Koncert „Czas ołowiu” – widowisko jak za dawnych lat
Koncert „Czas ołowiu” zapowiadano jako muzyczny hołd dla tych twórców, których wśród nas już nie ma, a którzy odcisnęli trwałe piętno na polskiej muzyce rozrywkowej. Pamiętając, co dzień wcześniej podczas inauguracji 60. Krajowego Festiwalu Polskiej Piosenki zrobił Gromee z piosenką Jerzego Połomskiego, można się było bać, że owi artyści będą się przewracać w grobach. Szczególnie, że w przeszłości poziom podobnych wydarzeń bywał – delikatnie mówiąc – różny. Tymczasem widowisko przyniosło szereg pozytywnych zaskoczeń.
Po pierwsze: wykonania. Większość artystów śpiewających piosenki klasyków polskiej sceny dobrze sobie z nimi poradziła. Co jest godne odnotowania m.in. ze względu nie tylko na aurę legendy otaczającą oryginały, ale i na fakt, że po prostu nie są to łatwe piosenki. Piotr Cugowski śpiewający „Sen o Warszawie”, Małgorzata Markiewicz wykonująca „List do matki” – to tylko wybrane prezentacje, którym należą się słowa uznania.

Na pochwały zasłużyli też m.in. Alicja Majewska, Kasia Moś, Justyna Steczkowska, Kuba Badach, Sławek Uniatowski, Mateusz Ziółko, Marcin Sójka czy Kamil Bednarek. Wszyscy poradzili sobie z repertuarem zmarłych artystów, dając też coś od siebie.
Na tym tle blado – choć nie źle – wypadła Natasza Urbańska wykonując piosenki Maanamu. Nadrobiła za to stylizacją. Natomiast coś ewidentnie zazgrzytało przy występie grupy Tulia, której wokalistki nie dały rady „Małemu Księciu” Kasi Sobczyk.

Po drugie: muzyka i piosenki. To one były w koncercie „Czas ołowiu” najważniejsze, a nie widowisko. Na ekranie właściwie nie oglądaliśmy wodotrysków, tancerzy i agresywnego montażu. Była za to okazja, by skupić się na piosenkach.
Po trzecie: nie było zbędnej gadaniny pomiędzy utworami. Prowadząca koncert Agata Konarska udzielała się rzadko. Zamiast tego można było obejrzeć archiwalne nagrania z udziałem nieżyjących artystów. Bez patosu i zadęcia, za to często z przymrużeniem oka.
Akcenty polityczne. Artyści się wybielali?
Koncert „Czas ołowiu” miał też akcenty, które można uznać za polityczne. Justyna Steczkowska podczas wykonania utworu „Moja krew” z repertuaru Grzegorza Ciechowskiego pokazała, że na plecach koszuli ma napis „Myśl samodzielnie”. Ania Rusowicz podkreślała, że muzyka powinna ludzi łączyć, a nie dzielić.

Zaś Kuba Badach po jednym z wykonań zwrócił się do publiki tymi słowami.
– Niezależnie od czasów, w jakich przyszło nam żyć, dla artystów występ w Opolu to spełnienie marzeń i ogromny zaszczyt. Dziękuje z całego serca w imieniu wszystkich koleżanek i kolegów, jesteście cudowni – mówił.
Trudno nie odnieść wrażenia, że była to odpowiedź na komentarze, iż ci, którzy postanowili wystąpić na festiwalu w Opolu, sprzedali się obecnej władzy i legitymizują przekaz TVP. Z jednej strony można te słowa interpretować jako chęć odcięcia od wspomnianej linii telewizji. Z drugiej jednak brzmiało to raczej jak próba wybielenia się, szczególnie we własnych oczach.

Każdy z artystów tego koncertu mógł powiedzieć wprost, co myśli. Żaden jednak tego nie zrobił. Może więc zamiast serwować ogólne i wyświechtane frazesy należało w ogóle się nie odzywać. Zaśpiewać swoje i ze sceny zejść. Niesmak byłby mniejszy.
Co nie zmienia faktu, że trudno koncert „Czas ołowiu” ocenić źle. Z prostej przyczyny. To było dobre widowisko, które pokazało moc, jaką mają standardy sprzed lat. I to, jak słabo na ich tle wypada to, co zaserwowano nam wcześniej, podczas koncertu Premiery 2023.
***
Odważne komentarze, unikalna publicystyka, pasjonujące reportaże i rozmowy – czytaj w najnowszym numerze tygodnika „Opolska”. Do kupienia w punktach sprzedaży prasy w regionie oraz w formie e-wydania.




