Krzysztof Ogiolda: 5 lipca zakończyło się III powstanie śląskie. Środowisko mniejszości niemieckiej obchodzi tę datę jako dzień pamięci o wszystkich poległych na Śląsku w 1921 roku. Co się formalnie tego dnia 103 lata temu zdarzyło?
Prof. Marek Białokur: – Tego dnia zakończyła się ewakuacja oddziałów. Zarówno niemieckich, jak i polskich z terenów, które zajmowały wcześniej. Walki, które zaczęły się w nocy z 2 na 3 maja (choć profesor Franciszek Marek zawsze upominał się, by za dzień wybuchu powstania uważać 3 maja), toczyły się do połowy czerwca. Wtedy Sprzymierzeni – Brytyjczycy, Francuzi, Włosi – rozdzielili walczące strony. Żadna z nich nie była do końca usatysfakcjonowana. Niezbędne było wypracowanie zasad podziału terenu plebiscytowego między Polskę i Niemcy. Dzień 5 lipca nie wiąże się z żadnym spektakularnym wydarzeniem. Nie podpisano żadnego traktatu. Ale właśnie wtedy kończy się to, co polska historiografia nazywa powstaniem śląskim, a niemiecka buntem, rebelią, siłowym rozwiązaniem politycznego problemu podziału Śląska. Przypomnijmy, w wyniku plebiscytu trzy czwarte Śląska miało przypaść Niemcom.
Profesor Ryszard Kaczmarek w wydanej w 2019 roku monografii poświęconej powstaniom śląskim nazywa je wojną polsko-niemiecką. Opisuje w niej ze szczegółami bardzo konkretną pomoc, jaką oba kraje wspierały walczących na Śląsku…
– Pan profesor jest świetnym znawcą tak polskich, jak niemieckich źródeł. I potrafi znakomicie wyciągać z nich wnioski. Próbował znaleźć takie określenie, które zwierałoby w sobie zarówno perspektywą polską, niemiecką oraz autonomistów, którzy stali na stanowisku, że mieszkańcy Śląska potrafiliby się dogadać. Gdyby nie Berlin i nie Warszawa. Toteż na stronie tytułowej wspomnianej monografii profesor umieścił nazwę powstania śląskie wraz z datami. A w podtytule napisał o nich „Nieznana wojna polsko-niemiecka”. Ona była nie tylko nieznana, ale i formalnie niewypowiedziana. Na wypowiedzenie wojny sąsiadowi żadna ze stron nie mogła sobie wówczas pozwolić.
Przez całe lata dobrze miał się mit o niezaangażowaniu w powstanie państwa polskiego zajętego wojną z sowiecką Rosją i wykuwaniem granicy na Wschodzie.
– Strona niemiecka też przez lata chętnie podkreślała swoje niezaangażowanie w konflikt. Choć on się przecież toczył na terytorium niemieckim, wprawdzie kontrolowanym w latach 1920-1921 przez Międzysojuszniczą Komisję Rządzącą i Plebiscytową. Mamy dzisiaj mnóstwo dokumentów potwierdzających zaangażowanie strony niemieckiej. Opisane zostało także bardzo silne wsparcie, jakie powstańcom udzielało państwo polskie.
Wspomniana monografia precyzyjnie liczy oficerów wspierających powstańców i – w tysiącach – karabiny, które transportowano na Śląsk – jak się wtedy mówiło – zza kordonu.
– Pomagały wszystkie strony. I każda z nich ma o tych wydarzeniach własna pamięć i własną prawdę. Nie da się jej wyrównać ani ujednolicić. Uczciwa dyskusja historyków ma miejsce wtedy, kiedy mimo tych różnic słuchają siebie nawzajem i są w stanie próbować rozumieć argumenty drugiej strony. Kiedy badacze ze źródeł, wspomnień, pamiętników i wycinków prasowych wydobywają całą wiedzę o tamtej przeszłości, a nie tylko to, co pasuje do ich własnej narracji. Ta perspektywa drugiej strony też powinna być w całkowitym obrazie uwzględniona.
