak nie zrobię, to będę się potem źle czuł. A ja się nie chcę źle czuć. Jak to mocno przeżyjesz w głowie i zrobisz sobie dobry rachunek sumienia, to dasz radę to zorganizować. To jest kwestia dobrej organizacji czasu.

Jak trening został zaplanowany na godzinę, to tyle ma i koniec?

– Jeśli czujesz się tego dnia gorzej, to nie musi mieć, albo może być wolniejszy. Jeśli po czterdziestu minutach wiesz, że ogarnia cię lenistwo, lepiej trening dociągnąć do końca. Przecież to tylko 20 minut. Ale jeśli naprawdę jesteś zmęczony, albo coś cię boli, trzeba odpuścić. Na tym polega mądrość.

Brytyjski himalaista George Mallory, który w latach 1921-1924 trzykrotnie uczestniczył w wyprawach na Mount Everest, pytany, dlaczego chodzi po górach, odpowiadał: Bo góry są. Co ci każe stanąć na starcie np. dziesięciokrotnego Ironmana?

– Ja kocham triatlon. Ale jest wiele powodów, dla których robi się dziesięciokrotnego Ironmana. Media na nas patrzą, a to jest sport niszowy. Trzeba media zainteresować. One patrzą także na długość dystansu. Taki start odbije się echem i w Polsce, i na świecie. Łatwiej będzie żyć dalej z tego. To jest – powtórzę – niszowy sport. Człowiek z niego nigdy nie wyżyje, jak nie będzie w pierwszej trójce na każdych zawodach na świecie. Wiem, że potrafię to „przerobić”, że to mnie nie prowadzi do kontuzji, więc to robię. Same plusy.

Ale jednocześnie nie wyglądasz na faceta, który robi to wszystko dla rekordów, wyników, cyferek i… dla pieniędzy.

– Wiele osób myśli, że ja trenuję, aby wygrywać. A dla mnie wygrana w wyścigu, to jest gówno. Wygrać życie, to jest ważne. Są tacy, którzy myślą, że jak pobiłem jakiś rekord, to mam sponsorów, jest o mnie głośno. I niektórzy wtedy życzą mi kontuzji. W tym sporcie trzeba dużo dać. Pokazać, że cyferki, wyniki nie są w ogóle ważne. Niektórzy ludzie myślą, że ja to robię wyłącznie dla kasy. A przecież zacząłem uprawiać triatlon w 2009, a zacząłem zarabiać w 2018. Przez 10 lat praktycznie nie miałem z tego złotówki. Brałem kredyty na rower. Dzisiaj wiem, że nawet gdybym był dziesiąty na zawodach, to mam świadomość, jakie emocje budzę w ludziach. Wiem, że wielu kibiców będzie mi nadal kibicować. Są i nieszczerzy kibice, którzy najpierw się dziwili, że nie mam sponsorów, a potem – jak ich miałem – zaczęło im to przeszkadzać.

Dlaczego?

– Chodzi o inne wartości. O podejście do życia. Jak oszukać umysł, jak radzić sobie z codziennymi, przyziemnymi problemami. A nie jak zrobić w 18 godzin podwójnego Ironmana. Bo na tym większość ludzi się nie zna. Kiedyś myślałem, że startuję w triatlonie, żeby się wybić wizerunkowo i zacząć na tym zarabiać. Ale kiedy wszystko to masz, rozumiesz, że nie umiesz żyć bez tego. Że kochasz to tak samo, jak na początku. Kiedy cię nie interesowało, że nie zarabiasz. Chciałeś po prostu jechać na trening, na zawody. Ta miłość wróciła. W mądrzejszej postaci.

Robert Karaś
Robert Karaś – fot. mat. prasowe

Kiedy sobie uświadomiłeś, że jesteś urodzonym triatlonistą?

– Do dziś tego nie wiem. Może jestem urodzonym triatlonistą, ale zacząłem za późno, aby wszystko zdobyć. Miałem 19 lat. A powinienem zacząć mając lat osiem, dziesięć. Przejść przez krótsze dystanse, może być na igrzyskach olimpijskich. Może wtedy osiągnąłbym jeszcze więcej, ale na dzisiaj jestem usatysfakcjonowany. Zrobiłem maksa, którego mogłem.

Sprawiasz wrażenie człowieka pewnego siebie. Masz jakieś autorytety?

– To nie są autorytety. To są ludzie, którzy mają pierwiastki, które chciałbym mieć w sobie i z nich tworzyć osobę, którą jest Robert Karaś. Są tacy ludzie, którzy mają energię w danej dziedzinie i ona mnie motywuje. Od nikogo nie biorę całościowo. W sporcie ważną postacią był dla mnie Mike Tyson. Robił bardzo wiele złych rzeczy, ale pokazywał mi, jak fajnie można ułożyć głowę. Conor McGregor (Irlandczyk, zawodnik mieszanych sztuk walki – przyp. red.) to też pół na pół dobry i zły człowiek. Chciałem brać tylko to, co dobre. Od mojego trenera, który jest bardzo dobrym psychologiem, ale nie jest wybitnym sportowcem, brałem bardziej to, jak podchodzi do życia, co jest ważne, priorytety. Chcę stworzyć siebie z tych elementów jako człowieka dobrego.

