Zaczęło się od smoka?
Jeśli wierzyć nie całkiem pobożnej legendzie, sylwestrowo-noworoczne tańce i zabawy miały się odbyć po raz pierwszy w Rzymie w sylwestra roku 999. Mieszkańcy Wiecznego Miasta bali się, że na przełomie roku tysięcznego zbudzi się ukryty w lochach Watykanu smok Lewiatan. Zamknięty w podziemiach w 317 roku przez papieża Sylwestra I, miał się zbudzić i dokonać zniszczeń kiedy na Stolicy Piotrowej ponownie zasiądzie papież Sylwester. Takie właśnie imię przyjął wybrany 2 kwietnia 999 roku Gerbert z Aurillac, benedyktyn z Owernii, wybitny matematyk i filozof.
Kiedy nie spełniła się podszyta związanymi z nastaniem roku 1000 lękami przepowiednia o smoczej zemście i karze za grzechy, papież sylwester miał po raz pierwszy udzielić błogosławieństwa Urbi et Orbi (miastu, czyli Rzymowi i światu).
Jeśli nawet rzymianie na przełomie lat 999-1000 zapamiętale się bawili, to powszechny zwyczaj sylwestrowych zabaw i bali przyniósł dopiero koniec wieku XIX. Początek nowego roku świętowano oczywiście także wcześniej, ale już jego data nie od razu była oczywista. W starożytnym Rzymie rok rozpoczynał się 1 marca, ale od II wieku przed naszą erą 1 stycznia obejmowali władzę najważniejsi urzędnicy w republice, czyli konsulowie.
Nowy Rok 1 stycznia
W średniowiecznym świecie chrześcijańskim zdania były podzielone. Nowy Rok mógł przypadać w różnych krajach 25 grudnia czyli na Boże Narodzenie, 25 marca – na Zwiastowanie, a nawet w dzień Wielkanocy, choć ta jest – jak wiadomo – świętem ruchomym, nie ma stałej daty. Czasem w jednym kraju, w różnych prowincjach nowy rok rozpoczynał się nie tego samego dnia. Taki chaos panował np. we Francji. Być może właśnie dlatego francuski król, Karol IX wprowadził w 1563 r. jednolitą datę Nowego Roku. Żeby nie wyróżniać żadnej z dzielnic swego państwa, wybrał kompromisowo na Nowy Rok datę 1 stycznia.
Na Śląsku w XIX wieku i na początku stulecia XX w sylwestra wieczorem siadano w domu do kolacji, na którą podawano podobne potrawy jak w Wigilię. Jedzenia musiało być na tyle dużo, żeby coś zastało na 1 stycznia, to zapowiadało, że w nowym roku nikt nie będzie cierpiał niedostatku.
Rachunek sumienia i muzykanci z kapelą
Pilnowano bardzo, by chrześcijanie raczej żegnali stary rok modlitwą w kościele na nabożeństwie dziękczynno-pokutno-przebłagalnym. Nim mieszkańcy domu udali się do świątyni byli przez najstarszych członków rodziny napominani: Czy oddali długi za stary rok? Czy przebaczyli zatargi i gniewy sąsiedzkie? Czy mogą wejść w Nowy Rok z czystym sumieniem? Mamy tu do czynienia z bardzo częstym w obrzędach procesem oczyszczania się, ponownego przeżywania własnego aktu stworzenia.
W wielu miejscach na Śląsku w sylwestra, a zwłaszcza w Nowy Rok przychodzili przebierańcy z muzyką, z kapelą. Także przede wszystkim tam, gdzie były w domu dziewczyny. Przy tej okazji musiała nastąpić wymiana darów. Oni śpiewali, grali i składali noworoczne życzenia, w zamian powinni coś otrzymać. Mogło to być jedzenie, dla kawalerów także alkohol, jak i drobne pieniądze. Ci kolędnicy mogli nawet o tzw. ceskie prosić. Mimo że muzyka była tam w użyciu takie odwiedziny raczej nie były okazją do tańca. Przy ówczesnych zimach na podwórku było za chłodno, a w przeciętnej chałupie za ciasno.
Wróżenia, wróżby
Z dniem sylwestra i Nowego Roku wiązał się zwyczaj wróżenia. Wróżby miały przede wszystkim wymiar matrymonialny. Dla ówczesnych kobiet – często materialnie całkowicie zależnych od mężczyzn – dobre wyjście za mąż oznaczało poprawę bytu i szczęśliwe życie. Robiono to, co dziś robimy w andrzejki, ale wtedy traktowano to dużo bardziej serio. Lano wosk, a wcześniej ołów na wodę. Dziewczyny, wychodząc na podwórko, nasłuchiwały, z której strony pies zaszczeka. Wierzono, że z tej samej strony przyjdzie kawaler. Jeśli panna na wydaniu usłyszała przy tym stukanie młotka, oznaczało to, że ukochany będzie kowalem. Odgłos strzałów podczas nieodległego polowania zapowiadał myśliwego. Po obraniu jabłka, rzucało się na stół albo na ziemię strużyny, wnosząc z ich kształtu, jaki będzie inicjał imienia ukochanego.
