Obrona województwa opolskiego. „Cud przeciw naturze”
Obrona województwa opolskiego była tematem dyskusji w ramach XXVIII Seminarium Śląskiego 24 października. Odbyło się pod hasłem „Rozmowa o 25. rocznicy obrony Heimatu, czyli województwa opolskiego”. Uczestniczyli w niej prof. Dorota Simonides, Henryk Kroll i dr Stanisław Jałowiecki.
– Warszawa, przewidując, że Opolszczyzna się nie da, chciała sprawę likwidacji województwa załatwić rozporządzeniem, nie ustawą – wspominała prof. Simonides, przez wiele lat senator RP.
– Ta wieść dotarła do Opola rok po wielkiej powodzi. Powodzi, która nas zintegrowała. Dlatego, że region mniej się już dzielił na większość polską i mniejszość niemiecką. A bardziej na część suchą i mokrą. Także my, parlamentarzyści, byliśmy tak zintegrowani, że wtedy – gdybym była złośliwa, powiedziałabym – nawet poseł Kroll był bardzo miły. Świetnie się z nim współpracowało. To było oczywiste, że mamy wreszcie swój Heimat. Że jesteśmy wspólnotą i Warszawa przegra.

prowadzący debatę dr Rudolf Urban oraz Lucjan Dzumla, dyrektor DWPN. – fot. Małgorzata Makowska/DWPN
Były marszałek województwa, Stanisław Jałowiecki, wspominał, że w roku 1998 chciano stworzyć wielkie regiony na wzór niemieckich landów. Miało ich być 12.
– To, co się zdarzyło na Opolszczyźnie, wielki protest, to był cud, czyli coś, co się wydawało przeciw naturze – zauważył.
– Bo my natury swego regionu do końca nie znamy. Doświadczyliśmy fenomenu jedności i integracji. Nas rzeczywiście zintegrował potop opolski. I ta integracja trwa. Mieszkańcy opolskiej wyspy Pasieka do dziś się spotykają. A to nie była ojczyzna łatwa. Myśmy w latach 70. byli podzieleni. Badaliśmy jako socjologowie sprawę wyjazdów do Niemiec i szykan, które wyjeżdżających spotykały. Postawa rządzących w Warszawie po przełomie – ludzi bliskich mi ideologicznie – była dla mnie rozczarowaniem. Kolosalny skarb, jakim był odzyskany Heimat, nasza integracja, oni próbowali zniszczyć. W demokratycznej Polsce chcieli nam odebrać to, cośmy sami pracą, solidarnością, rozumieniem tego, że jesteśmy inni, gotowością do współpracy zbudowali. Chętnie wspominamy radość z uratowania regionu, ale w tym cudzie opolskiego protestu były także elementy złości.
„Śląsk Opolski miał coś ekstra”
– Mniejszość niemiecka walczyła w obronie województwa w interesie większości. A przy okazji załatwiając kwestię integracji – przyznał były poseł MN Henryk Kroll.
– Byłem w Komisji Samorządu Terytorialnego. Bo to w niej „gotowała się ta zupa”. Zależało nam, jako mniejszości, żeby Opolszczyzna była. Dlatego, że tu byliśmy największą siłą i tylko tu mogliśmy naprawdę coś zrobić. O utrzymanie swoich regionów walczyły też Częstochowa i Koszalin, ale tylko Śląsk Opolski miał coś ekstra. I tym ekstra była mniejszość niemiecka. To trzeba było wykorzystać.
Henryk Kroll przypomniał swoją ówczesną wizytę w Urzędzie Kanclerskim i rozmowę z Helmutem Kohlem.
– Prosiłem kanclerza, by może spróbował w sprawie utrzymania regionu, który ma mniejszość, coś szepnąć do ucha swemu przyjacielowi, premierowi Buzkowi – mówił.
– „Ich probiere”, odpowiedział. Później, w czasie posiedzenia Sejmu, przyjechał Wolfgang Schäuble, (wtedy minister spraw wewnętrznych w rządzie Kohla – przyp. red.). Powiedział mi, że chce się spotkać z panami Buzkiem i Krzaklewskim. I do tej rozmowy doszło. Mówiono potem, że rozmawiali o integracji europejskiej, nie, że o województwie opolskim. Ale tak się złożyło, że tego dnia rano Opolskie jeszcze nie miało szans, by znaleźć się na mapie Polski. A po południu już te szanse były. Nie chcę sobie przypisywać zasług, mówić, że miałem wpływ. Ale cieszę się, że województwo opolskie pozostało.