Do czego się przygotowywałeś na przełomie roku, co ci zaprząta głowę?

– Zostaję przy triatlonie, ale dorzuciłem sobie także sporty walki. W 2023 roku zawalczę w oktagonie. 20 maja czeka mnie dziesięciokrotny Ironman w Brazylii, 26 czerwca pięciokrotny – we Francji. Chciałbym tam odebrać rekord, który straciłem. Potem mistrzostwa świata – potrójny Ironman – w lipcu i zakończę dwudziestokrotnym w Meksyku 20 września. Razem cztery wyścigi, dwa bardzo długie, jeden średni, jeden krótszy. Mam bardziej czystą głowę niż miałem wcześniej. Mniej zobowiązań i natłoku myśli. Chcę to robić. Bo bez tego czuję, że gdzieś tam wewnętrznie umieram. Muszę mieć cel, żeby mieć spokój.

Jak wyglądają teraz – w perspektywie MMA – twoje treningi?

– Skróciłem biegi i skróciłem rower. Od grudnia robię tylko 60-75 minut biegu luźnego, bez żadnych interwałów. Zaczynam o szóstej, czasem o piątej z kawałkiem. Później godzinę, półtorej roweru. O 12.00 jestem na treningu MMA. To jest główna jednostka i tam daję z siebie sto procent. Po MMA idę się rozpływać – na dwa do czterech kilometrów. Do 14.00 mam wszystko zamknięte. W lutym – po walce – chcę wejść w mocny trening, by w trzy miesiące do Brazylii się mocno przygotować.

W Brazylii jest inny klimat niż w Europie…

– Zawsze jadę na wyścig tyle dni wcześniej, ile jest różnicy czasu między miejscem zawodów a Polską. Są zawodnicy, którzy muszą przylecieć na zawody dwa tygodnie przed startem. Ja mam taki organizm, że mogę trochę ten czas skrócić. W Meksyku pojawiłem się 4-5 dni przed startem i zdążyłem. Ostatniego dnia zeszła mi z płuca taka bomba i… byłem sobą.

Mam świadomość swojego miejsca w szyku. Nie porównuję się. Ale stosunkowo niedawno, z moim szóstym krzyżykiem na plecach, byłem w stanie przebiec 10-20 kilometrów. Po covidzie nie potrafię, nie mam oddechu. Myślę, że takich osób jest po pandemii więcej. Co byś im powiedział?

– Trzeba iść małymi kroczkami. Jeśli zdam sobie sprawę, że przeszedłem wirusa, to warto zacząć od marszobiegu. Pierwszego dnia minutę truchtamy, żeby potem trzy minuty iść. Na kolejnym treningu spróbowałbym przetruchtać minutę i piętnaście sekund. Zacząć można od pokonania jednego kilometra. Potem dwa. I stopniowo coraz więcej. Ważne, żeby się nie zamykać przed podjęciem próby. Ostatecznie dobry plan treningowy oznacza sukces.

Czytaj także: Bartłomiej Mróz. Worek medali i 18 lat gry – kim jest opolski mistrz parabadmintona?

Tags: Robert Karaś
REKLAMA

NAJPOPULARNIEJSZE

  • Nożownik w szkole w Opolu

    Nożownik w szkole w Opolu. 59-latek podał się za przedstawiciela handlowego

    0 udostępnienia
    Usdostepnij 0 Tweet 0
  • Na głównym deptaku to nie mieszkańcy, tylko menele czują się jak u siebie…

    0 udostępnienia
    Usdostepnij 0 Tweet 0
  • W centrum Opola ma być komunikacyjna rewolucja. Są chętni do realizacji

    0 udostępnienia
    Usdostepnij 0 Tweet 0
  • Śmierć za zdjęcia. Oskarżeni przerzucają się odpowiedzialnością

    0 udostępnienia
    Usdostepnij 0 Tweet 0
  • 15-latka dotkliwie pogryziona przez psa. Ma rany głowy i szyi

    0 udostępnienia
    Usdostepnij 0 Tweet 0
REKLAMA

 

 

REKLAMA

 

REKLAMA
  • Redakcja
  • Newsletter
  • Kontakt
  • Gazetki promocyjne
  • Regulamin
  • Ochrona danych

© Wydawnictwo SIlesiana 2022-2025

Welcome Back!

Login to your account below

Forgotten Password?

Retrieve your password

Please enter your username or email address to reset your password.

Log In

Add New Playlist

Brak wyników
Pokaż wszystkie wyniki
  • Strona główna
  • Najważniejsze
  • Newsletter
  • Opole
  • Region
  • Sport
  • Tylko u nas
  • Biznes
  • Nauka
  • Razem dla środowiska
  • Dobra Energia
  • Gazetki promocyjne
  • Redakcja
  • Kontakt

© Wydawnictwo SIlesiana 2022-2025