Po piątym lipca stało się oczywiste, że Śląsk zostanie podzielony…
– Proszę mi pozwolić użyć porównania do współczesności. Za naszą wschodnią granicą toczy się wojna między Rosją a Ukrainą. Nie trzeba być historykiem ani politologiem, by mieć świadomość, że o przebiegu tego konfliktu decydują – nie mniej niż rządzący na Kremlu w Moskwie i na Kreszczatiku w Kijowie – politycy w Pekinie i w Waszyngtonie. Bez wsparcia Chin Rosja nie mogłaby sobie pozwolić na to, co robi. Bez pomocy Waszyngtonu Ukraińcy nie byliby się w stanie bronić. W 1921 roku było podobnie. Trzy lata po wielkim globalnym konflikcie ścierały się w Europie wpływy brytyjskie i francuskie. Oba te kraje chciały mieć decydujący wpływ na kształt Europy. Sytuacji na Śląsku – tego, co się stało między 5 lipca a 20 października 1921 – gdy Rada Ambasadorów zatwierdziła decyzję Ligi Narodów dotyczącą ostatecznego podziału Górnego Śląska między Polskę i Niemcy nie możemy, nie powinniśmy odrywać od brytyjsko-francuskiej rywalizacji. Brytyjczycy byli zainteresowani głównie robieniem biznesu. Zależało im, aby Śląsk przynosił dochody i pomagał się bogacić angielskim firmom. W tym celu już od marca, kwietnia 1919 stali się oni mniej lub bardziej formalnym adwokatem strony niemieckiej. W listopadzie 1918 roku nagłówki brytyjskich gazet krzyczały: „Powiesić cesarza” albo „Niech Niemcy zapłacą”. Mieli zapłacić za życie młodych brytyjskich żołnierzy polegli na polach Belgii i Francji. Ale już pół roku później londyńskie elity polityczne i ekonomiczne skalkulowały, że jak sprowadzą Niemcy do roli pariasa, to wzmocniona zostanie Francja. To nie było w interesie Brytyjczyków zainteresowanych równowagą na kontynencie. Te same gazety wzywały więc zwycięzców do wielkoduszności. I przekonywały, że w Europie nie można tworzyć kolejnych zalążków konfliktu. Za takie zarzewie sporu uważały osłabienie Niemiec i oddanie Polsce przemysłowej części Górnego Śląska.
Francuzi odwrotnie, już w trakcie III powstania śląskiego sympatyzowali z Polakami?
– Mówili tak: Ile razy jeszcze pozwolimy na to, żeby niemiecki imperializm doprowadził do konfliktu? Zwłaszcza konfliktu globalnego, jakim przecież była I wojna światowa. Uważali, że należy Niemcy osłabić i doprowadzić do takiej pozycji, by musiały one swoje imperialne ambicje powściągnąć. To oznaczało, że trzeba Niemcy pozbawić terenów przemysłowych, które podniosą ich gospodarczy potencjał. I ludzi, bo demografia też ma znaczący wpływ na rozwój. W efekcie Śląsk był rozrywany przez mocarstwa – ciągnące go bardziej w stronę Niemiec lub bardziej w stronę Polski.
Swoje znaczenie miały też opinia publiczna w Niemczech i w Polsce…
– Polska wraca po ponad 120 latach niebytu na mapę Europy. Polskie elity gospodarcze w pełni zdają sobie sprawę z tego, iż jeśli uprzemysłowiona część Śląska do Polski nie trafi, to pozostanie ona bardzo biednym krajem rolniczym.
Wybuch powstania był koniecznością?
– Polacy byli w tej kwestii podzieleni. Kiedy wybuchło powstanie, pojawiły się głosy, że sami wytrącamy sobie z ręki szansę na rozstrzygnięcie korzystniejsze niż propozycja brytyjsko-włoska. Zakładała ona przyłączenie 25 procent Śląska do Polski, ale bez przemysłu, tylko z Rybnikiem i Pszczyną. Ale dużo racji mieli i ci, którzy uważali, że manifestacja, jaką jest III powstanie śląskie, jest potrzebna. Bo ona pokazała, że na Śląsku mieszka bardzo wielu ludzi, którzy na taki jego podział – bez znaczącego udziału Polski – się nie zgadzają. Na tym polegały te puzzle. Każda ze stron: polska, niemiecka, brytyjska i francuska próbowały z tych puzzli ułożyć coś innego. Ostateczny układ – podział Śląska granicą – został dokonany w październiku 1921. Wszedł w życie w czerwcu roku 1922 i przetrwał aż do końca dwudziestolecia międzywojennego.