Obrona województwa opolskiego. „Nie paliliśmy opon”
Prof. Simonides podkreśliła znaczenie niepowtarzalnego stylu opolskiego protestu w obronie Heimatu.
– Częścią tego stylu był „łańcuch nadziei” – zaznaczyła. – To był dla całej Polski sygnał, że obrona województwa nie jest tylko sprawą inteligenckich elit. Ale że naprawdę cała regionalna społeczność tego chce. A tuż przed postanowieniem Sejmu delegacja z regionu miała przekonać sejmową i senacką komisję o naszej woli. Ta delegacja to w rzeczywistości był pochód. Na czele orkiestra dęta w mundurach górniczych z pióropuszami. Za nią szły dziewczęta w strojach śląskich i rozdawały kołocz. Śpiewaliśmy „Poszła Karolinka”. Nie paliliśmy opon, nie rzucaliśmy śrub ani rac. Szliśmy, spokojnie, pięknie. To wielu w Warszawie przekonało.
– Warto się w perspektywie rocznicy zastanawiać, czym jest Heimat, mała ojczyzna – zachęcał Stanisław Jałowiecki. – Wybitny socjolog Stanisław Ossowski napisał książkę o ojczyźnie prywatnej. Kiedy po wojnie robił badania na Opolszczyźnie, pytał ludzi, za kogo się uważają. Odpowiadali mu, że są stąd, tutejsi. Czy Heimat, ojczyzna prywatna to jest bliskość ludzi, bliskość języka? Niekoniecznie. Mamy przykłady z wielu krajów, że mówi się gdzieś różnymi językami, a ojczyzna prywatna jest jedna. Ona jest kawałkiem naszego życia. Znamy ludzi, którzy mieszkają obok. Rozumiemy się i współczujemy sobie. Współczucie to jest piękne słowo. To współodczuwanie ujawniło się m.in. w czasie powodzi. To się nie stało od razu. Polacy przyjechali do naszego województwa po wojnie jako osadnicy. To wszystko nie było proste, a komuniści tego współżycia nie ułatwiali. Uratowanie województwa to jest nasz ogromny sukces. Nie zawsze umiemy się tym sukcesem, tą socjologią w działaniu cieszyć.
Uczestnicy dyskusji nie poprzestali na wspomnieniach sprzed ćwierć wieku. Zastanawiali się także, czy dzisiaj podobna społeczna mobilizacja byłaby możliwa.
Obrona województwa opolskiego. „Dziś byłaby raczej niemożliwa”
– Powiem smutno – przyznała Dorota Simonides. – Teraz byłoby to niemożliwe. Przez ostatnie osiem lat podzielono naród tak mocno, że nim te rowy zasypiemy, to potrwa. Ponadto Polska została wyizolowana w Europie. Jeden obóz mówi o drugim, że jest proniemiecki. Inny, że jest proputinowski, jeszcze inny, że klerykalny. Te obozy tak się podzieliły, że podziały są odczuwalne nawet w domach.
– Oczywiście, że jesteśmy podzieleni – dodał Stanisław Jałowiecki. – Ale to jest też normalne. Powinniśmy być podzieleni. Problemem jest to, że podziały przybrały aż taki rozmiar, że ludzie są tak zapiekli. Wynika to z tego, że PiS prezentuje czasem zachowania podobne do sekty. To jest niedobre. Mnie bardzo w Polsce brakuje pewnych nacji. Żałuję, że jest tak mało ludzi czarnych. Że tak rzadko mówi się w Polsce w obcych językach na ulicy. Spędziłem parę lat w Ameryce i w Niemczech i uważam za coś wspaniałego, że ludzie, którzy bardzo się różnią mogą i chcą ze sobą rozmawiać.
– Na tym tle widać – dodał dr Jałowiecki – i to jest problem, że PiS doprowadził do akceptowania pogardy dla drugiego człowieka. Nie tylko niezgody na poglądy innych. Nie wystarczy, że Tusk jest wrogiem. Tusk jest wrogiem najgorszym, który chce zamordować Polskę. To jest przerażające. Przerażające jest dla mnie także to, że pośrednio, a czasem i bezpośrednio uczestniczył w tym Kościół, stając blisko partii rządzącej. Dla mnie jako dla katolika, osoby bardzo wierzącej jest to szczególnie przykre.
***
Odważne komentarze, unikalna publicystyka, pasjonujące reportaże i rozmowy – czytaj w najnowszym numerze tygodnika „O!Polska”. Do kupienia w punktach sprzedaży prasy w regionie oraz w formie e-wydania.