Wróżby dotyczyły nie tylko zamążpójścia. Na oknie stawiano 12 cebul wydrążonych i napełnionych solą. Te, w których zebrało się najwięcej wody, zapowiadały miesiące deszczowe i wilgotne.
Sylwester był jednym z tych kilku dni w roku, w którym parobkowie i dziewczyny najmujące się do pracy w gospodarstwie mogły zmienić pracodawcę. Sprzyjało temu kilka dni wolnego od pracy między Bożym Narodzeniem a końcem roku. Gospodarz miał obowiązek „zgodzenia” odpowiedniej liczby służby na nowy rok. Jeśli chciał dobrego pracownika zatrzymać, musiał mu coś dodać do wynagrodzenia. Niektórzy badacze nawet dawną nazwę Bożego Narodzenia jako gody lub godne święta wiążą z następującym zaraz po nich godzeniem służby. Z tym poważnym zajęciem wiązał się także – w wielu miejscowościach na Śląsku Opolskim – zwyczaj żartobliwy. Od chałupy do chałupy chodziły dziewczyny, niby chcąc godzić się na służbę. Teoretycznie miały zrobić porządek, w rzeczywistości robiły rozgardiasz. A panny nie tylko miały okazję się pokazać, ale jeszcze dostać za to „sprzątanie” podarki.
Magiczna moc nocnych hałasów
Sylwester był także dniem powszechnego sprzątania i czyszczenia, żeby cały nowy rok był równie uporządkowany. Sprzęty na podwórku nie powinny były się walać z jeszcze innego powodu. Tego dnia dopuszczalne było robienie rożnych figli. Zajmowali się tym przede wszystkim młodzi mężczyźni, którzy chcieli zwrócić na siebie uwagę dziewczyn i ich rodziców. Nie można się było gniewać, jeśli gospodarz się zagapił albo obejście nie dość starannie zamknął i potem musiał gdzieś w polu szukać furtki albo i bramy wjazdowej do gospodarstwa. Czasem tracił bezpowrotnie kosę, sierp czy jakiś inny drobny sprzęt gospodarski, który tego dnia można było bezkarnie ukraść. Zdarzało się nie tylko zamalowywanie okien wapnem. Gospodarz, który nie zauważył, że ze stodoły wyprowadzono mu wóz, zastawał go czasem w dzień Nowego Roku ustawiony na dachu.
Rodziny, które miały panny na wydaniu, musiały się przed takimi niespodziankami pilnować szczególnie. Wierzono, że taka udana psota, w czasie której zalotnicy nie dadzą się złapać, przyniesie im w nowym roku szczęście. Z tego brała się też akceptacja – w tym jednym dniu w roku – drobnych kradzieży. Próbowano sobie zagwarantować, że różne dobra będą w nowym roku napływać do nas, a nie będziemy ich tracić. Kandydat na męża, który potrafił po cichu wyprowadzić wóz, rozebrać go i złożyć w nowym miejscu, dawał dowód i zręczności, i odwagi.
… i fajerwerków
Już od północy rozpalano ogniska i hucznie winszowano sąsiadom. Istniało przekonanie, że im więcej się w danej wiosce roziskrza, tym bardziej udana zabawa sylwestrowo-noworoczna. Na wiwat strzelano z batów, używano do tego celu także puszek z karbidem. Owe baty i puszki to poprzednicy dzisiejszych fajerwerków. Tyle że mają one wyłącznie funkcję estetyczną. Kolorowe fajerwerki czy pokazy laserowe tam, gdzie się z powodów ekologicznych z fajerwerków rezygnuje, mają być po prostu ładne. Kiedyś nocne strzelanie miało funkcje magiczne. Chodziło o to, żeby wszystkie złe moce odstraszyć i przepędzić je z obejścia.
Stanisław Wallis w 1935 zanotował następujące życzenia używane powszechnie między ludem: Życzę wam szczęścia, zdrowia/ błogosławieństwa świętego/ Od Pana Jezusa miłego/ I Najświętszej Matki Jego./ W tym to Nowym Roku,/ który nam Bóg dał. Aby wam się dobrze powodziło/ i długo byście żyli na świecie./ Żebyście wszystko mieli pod dostatkiem./ Żeby wam na niczym nie zbywało./ Żebyście mieli w każdym kątku/ po dzieciątku/ a pośrodku izby/ miech pieniędzy.
czytaj także: Przed nami wyjątkowy Sylwester miejski w Stolicy Polskiej Piosenki