Dobre wytyczenie granicy nie było łatwe. Przecinała linie kolejowe i tramwajowe, bywało, że biegła w poprzek zakładów przemysłowych, dzieliła miasta. Znam to dobrze z rodzinnej historii. Dziadek ze strony ojca mieszkał po niemieckiej stronie Bytomia – w Miechowicach. Jego brat po polskiej – w Łagiewnikach. Spotykali się na nieszporach i niedzielnej kawie na przemian raz w Niemczech, a za tydzień w Polsce. A przecież było to tak blisko, że jeździli tramwajem, a w ostateczności szli na spacer. Za te graniczne pomysły oberwało się od Ślązaków Radzie Ambasadorów i Lidze Narodów.
– Ligę Narodów krytykowano, a nawet wyśmiewano nie tylko za to. A ja uważam, że lepiej kiedy politycy się mylą albo spierają, nawet używając niecenzuralnych słów, niż żeby miała lać się krew. Gremia międzynarodowe były potrzebne wtedy i są konieczne dzisiaj. To jest trochę jak ze służbą zdrowia. Jak lekarz wyleczy ciężko chorego pacjenta, to ów pacjent jest dla mediów i opinii społecznej niewidoczny. O wiele lepiej widać błąd lekarski, po którym chory umiera. Parlamenty i fora europejskie i światowe rozwiązują setki problemów. Ale zwracamy uwagę na ich istnienie raczej wtedy, gdy się zajmują krzywizną banana. I wtedy wszyscy się z nich śmieją.
Po podziale Śląska po obu stronach granicy zostały mniejszości – polska na niemieckiej części Śląska i niemiecka po polskiej. Ich funkcjonowania regulowała przyjęta nieco później, w maju 1922 „Konwencja genewska o Górnym Śląsku”. Oba kraje przestrzegały jej bez entuzjazmu, ale efekt był podobny jak dzisiaj: działały mniejszościowe szkoły nazywane elegancko minderheitkami (od niemieckiej nazwy mniejszości), dwujęzyczne duszpasterstwo, przedstawiciele mniejszości zasiadali we władzach lokalnych i w parlamencie itd.
– Ten dokument miał regulować zupełnie nową sytuację społeczną, polityczną i gospodarczą w regionie, który do tej pory w całości wchodził w obręb jednego państwa. Rozdzielone zostały powiązane ze sobą dotąd zakłady. Towary z Górnego Śląska – węgiel i wyroby hutnicze – transportowane były koleją. Przede wszystkim przez terytorium państwa niemieckiego. Konwencja istotnie regulowała także prawa mniejszości. Bo też konwencje genewskie dotyczyły szeroko pojętych praw humanitarnych. Sięgały korzeniami okresu o 20-30 lat wcześniejszego. Istniał więc wzór i punkt odniesienia. Została podpisana na 15 lat. Obowiązywała więc do 1937 roku. Ten czas miał pozwolić na okrzepnięcie Górnego Śląska w granicach Polski. Strona niemiecka zyskała czas na pogodzenie się ze stratami terytorialnymi na rzecz Polski i jakieś zrekompensowanie ich sobie. Było to możliwe właśnie dlatego, że – jak wspomnieliśmy – po wielkiej wojnie kluczową rolę w Europie odgrywały wielkie mocarstwa. One były w stanie narzucić pewne kompromisowe rozwiązania. Z polskiej perspektywy przepisy konwencji były bardzo korzystne. Wyobraźmy sobie, że Polska zajmuje swoją część Górnego Śląska, a nie mamy magistrali węglowej. Co byśmy z tym węglem robili? Na polski rynek wewnętrzny było go o wiele za dużo.
Wracam do rozwiązań dotyczących mniejszości. Wiele z nich można z dzisiejszej perspektywy uznać za prekursorskie.
– Tak właśnie jest. Już wtedy było oczywiste, że zawsze jest lepiej, kiedy mniejszość żyjąca na terytorium innego kraju ma reprezentację w jego parlamencie. Jestem zwolennikiem parlamentaryzmu. Uważam, że nawet najbardziej ostra debata na forum Sejmu zawsze kosztuje mniej niż debata na ulicy. Bo tam często leje się krew. Dlatego warto pozycję mniejszości narodowej dowartościowywać i tak ustalić próg wyborczy, aby one swoich reprezentantów miały. W ciągu ponad 30 lat od przełomu ustrojowego polskie prawo jest korzystne dla mniejszości narodowych. Był czas, kiedy mniejszość niemiecka miała w Sejmie nawet siedmiu posłów. W obecnej kadencji – po raz pierwszy od ponad 30 lat – nie ma. Powodów mniejszego poparcia dla list MN jest wiele: z różnych powodów (wyjazdy, starzenie się tego środowiska itd.) w regionie ubyło osób, które się z mniejszością niemiecką utożsamiają. Nie bez wpływu na sytuację mniejszości jest też niska dzietność. Ale mniejszość wciąż ma wiele możliwości, by używać języka niemieckiego czy wyrażać się kulturowo.
Dlaczego już w latach 20. tak pieczołowicie zadbano o prawa mniejszości narodowych?
– To był jeden z efektów Wielkiej Wojny lat 1914–1918. Ona kosztowała życie ponad 10 milionów ludzi. Chciano koniecznie zagwarantować, żeby to doświadczenie już nigdy się nie powtórzyło. A to wymuszało przestrzeganie praw mniejszości narodowych. I tu jeszcze jedna analogia. Po pierwszej wojnie światowej kształtują się m.in. prawa mniejszości narodowych. A po drugiej wojnie pojawia się idea Wspólnoty Europejskiej. Jeden z politologów brytyjskich pisze w książce, którą czytałem ponad 20 lat temu, że „ojcem Unii Europejskiej” był Adolf Hitler. To oczywiście przenośnia. Ale doświadczenia II wojny światowej, tak traumatyczne i bolesne, liczba ofiar kilka razy większa niż w latach 1914-1918 sprawiły, że politycy francuscy i niemieccy poszli w kierunku budowania czegoś, co jeszcze w latach 20. i 30. zdawało się jedynie mrzonką kilku europejskich intelektualistów. Niestety, na błędach uczymy się najskuteczniej i najbardziej dosadnie. Tak też było, gdy szukano dobrych, pokojowych rozwiązań po II wojnie światowej.
Wróćmy do czasu po III powstaniu śląskim. Wytyczenie granicy na Śląsku spowodowało, że bardzo wiele rodzin i osób (po około 100 tys. po każdej stronie granicy) decydowało się wyjechać do kraju sąsiada. Tych mieszkańców Polski, co chcieli wrócić do Niemiec i obywateli Niemiec wybierających Polskę nazywano optantami. Bo optowali za jednym z państw i wybierali przeprowadzkę.
– To tylko potwierdza, że człowiek jest istotą myślącą i wybierającą, i utożsamia się z określonymi bohaterami, historiami i postaciami. Czasami decydowała o tym wyborze jakaś silna osobowość w rodzinie, która od małego kształtowała. Czasem spotkany w życiu harcerz, nauczyciel, dyrygent orkiestry czy ksiądz albo wakacyjna lektura „Pana Tadeusza” czy „Potopu”. Znaczenie miało też społeczne otoczenie domu. Łatwiej decydował się na wyjazd ten, kto się po wytyczeniu granicy nie czuł wśród sąsiadów dobrze. Dzieci w tamtych czasach nie miały na te wybory wpływu. Zwykle dopiero po latach pytały dorosłych o ich motywacje.
***
Odważne komentarze, unikalna publicystyka, pasjonujące reportaże i rozmowy – czytaj w najnowszym numerze tygodnika „O!Polska”. Do kupienia w punktach sprzedaży prasy w regionie oraz w formie e-wydania.





